Ta lektura, podobnie ak tysiące innych, est dostępna on-line na stronie wolnelektury.pl. Utwór opracowany został w ramach pro ektu Wolne Lektury przez fun- dac ę Wolne Lektury. JERZY ŻUŁAWSKI T   Stara Ziemia CZĘŚĆ PIERWSZA I Nie umieli sobie zgoła określić czasu, który upływał. Godziny długie mijały, nieznaczone na żadnym zegarze — pocisk, pędząc w międzygwiezdne przestrzeni, wpadał z otchłani światła słonecznego w rzucony na bezmiar cień Ziemi, a wtedy nagła noc i mróz obe - mowały zamkniętych w stalowe łupinie mimowolnych podróżników… I znowu w czasie krótszym niż edno mgnienie oka, bez prze ścia żadnego — zupełnie niespodziewanie, kiedy marzli uż z zimna, strachem bezgraniczne i na pozór wieczne nocy obłąkani — wpadali znów w światło, które ślepiło¹ im źrenice i rozgrzewało wkrótce do żaru niemal ściany ich wozu. Ruchu nie odczuwali zgoła. Księżyc tylko malał za nimi i świecąc coraz żywie , stawał się z wolna podobnym do te gwiazdy zmienne , co ziemskie noce roz aśnia. Widzieli, ak cień go z wolna z edne strony zakrywał i wrzynał się poszczerbionym półkolem w po raz pierwszy oczom ich pokazaną Wielką Pustynię… Ziemia natomiast rosła na czarnym, gwiazd pełnym niebie, i wydymała się do potwornych rozmiarów. Blask e srebrny i mocny bladł, rzednął nie ako — kiedy sierpem olbrzymim uż połowę niebieskie otchłani za ęła, wydawała się, ak gdyby zrobiona była z opalu, przez którego mleczną barwę przebijały różne kolory mórz, łanów, piasków. Śniegi eno gdzieniegdzie błyszczały nieodmiennie światłem srebrzystym, rażącym wprost oczy, na tle aksamitne czarności nieba. I tak — nieruchomi na pozór, gnali przez przestrzeń między dwoma asnymi sierpami: Ziemi i Księżyca, z których eden — wklęsły — zwiększał się pod nimi nieustannie, drugi — wydęty — malał coraz bardzie w górze. Uczony Roda nie odzywał się prawie przez cały ciąg te niepo ęte podróży. Wciśnię- ty w kąt wozu, siedział osowiały, akby martwy — policzki mu pożółkły eszcze więce niż zwykle, oczy, szeroko rozwarte, przerażone, zapadły gdzieś w głąb orbit pod nastro- szonymi brwiami. Mataret natomiast krzątał się i gospodarzył w tym tak nieszczęśliwie owładniętym wozie Zwycięzcy. Znalazł wodę i różne zapasy wyciągów, którymi się żywił, zmusza ąc i towarzysza, ażeby wziął nieco w usta. Roda adł niechętnie, spogląda ąc z lękiem a nienawiścią na rosnącą wciąż Ziemię. W głowie ego kłębił się wir myśli, które na próżno starał się uporządkować. Wszystko mu się teraz wydało dziwnym, niepo ętym i szalonym. Myślał wciąż od początku o tym, co zaszło — i gubił się ciągle w akimś chaosie rzeczy sprzecznych i idących na wspak temu, w co dotąd wierzył ako w prawdę oczywistą i niewątpliwą. Bo też istotnie było w tym dziwne i aż śmieszne nieprawdopodobieństwo… Urodził się i wyrósł na Księżycu wśród ludu przechowu ącego podanie, iż przed wiekami pierwsza para rodziców pod przewodnictwem legendarnego Starego Człowieka z Ziemi na Księ- życ przybyła, da ąc tu początek nowym pokoleniom. I podanie mówiło eszcze, że kiedy ludzkość, przez straszliwych księżycowych pierwobylców², potwornych szernów, nęka- na, w na większym się zna dzie pognębieniu, z awi się znów z Ziemi na Księżyc przybyły Zwycięzca, aby lud z ręki wroga wybawić. Karmiono go tymi baśniami od dziecka, ale on, zaledwie lat rozumu doszedł, rychło przestał im wierzyć. Owszem, przekonany był, że Księżyc est odwieczną ludzi kolebką, a Ziemia lśniącą gwiazdą olbrzymią edynie, co świeci nad martwą i pustynną, powietrza nieposiada ącą półkulą Księżyca, martwa sama i pusta, wszelkiego życia na błyszczące powierzchni swe pozbawiona. Wierzył tak niewątpliwie w tę prawdę przez siebie odkrytą, którą eno kapłani dla samolubnych celów chcą zakryć złotymi ba kami o ziemskim rzekomo ludzi pochodzeniu, iż stał się nawet założycielem bractwa ma ącego na celu rozpowszechniać i rozwijać to przekonanie. I właśnie kiedy zawiązane przezeń Bractwo Prawdy zaczęło rość³ w moc ¹ślepić — dziś racze : oślepiać. [przypis edytorski] ²pierwobylec — pierwotny mieszkaniec; por. tubylec. [przypis edytorski] ³rość — dziś: rosnąć. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  i znaczenie, coraz licznie szych gromadząc zwolenników, przybywa na Księżyc człowiek ta emniczy a olbrzymi, którego lud rychło z Ziemi oczekiwanym Zwycięzcą mianu e. Tuta nasuwały się Rodzie wspomnienia wszystkich walk ego i wysiłków krwawych w obronie Prawdy ze wzrasta ącą dziwnego przybysza przewagą… Nie wątpił on ani na chwilę, że nie z Ziemi spadł ów człowiek ogromny, ale przybył po prostu w wozie swym lata ącym z tamte strony Księżyca, pustynne rzekomo, a w istocie kry ące w głębokich, ak gdyby obronnych arach kra rozkoszny i żyzny, pierwotną ludzi o czyznę, zazdrośnie przez ży ące tam szczęsne plemię przed wygnańcami ukrywaną. Postanowiono tedy zagarnąć wóz Zwycięzcy, za ętego walką z szernami za morzem, i zmusić go w ten sposób do wy awienia drogi do ta emnego wnętrza dawne o czyzny. Wóz ogarnięto istotnie i on — Roda — byłby z pewnością dopiął swo ego celu podnio- słego, dał wydziedziczonym ra utracony z powrotem, gdyby nie ten przeklęty Mataret o łyse czaszce, co razem z nim teraz, w metalowe łupinie zamknięty, pędzi przez otchła- nie międzygwiezdne przestrzeni i patrzy nań drwiąco wyłupiastymi oczyma. Wiedział przecież dobrze — bo Roda zdołał to od Zwycięzcy wyciągnąć i emu powie- dział, że wóz est gotowy do drogi, a mimo to, gdy weszli do wnętrza, pewni uż tryumfu nad znienawidzonym przybyszem, pocisnął⁴ przez nieostrożność czy też umyślnie guzik fatalny — i oto Księżyc rodzimy tak śmiesznie zniknął pod ich nogami, ak gdyby w ot- chłań się zapadł, i lecą teraz oba w przestwór, bezradni, uwięzieni, niewiedzący⁵ losu na bliższe chwili nawet. Wściekłość go ogarniała tak szalona i wstyd, i rozpacz zarazem, iż wyć miał ochotę w bezsilnym gniewie i ręce targać zębami. Krępował go ednak w tych wybuchach wzrok Matareta spoko ny i — ak mu się zdawało — drwiący. Zaszywał się więc tylko, on — uczony i przez zwolenników na Księżycu uwielbiany Roda — ak leśne zwierzę schwytane, w na skrytszy kąt wozu i przeżywał bez ustanku wstyd i nęka ące go myśli, nie mogąc do ść zresztą do żadnego rozumnego wyniku. I teraz, kiedy siedział zadumany po raz tysiączny może nad tym położeniem swoim bez wy ścia, Mataret zbliżył się ku niemu i wskazał ręką na okno w posadzce, poza którym Ziemia rosła z przeraża ącą szybkością pod ich nogami. — Spadamy na Ziemię! — rzekł. Rodzie wydało się, że szyderstwo w ego głosie posłyszał, szyderstwo w treści tych prostych i krótkich słów, z ego uczoności, wiedzy, powagi, ze wszystkich ego nauk i teorii, wedle których ów rzekomy Zwycięzca nic nie miał z Ziemią wspólnego, i krew mu nagle uderzyła do głowy. Było mu w te chwili uż zgoła obo ętne, co się z nim stanie za godzinę czy dwie, byłby nawet chętnie dał życie w tym okamgnieniu, byle tylko znienawidzonego nagle towarzysza zawstydzić i upokorzyć. — Naturalnie, ty głupcze! — zakrzyknął. — Naturalnie, że spadamy na Ziemię. Mataret tym razem uśmiechnął się istotnie. — Naturalnie, powiadasz, mistrzu, a więc… — A więc bałwan esteś — ryczał Roda, niezdolny uż dłuże panować nad sobą. — Bałwan, eśli nie rozumiesz, że w tym wszystkim est podstęp owego przeklętego przybysza! — Podstęp⁉ — Tak est! A tylko człowiek tak ograniczony i nieprzenikliwy ak ty mógł się nań złapać… Gdybyś mnie był posłuchał… — Nic nie mówiłeś, mistrzu! Ten ostatni wyraz wymówił Mataret z pewnym naciskiem, mimowolnym może… — Owszem, mówiłem ci, abyś nie dotykał guzika. Czy ty myślisz, że ów Zwycięzca był głupi na tyle, aby pozostawić wóz gotowy do drogi, który za na lże szym naciśnięciem przeklęte sprężyny powiezie byle durnia w kra , skąd on przybył, w szczęśliwe miasta na tamte stronie Księżyca? To śmieszne doprawdy! Przecież on widocznie naumyślnie wóz tak nastawił, aby nieproszonych natrętów wyrzucić na Ziemię. ⁴pocisnąć — dziś: przycisnąć. [przypis edytorski] ⁵niewiedzący — dziś racze : niezna ący. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  — Sądzisz? — szepnął Mataret, nie mogąc odmówić pewnego prawdopodobieństwa temu przypuszczeniu. — Sądzę, myślę, wiem! Pozbył się na niebezpiecznie szego przeciwnika, mnie się po- zbył przez two ą głupotę. On w akikolwiek inny sposób, gdy zechce, do o czyzny swe się dostanie, a my esteśmy zgubieni bez ratunku. Pędzimy przecie, ak dwa robaki w rzu- conym z ręki orzechu bez woli, bez sensu, bez celu i spadniemy wcześnie czy późnie na Ziemię, gwiazdę przeklętą, pustą i niezamieszkaną, gdzie zemrzeć nam przy dzie marnie i rychło, nawet gdybyśmy w chwili strasznego upadku ocaleli. Och, akże on się teraz śmiać z nas musi, ak szydzić! Na to przypomnienie szał wściekłości go ogarnął. Wyciągnął pięści ku ucieka ące- mu nad nimi Księżycowi i począł kląć grubymi, ludowymi wyrazami tego zwycięskiego przybysza, odgraża ąc mu się tak, ak gdyby go mógł eszcze u rzeć kiedy i pognębić. Mataret nie słuchał uż tych krzyków. Zamyślił się, a po chwili rzekł: — Jesteś więc pewny ciągle, że Ziemia est niezamieszkana i niemożliwa do życia dla żadne istoty? Roda patrzył przez chwilę w twarz towarzyszowi, własnym uszom nie wierząc, że taka bluźniercza wątpliwość z ust ego wy ść mogła, a potem roześmiał się gorzko. — Czy estem pewien! Patrz! Mówiąc to, wskazał z kolei okno zna du ące się u ich stóp. Rzuceni w przestrzeń siłą wybuchu ściśnionych⁶ gazów i — wobec szybkości obrotu Ziemi wolnym względnie postępowym ruchem Księżyca, zakreśla ąc olbrzymią parabolę, coraz więce do linii proste się zbliża ącą, spadali na Ziemię, która wirowała z zachodu na wschód przed ich oczyma, coraz nowe morza i lądy im pokazu ąc. Byli eszcze daleko w przestrzeni — i ruch ten, nieznaczny zrazu, i teraz eszcze dość wolnym im się pozornie wydawał. Jednak lądy akieś niedawno eszcze widziane, zniknęły im uż, za rąbek widnokręgu nachylone; przelatywali właśnie ponad Oceanem Indy skim, za mu ącym niemal cały krąg ich widzenia aż po łukowatą linię cienia na zachodzie, którą noc ucieka ąca wrzynała się w asny sierp dnia na Ziemi… Mataret, dążąc oczyma za ruchem ręki mistrza, wpatrzył się w tę beznadzie nie pustą, srebrzystosiną powierzchnię. Zwykły uśmiech zginął mu na mięsistych wargach, wyso- kie czoło pokryło się siecią drobnych zmarszczek pionowych. Patrzył długo, aż wreszcie zwrócił na Rodę oczy posępne, choć spoko ne. — Zginiemy istotnie — rzekł krótko. A z mistrzem Rodą stało się coś dziwnego. Zapomniał doszczętnie, że ten wyraz „zginiemy” — oznacza śmierć, nieuchronną śmierć dla nich obu, a uczuł tylko radosny tryumf, że on ednak miał słuszność, nazywa ąc Ziemię gwiazdą niegościnną i pustą. Oczy mu się zaśmiały i począł potrząsać zwichrzoną czupryną duże głowy, rzuca ąc z ust zdania głośne, ak wtedy, gdy pewien siebie bezwzględnie nauczał eszcze rzeszę zwolenników na Księżycu. — Tak, tak — mówił — zginiemy! Ja miałem słuszność i trzeba być głupcem takim ak ty, aby na chwilę boda przypuszczać, że ta gwiazda pyzata i świecąca, co się przed nami teraz ak szczenna suka wydyma, może być siedliskiem życia akiegokolwiek! Cieszę się, że się przekonasz nareszcie, że się wy wszyscy przekonacie, iż to, co a mówiłem zawsze… — Wszyscy się nie przekona ą — wtrącił Mataret, rusza ąc ramionami. — My po- mrzemy… Urwał i spo rzał na towarzysza, w którym pod wpływem słów powtórzonych zbudziła się nagle okropna świadomość beznadzie nego położenia. Zerwał się i zapieniony z gniewu przyskoczył do Matareta z zaciśniętymi pięściami, bełkocąc wyzwiska i obelgi. — Ty głupcze, coś ty narobił! — powtarzał w koło bez końca, aż wreszcie schwycił się rękami za głowę i rzuca ąc się na podłogę, począł ęczeć i zawodzić, a przeklinać dzień i godzinę, w które przy ął był ego, szaleńca i półgłówka, do wielce czcigodnego Bractwa Prawdy, co teraz osierocone przez mistrza swego zostało samo na Księżycu. ⁶ściśniony — dziś: ściśnięty. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Przez chwilę akąś patrzył Mataret na wijącego się w spazmatycznym, niemęskim płaczu nauczyciela, ale nie mogąc snadź⁷ znaleźć słowa żadnego, aby go uspokoić, skrzywił eno wargi i odwrócił się odeń pogardliwie. Czas mu się dłużył nieskończenie. Nie miał co robić — a zresztą nie było w ogóle nic do zrobienia. Pędzili ku Ziemi, a racze spadali na nią z szybkością, z które Mataret nie umiał sobie zdać sprawy. Miał ochotę spo rzeć przez okno — i akiś mimowolny strach go od tego powstrzymywał. Założył ręce na plecach i ął się przyglądać ścianom wozu bez myśli, bez czucia — z tą tylko chłodną a uporczywą świadomością, że wkrótce, może uż za chwil parę, nastąpi coś potwornego, czemu zapobiec nikt nie est w możności. Bliskość Ziemi dawała się uż odczuwać wzrostem siły przyciągania ob awia ące się w powiększonym ciężarze wszystkich przedmiotów. Mataret, o karlim wzroście i drob- nych siłach zwyrodniałego na Księżycu ludzkiego plemienia, czuł, ak z każdą chwilą własne członki coraz bardzie ciążyć mu zaczyna ą; poruszanie przedmiotów, które na Księżycu — sześć razy lże sze — wznosił ręką bez natężenia, teraz przechodziło uż za- kres ego sił: zdawało mu się, że niewidzialne druty akieś wiążą wszystko i spa a ą w edną nierozerwalną masę, dążącą eno fatalnością swe wagi ku straszliwe Ziemi. Jeszcze chwil kilka — a uginać się począł pod własnym ciężarem. Ręce obwisły mu bezwładnie, kolana drżały pod naporem ciała. Osunął się na podłogę tuż obok okrągłego okna — i spo rzał w dół… To, co zobaczył, było tak straszne po prostu, że tylko niepokonana ociężałość po- wstrzymała go od rzucenia się w tył za pierwszym widokiem. Ziemia powiększała się teraz przed ego oczyma z niepo ętą, nieprawdopodobną szybkością — a równocześnie miał wrażenie wiru, który go o zawrót głowy i mdłości przyprawiał. Przed pociskiem, z nieznaczną względnie chyżością postępowym ruchem Księżyca z zachodu na wschód pchniętym, wirowała teraz bliska uż powierzchnia ziemska w za- wrotnym pędzie czterystu kilkudziesięciu metrów na sekundę, a w każdym mgnieniu oka, w miarę ak spada ący pocisk się zbliżał, pęd ów potworny wzrastał pozornie, tak że za chwil parę to, co Mataret miał przed oczyma, nie było uż zgoła podobne do żadne rzeczy stałe , wyda ąc się eno burzą akichś przelatu ących pod nimi zarysów. Horyzont cały wypełniała ta oszalała tarcza, w którą — wobec zwiększonego kąta widzenia z pobliża — zamienił się błyszczący do niedawna sierp pod ich nogami. Ocean nachylił się uż za ograniczony nagle widnokrąg — lądy akieś migały w dole, których okiem niepodobna było chwycić, i naraz — ak gdyby ich orkan⁸ kosmiczny porwał! Wpadli w wiru ącą atmosferę ziemską — pocisk, dotąd nieruchomy na pozór, zakołysał się nagle i zwinął — pod wpływem nacisku powietrza akieś skrzydła ochronne automa- tycznie z boków ego się rozwinęły i prysły w te że chwili… Mataret uczuł uż tylko żar rozgrzanych momentalnie przez tarcie atmosfery ścian wozu — i przestrach nieludzki: chciał krzyknąć… Nagła noc go ogarnęła. II „Niesłychane, nieprawdopodobne wynalazki i odkrycia upływa ącego stulecia stawia ą nas wobec problematu, który dumą, lecz zarazem i strachem prze ąć musi człowieka. Pę- dzimy w postęp krokiem tak chyżym, że straciliśmy uż wszelką miarę szybkości tego dążenia naprzód; nic nam uż się nie wyda e nieprawdopodobnym, nic niesłychanym. Dla ednych dlatego, że wiedzą tak wiele i takie skryte ta niki bytu poznali, że rozumie ą każdą rzecz nowo się po awia ącą ako naturalny i konieczny wynik tego, co est, ako tyl- ko edno z urzeczywistnia ących się kole no w ludzkim mózgu zastosowań odwiecznych i niezmiennych sił przyrody… A dla innych nie ma również nic dziwnego przez to po prostu, że nie wiedzą nic i o ni- czym uż wiedzieć nie chcą, spodziewa ąc się tylko z nałogu każdego dnia nowe rzeczy cudowne , które nie rozumie ą, ale z góry za prostą uważa ą, tak ak cudo na większe, mózgiem ludzkim dotąd nieprześcignione: rozwó organizmów, powstanie gwiazd i sam fakt bytu w ogóle, czemu się nigdy nikt z wy ątkiem na mędrszych nie dziwił. ⁷snadź (daw.) — widocznie, prawdopodobnie. [przypis edytorski] ⁸orkan — silny wiatr. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Nie wiadomo dokąd za dziemy, ale to pewne, że bardzo wysoko — aż po kres ludzkie możności, eśli ten istnie e w ogóle. Są bowiem ludzie, którzy twierdzą, że uświadamianie sobie sił przyrody i wielorakiego ich zastosowania do potrzeb człowieka nie est niczym innym, ak stwarzaniem ich w nowe formie w duchu ludzkim — a stwarzanie końca nie ma i mieć nie może, dopóki są pierwiastki da ące się łączyć i wiązać z sobą. W każdym razie ednak nie ulega wątpliwości, że za lat kilkadziesiąt lub kilkaset może zdobędzie ludzkość taką doskonałą władzę nad przyrodą, że to, co dzisia możemy, niczym się wyda po prostu przyszłym pokoleniom. Duma to myśleć o tym rozwo u, ale — ak powiedziałem — i strach zarazem. Są dziwne sprzeczności w umysłowym bytowaniu człowieka, konieczne, nieuchronne, a w skut- kach fatalne. Któż za lat kilkaset — a cóż dopiero parę tysięcy — zdolny będzie ob- ąć umysłem ludzkim całokształt wiedzy ludzkim umysłem zdobyte ? Czy ta potęga du- cha wzrasta ąca nie będzie musiała przesilić się wreszcie w akiś sposób niespodziewany a straszliwy? Niegdyś — przed wiekami — postęp szedł krokiem bardzie równomiernym i między na uczeńszym człowiekiem a chłopem na wpół dzikim nie było nawet w przybliżeniu po- dobne różnicy duchowego poziomu, aki dzisia zachodzi między przodownikami a tłu- mem, z wynalazków ich i odkryć bez troski powszechnie korzysta ącym i kulturalnym na pozór. Cezar rzymski, mieszka ący w marmurowych pałacach w zbytku i wyuzdaniu, mi- mo wszystko mało się różnił wiedzą — choć nawet dumał nad Platonem — od parobka brudnego, gryzącego kawał cebuli w cieniu filarów amfiteatru, chroniących go od po- łudniowego żaru. Dzisia mó szewc ży e tak samo ak a, owszem — w większy może dostatek opływa, korzysta ze wszystkich urządzeń i udoskonaleń wraz ze mną, z te sa- me opieki prawa i z ustaw tych samych, osobie ego społeczną wartość nada ących — a tymczasem on nie wie nic, a a wiem wszystko… Coraz cięższy to trud wiedzieć wszystko lub wiele boda — i brzemię dla coraz szczu- ple sze garstki wybranych do pod ęcia możliwe. Niesiemy oświatę dla wszystkich, uczy- my lud wszystkiego, ale czymże może być to „wszystko” wobec ogromu wiedzy niepodob- ne uż prawie dziś do ogarnięcia ludzkim umysłem i pamięcią? Poza wiedzącymi napraw- dę, którzy są edynymi zaiste twórcami wiedzy, sztuki i bytu — a niezgłębioną przepaścią od reszty ludzi mimowolnie są oddzieleni: dwa typy się formu ą, a nie wiadomo który z nich gorszy. Jedni — to powierzchnia, ludzie zna ący tytuły dzieł i nazwy wynalazków, którzy mówią radzi o wszystkim i za mądrych się częstokroć, a nawet przeważnie, uważa- ą, a nie wiedzą nic — i drudzy, edne poświęceni gałęzi i w ednym pracu ący kierunku, którzy odrzuca ą z ciasną wzgardą wszystko inne, do ich zakresu nienależące, akby to było niczym. Ci uważa ą się również za mądrych, a w istocie także nie wiedzą nic. Na razie tworzą oni wiele i długo eszcze tworzyć będą zapewne. Ale nie zawsze. Bo oto poczyna się uż czas, że coraz ciaśnie im est w ich studniach wąskich, ze zbytnią ufnością w głąb wierconych — i coraz bardzie brak powietrza dla oddechu. Zbliża ą się z wolna do serca bytu, gdzie wszelkie żyły się łączą, a kto nie zna ich wszystkich, gubi się w sieci niepo ęte , niezdolny uż posunąć się dale , chyba po omacku. Więc na powierzchnię wychodzą, gubią się w powierzchni. I tak coraz mnie sza drużyna wszystkowiedzących przodowników dźwiga postęp i los ludzkości na ugina ących się barkach — a eśli ich zabraknie? Jeśli i ich siły nadludzkie ogromowi brzemienia nie podoła ą?”. Jacek odrzucił książkę. Białą, wąską ręką przetarł wysokie czoło i uśmiechnął się blado bezkrwistymi ustami; czarno płonące oczy ego powlokła akaś mgła zamyślenia… Tak oto pisano uż z końcem dwudziestego wieku, a ileż to stuleci przeszło od tego czasu! Po okresie niesłychanych, nieprawdopodobnych wynalazków, gdzie edno odkry- cie rodziło dziesięć nowych i zdawało się istotnie, że ludzkość est na drodze akiegoś ba ecznego rozwo u bez końca, który aż przeraża swo ą wielkością — nastąpił zastó na- gły, ak gdyby siły przyrody ta emne, mogące służyć człowiekowi, wyczerpały się wreszcie w swych kombinac ach i wszystkie uż do tryumfalnego rydwanu ludzkiego dobrobytu wprzęgnięte, nie miały nic więce do odsłonięcia. Nadszedł okres wyzyskiwania i za- stosowywania coraz wszechstronnie szego tych zdobyczy ludzkie myśli, która na pozór osiągnęła uż wiedzę na głębszą. J Ż  Stara Ziemia  A tymczasem owi wiedzący, owi rzeczywiście coraz bardzie nieliczni wszystkowie- dzący, przekonywali się z każdym dniem bardzie i dosadnie , że naprawdę nie wiedzą nic, tak ak ongi — na początku — kiedy duch człowieczy dopiero do lotu się zrywał. W tymże samym czasie, kiedy szereg wynalazków, nim przerwał się nagle, zdawał się wzrastać z zawrotną akąś szybkością, krokiem coraz większym, wiedza, prawdziwa wiedza o tym, co est, na odwrót coraz wolnie posuwać się poczęła. Było to tak, ak gdyby do sumy wiadomości uż zdobyte wiek po wieku przydawał ciągle tylko połowę te reszty, która pozostawała każdego czasu eszcze do zdobycia, ukazu ąc w dali coraz wyraźnie szą granicę możliwości, nigdy nieosiągniętą: można się do nie zbliżać, zbliżać się coraz wolnie , ale zawsze pozostanie akaś połowa tego, czego się nie wie eszcze, w cieniu ta emnicy — i w końcu uderza się głową o te same nierozwiązalne zagadki, przed którymi uż greccy mędrcy z zadumą stawali. Czym est w na głębsze istocie to, co est, i dlaczego est w ogóle? Czym est myśl ludzka i sam duch pozna ący? Jakie są nici, łączące umysł ludzki ze światem, i na akich drogach i w aki sposób byt się w świadomość przeradza? I wreszcie — co z chwilą śmierci się dzie e? Lekki uśmiech wydął piękne, kobiece niemal usta Jacka. Ach, tak! Był czas — właśnie kiedy pisano książkę oną, przed chwilą rzuconą — że ludzie, nie mogąc sobie dać rady z tymi pytaniami, usiłowali e odrzucić po prostu, odmawia ąc im wszelkiego znaczenia, nawet sensu. Wówczas — kiedy to człowiekowi, postępem wiedzy oszołomionemu, zdawało się, że takie tylko zagadnienia treść ma ą rze- czywistą, na które można odpowiedzieć albo co do których est ta pewność lub nadzie a przyna mnie , że się na nie wcześnie czy późnie odpowiedzieć musi… A nad wszystkim innym, ako nad „metafizyką”, wzruszano ramionami. A ta „metafizyka” powraca tymczasem i sta e wciąż przed człowiekiem z niezmiennie zakrytą twarzą, i dręczy go — bo w istocie, dopóki się nie wie tego, nie wie się nic właściwie…! I ak przed wiekami, przed dawnymi wiekami, tak wsta ą i dzisia prorocy i niosą Ob awienie, ma ące ludziom, chcącym i zdolnym wierzyć, uprościć wszelkie myślenie i serce uspokoić, i na pytania wszelkie odpowiedź dać ostateczną. Religie są, ako były zawsze, mimo że im tyle razy zachód i zgubę przepowiadano — silnie sze dzisia może niż kiedykolwiek, eno że zmienił się ich zakres i znaczenie. Tłumy przesta ą wierzyć i bóstwa szukać za błękitami, te tłumy olśnione wiedzą, które nie rozumie ą, zaślepione blaskiem skarbów przez na wyższe duchy zdobytych, z których korzysta ą, zgoła myśli do ich nagromadzenia nie przyłożywszy. Ale za to ci na mędrsi, ci, którzy niegdyś w czasie nadmierne w siły swe ufności pierwsi religię ako „zabobon”, ako rzecz zbyteczną i ciemną rozbijać poczęli, teraz chronią się pod e skrzydła — eden po drugim — z lękiem akimś w oczach, co zbyt blisko w nierozwiązywalne ta emnice patrzyły, i z pragnieniem uko u⁹ w wysilonych mądrością sercach. A obok tego wszystkiego — po staremu gdzieś z gór niebotycznych, gdzieś z głę- bi lasów, w Az i eszcze ukrytych, idą ludzie dziwni, ta ników przyrody w szczegółach niebada ący, a ma ący nad nią moc prawie kuglarską, z które nie korzysta ą, nie potrze- bu ąc niczego, i w wielkim spoko u ducha z uśmiechem zagadkowym na ustach patrzą z politowaniem na tych „wszystkowiedzących”, co nicość wiedzy swe odkryli… Bezwiednie nożem z kości słoniowe , w białe ręce trzymanym, począł przewracać kartki leżące przed nim książki… W ciszy poko u, odgrodzonego drzwiami nieprzepusz- cza ącymi głosu od świata, słychać było tylko szelest pożółkłego papieru i tykotanie zegara elektrycznego, któremu wtórował w kącie gdzieś robak, stare meble drewniane toczący. Oto on — Jacek — est ednym z tych niewielu „wszystkowiedzących”… Nie wie na- wet doprawdy, kiedy i akim cudem zdołał ob ąć ten ogrom duchowego dobytku z dzie- siątek stuleci, a nadto zapytu e się sam czasem: „Po co ten cały nieludzki wysiłek?”. Rozwarła mu niby przyroda wszystkie ta niki swo e i słucha go ak pana, ale on wie aż nadto dobrze, iż est to tylko złudzenie, nawet nie ego własne, ale tych eno, co nań patrzą i dziwu ą się ego mądrości a potędze. ⁹ukoju — D.lp; dziś: uko enia. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  On sam wie, że rozkazu e światu tak śmiesznie, ak ów wódz Irokezów, dawno wy- gubionych i zapomnianych, co stawał przed każdym świtem na wzgórzu i wskazu ąc ręką na wschód, kazał słońcu wze ść tamtędy i palcem mu drogę aż na zachód przez niebo dla dziennego biegu wytykał. A słońce go słuchało. Zapewne — poznać rzeczy, to znaczy mieć władzę nad nimi, bo się wie, ak im rozkazywać, a ednak ta cała władza ego, które ludzkość tyle błogosławionych a cudownych zawdzięcza wynalazków, ako moc osobista niewarta est ednego spo rzenia tego przed tygodniem spotkanego Az aty, co przed nim czarę pełną wody wolą tylko i oczyma wywrócił, nie zna ąc nawet sposobu, w aki to czyni, i nie przynosząc nikomu tym śmiesznym czynem korzyści… A zresztą — czyż on wiele więce wie od tego cudotwórcy o tym, co czyni sam, i o istocie sił, którym słuchać się każe — z mnie szym nawet woli wysiłkiem, bo tylko przez poznanie sposobu ich działania? Oto trzeci rok upływa, ak, nie wychodząc z te izby, nakreślił dla przy aciela swego, Marka, plan wozu, którym by się mógł dostać na Księżyc, i wozowi drogę nieuchronną ak obieg gwiazd wytknął przez przestworza, a potem przy tym stole siedząc, z mie sca się nawet nie ruszywszy, przez pociśnięcie guzika wóz z za- mkniętym wewnątrz podróżnikiem we właściwe cząstce sekundy wyrzucił w przestrzeń — i est pewien bezwzględnie, że w obliczonym z góry momencie i w mie scu oznaczo- nym spadł bez szkody na powierzchnię starego towarzysza Ziemi; a w rzeczywistości cóż on wie o ruchu samym, który tuta z taką ścisłością sprawił i zastosował? Czyż nie est pod tym względem mnie więce w tym samym mie scu, co ów przed wiekami Zenon Eleata, usiłu ący w naiwnych przykładach wykazać w samym po ęciu ru- chu sprzeczność, aka go uderzyła? Eleata twierdził, że Achilles żółwia nie dogoni, gdyż w czasie, który zuży e na przebycie dzielące ich przestrzeni, żółw zawsze nieco naprzód się posunie… A on — po kilkudziesięciu wiekach wie nadto, że to, co się porusza, stoi zarazem, a to, co stoi, porusza się, bo ruch wszelki i spoczynek są względne — i gorze eszcze, że ruch, ta rzeczywistość edyna a nieuchwytna, est zmianą położenia w prze- strzeni, która est rzeczą zgoła nierzeczywistą… Wstał i aby przerwać tok gnębiących go myśli, zbliżył się ku oknu. Lekkim do- tknięciem umieszczonego w ścianie guzika rozsunął firanki i kazał się lśniącym szybom roztworzyć. Do poko u, oświetlonego bez lamp przebiega ącymi pod stropem smugami asności, wlał się pełną falą srebrzysty blask Księżyca. Jacek nieznacznym znowu ruchem dłoni zgasił sztuczne światła i zapatrzył się w Księżyc, właśnie pełni dochodzący. Myślał o Marku, o tym dzielnym człowieku akby nie z tego stulecia, bu nym, weso- łym, skorym do czynu… Dalecy krewni, wychowali się razem, ale akże innymi drogami poszło ich życie! Podczas gdy on wiedzę gromadził gorączkowo, z zapamiętałością akąś, które sam w te chwili nie rozumie, tamten szalał i działał, szukał przygód niesłychanych, rzucał się z miłostek w wir życia publicznego, brał udział w wielkich zgromadzeniach ludowych i bronił różnych spraw emu, Jackowi, zgoła obo ętnych, aby znowu niespo- dziewanie zniknąć na pewien czas z widowni, po prostu dla fantaz i wdarcia się na akiś niedostępny szczyt himala ski lub dla spędzenia paru tygodni w miłosnym oszołomieniu. I oto ten szaleniec serdecznie ukochany, który wszystko przez różowe szkło widział, przyszedł doń dnia pewnego z oświadczeniem, że — ni mnie , ni więce — tylko zrobić chce wycieczkę na Księżyc. — Ja wiem, że ty wszystko umiesz i możesz, Jacku — prosił ak dziecko — zbudu mi tedy wóz, którym mógłbym tam po echać i wrócić! Jacek zaśmiał się: „ach, wszystko!…”. Ale tę drobnostkę bez wątpienia zrobić potrafi — wdzięczny est owszem Markowi, że mu się zachciało dostać na Księżyc tylko, a nie na którą z planet systemu słonecznego na przykład, bo wtedy rzecz byłaby do wykonania cokolwiek trudnie sza… Śmiali się oba i żartowali. — I czemuż ty się tam wybierasz? — pytał Marka. — Czy ci uż źle na Ziemi? — Nie, ale wiesz, ciekaw estem, co się stało z tą wyprawą O’Tamora sprzed kilku wieków, który w towarzystwie, zda e się, dwóch mężczyzn i edne kobiety dał się wyrzucić w pocisku na Księżyc, by tam założyć nowe społeczeństwo… — O’Tamorowi towarzyszyło trzech mężczyzn i edna kobieta… — Ach! Mnie sza… Zresztą mam i inny powód. Sprzykrzyła mi się uż Aza. J Ż  Stara Ziemia  — Aza? Któż to est? — Jak to, nie wiesz? Aza! — Two a nowa suka myśliwska czy klacz? — Cha, cha, cha! Aza! Cudo! Śpiewaczka, tancerka, którą się zachwyca ą obie pół- kule… Opieku się nią, Jacku, gdy od adę! Tak mówił wówczas Marek, roześmiany, wesoły, kipiący bu nym, młodym życiem… Jacek zmarszczył brwi i przetarł ręką czoło niecierpliwie, akby chciał odegnać przykre akieś wspomnienia. — Aza… Tak est, Aza, którą się zachwyca ą obie półkule… Wzniósł z wolna oczy na Księżyc. — I gdzie ty teraz esteś — szeptał — i kiedy powrócisz? I co opowiesz? Co tam zastałeś, co cię tam spotkało? — Tobie wszędzie dobrze — dodał po chwili uż na wpół głośno. Tak, emu dobrze będzie wszędzie, myślał, bo ma w sobie eszcze ten pierwotny, niepowstrzymany, twórczy pęd życia, co umie wytworzyć naokoło pożądane stosunki, a nawet w na gorszych zna du e strony dobre… Przecież on, Marek, i tuta czuł się swobodnym i wesołym i nie skarżył się, chociaż to tak trudno wobec tego, co ich otacza… A przecie niepodobny est do tych wszystkich innych, zadowolonych… Zamknął okno i nie zapala ąc świateł, powrócił do biurka na środku okrągłego poko u. Przesunął się cicho po miękkim dywanie i maca ąc ręką w cieniu, opadł w fotel wysoki. Cisnęły mu się na myśl przypomnienia wszystkich zmian w ciągu wieków zaszłych, co miały niby ludzkość uszczęśliwić, wyzwolić, podnieść… Jakżeby się zdziwił ten człowiek w zamierzchłych gdzieś czasach, w dwudziestym stu- leciu tę książkę przed chwilą porzuconą piszący, gdyby spo rzeć mógł dzisia na mapę Z ednoczonych Stanów Europy! Wówczas to zdawało się tak odległym i niedoścignio- nym ideałem, a przecież przyszło względnie łatwo i nieuchronnie. Jeno że wprzódy potrzeba snadź¹⁰ było tych wszystkich wstrząsa ących ludzkością przewrotów, o których mówi historia: straszliwego, niesłychanego, bezprzykładnego po- gromu Państwa Niemieckiego przez Cesarstwo Wschodnie, w akie zamieniła się dawna Austria po zagarnięciu polskich kra ów Ros i i połączeniu się z południowosłowiański- mi państwami… Te nieoczekiwane przez nikogo wo ny trzyletnie potężne Anglii, pani połowy świata, z Unią Kra ów Łacińskich, po które Imperium Bryty skie, niepokona- ne, ale też i niezwycięskie właściwie, rozpadło się ak strąk grochu do rzały na kilkanaście państw samodzielnych — i eszcze tych wszystkich burz, walk, zamieszań! I oto pewnego dnia zrozumiano nareszcie w sposób taki akiś prosty i niewątpliwy, że nie ma o co walczyć właściwie i zaczęto się dziwić, po co tyle krwi z taką rozlano zapamiętałością? Ludy Europy po kilkudziesięciu wiekach historycznego rozwo u do - rzały do z ednoczenia i z ednoczyły się na zasadzie samoistnych edności narodowych, ak na większe zażywa ących swobody. A krok w krok za tymi zmianami postępował rozwó stosunków społecznych i go- spodarczych. Obawiano się niegdyś gwałtownych przewrotów w te dziedzinie i nawet wszystko zdawało się wskazywać na konieczność nieuchronne akie ś katastro, a w isto- cie wszystko poszło tak gładko i… nudnie aż do obrzydliwości… Rozrost nadzwycza ny spółek i towarzystw spółdzielczych ułatwił prze ście prawie niepostrzeżenie. Wyzyska- nie nowych wynalazków, z edne strony, wymagało z ednoczenia coraz większych sił — z drugie zaś, podnosiło skalę dobrobytu ogólnego w tak niespodziewanie szybki sposób… Wkrótce nie warto uż było posiadaniem osobistego ma ątku trosk sobie przysparzać. Jeno że spodziewane przez niektórych utopistów równości to nie sprowadziło byna - mnie . Zrównano prawa bezwzględnie i godność podniesiono człowieczą, dano wszystkim dobrobyt i oświatę dla wszystkich, ale — nie zrównano duchów ludzkich — ani — co za tym idzie — wartości i zakresu władzy ednostki. Och! Jakże to wszystko dalekie od tego śnionego niegdyś ra u! Byli po staremu bogaci i względnie ubodzy. Ludzie, którzy za mowali akieś stano- wisko „pożyteczne” dla społeczeństwa i ważne, otrzymywali pens e częstokroć po pro- ¹⁰snadź (daw.) — przecież, widocznie. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  stu olbrzymie i po krótkim stosunkowo czasie służby — dożywocia, pozwala ące im bez obowiązkowych za ęć na rozrywkach resztę dni spędzać. Rzadko się zdarzało, aby ci — wyzwoleni — dobrowolne pracy eszcze nadal się poświęcali. Rządy były właścicielem edynym, ale nie mnie dbałym o swo ą kieszeń niż daw- nie ludzie prywatni. Miasta ogromne pełne były wykwintnych hoteli — teatry, cyrki i sale zabaw kapały od złota — śpiewaków zaś i histrionów wszelkiego rodza u płacono ak po wszystkie czasy sumami nieprawdopodobnymi. Tymi drogami pieniądz z kieszeni dosto ników i „emerytów” wracał na powrót do kas państwowych. A iluż to ludzi „nieproduktywnych” dlatego tylko głodu nie znało, że pracować mu- sieli obowiązkowo i eśli się nie umieli rządzić tym, co im dawano za pracę niechętną, bywali zabierani pod państwową opiekę… A byli wśród nich ludzie młodzi nieraz, póź- nie si wynalazcy i odkrywcy, pisarze i artyści do ręczne pracy zmuszeni, marnie ący często, sławni nieraz dopiero po śmierci, a za życia w cień przez szczęśliwych i modnych „kolegów”, schlebiaczy gawiedzi, zepchnięci… Jacek myślał o tym wszystkim, ważąc znów w ręku książkę, przed chwilą czytaną… Nie na dwie, ak się obawiał ten wyklęty ongi gwoli¹¹ pesymizmowi swemu pisarz dwudziestego wieku, ale na trzy części ludzkość się rozpadła. W środku est tłum. Więk- szość olbrzymia. Zgra a sytych, w miarę zażywa ących spoczynku i o ile możności ak na - mnie myślących. Ma ą prawa, ma ą dobrobyt i oświatę — to znaczy uczą się w szkołach wszyscy tego, co dla nich zrobiono. Ma ą poczucie obowiązku i są przeważnie cnotliwi. Dzielą się na narody i każdy est dumny z tego, że do swego narodu należy, chociaż, gdyby się był w innym urodził, byłby także z tego dumny. Niegdyś były narody święto- ścią, z na serdecznie sze krwi ulepioną — dzisia wyrodziły się z wolna w rodza stro ów odmiennych, niema ących głębszego znaczenia. Różnica duchów się zatarła. W treści swych małych dusz tłum się stał wszędzie mimo różnic mowy, dochodów, władzy tak rozpaczliwie do siebie podobny! Odmienność rasy i plemienia tętni może eszcze żywa u tych na wyższych — „wie- dzących”, którzy ponad błyszczącym tłumem europe skim sto ą, nieprzebytą przepaścią duchowego rozwo u odeń oddzieleni. A oni przecież na mnie o narodowości mówią, w edno braterstwo wiedzy i ducha losem swym związani. Ale i w dole pod tłumem sytym i zadowolonym est czerń międzynarodowa, którą również przepaść od niego odgranicza. Przeczy się temu głośno i zawsze, a ednak tak est. Nie pomogą tu na pięknie sze i nawet szczere słowa o równości, o prawie powszechnym do życia i dobrobytu, o nieistnieniu warstw uciśnionych! Zresztą — oni nawet nie są uciśnieni wcale. Te miliony maszyn, ludziom służące, wymaga ą z swe strony do obsługi całe rzeszy robotników czu nych, umie ętnych, metalowe , nielitościwe dziwostworze po prostu za- przedanych i niemyślących o niczym więce , ak że w dane chwili trzeba pewien guzik pocisnąć lub dźwignię przerzucić. Pracu ą względnie krótko, płatni są dobrze, ale umysł ich, zaostrza ąc się w ednym kierunku, tępie e dziwnie we wszystkich innych, robiąc ich z wolna obo ętnymi na to, co się dzie e poza fabryką, warsztatem i kołem ich na bliższe rodziny. I to est znamienne, że się nie buntu ą ani nie podnoszą, ak niegdyś robotnicy minio- nych stuleci. Da e im się mądrze wszystko i wszystko przyzna e, czego chcą, aż w końcu — przesta ą chcieć czegokolwiek, nawet tych rzeczy, które by z łatwością mogły być dla nich dostępnymi. Nie ma ą o czyzny, koniecznością pracy z mie sca na mie sce przerzuca- ni, ęzyk sobie nawet wyrobili oddzielny, międzynarodowy, w dziwny sposób ze strzępów różnych ęzyków skle ony. A więc właściwie wszystko est, ak było! Jeno że te granice niewyraźne, o których utrzymanie z góry, zniesienie z dołu, ongi walczono, wyraźnie szymi się stały, szerszymi i trudnie szymi do przebycia z chwilą, kiedy w zasadzie istnieniu ich zaprzeczono. Ustało obustronne parcie na zewnątrz i siłą faktów warstwy poczęły się skupiać i zasklepiać, cofa ąc się mimo woli i wiedzy coraz bardzie od siebie. ¹¹gwoli — z powodu dla; z C. gwoli pesymizmowi, dziś z D.: z powodu pesymizmu. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  I wszystko est tak, ak było. I mimo dobrobyt, mimo wiedzę, mimo wolność i prawa¹² niby doskonałe — tak samo dzisia , ak i przed wiekami, płytko est na Ziemi i ciemno, i duszno coraz bardzie w tym życiu, u którego kresu czeka śmierć, z ednako zawsze zakrytą, niepo ętą twarzą. A szczęście? Osobiste szczęście człowieka? O, ludzka duszo, nigdy niesyta i niepoprawna! Nauka, wiedza ni mądrość żadna nie wytrzebią z głębi pragnień nierozumnych, śmiesznych a pożera ących ak ogień, gdy wielce rozgorze. Cień był w poko u od chmur, co Księżyc zasnuły. Jacek mimowolnym niemal ruchem wyciągnął dłoń i dotknął na pamięć guzika w rzeźbach biurka ukrytego. Na owalne tarczy z mlecznego szkła w ramie brązowe zamigotał barwny obraz: drobna, dziecięca na pozór twarz pod bu ną falą asnych włosów i oczy ciemnobłękitne, ogromne, szeroko rozwarte… — Aza, Aza… — szeptał w ciszy, pochłania ąc wzrokiem to nikłe odbicie. III Mataret, odzyskawszy przytomność, nie umiał sobie przez długi czas zdać sprawy z tego, co się z nim stało właściwie i gdzie się zna du e. Przecierał oczy kilkakrotnie, niepewny, czy to istotnie ciemność nieprzenikniona go otacza, czy też powieki ma eszcze zamknię- te. Przypomniawszy sobie, że est w wozie, który pędził z Księżyca na Ziemię, usiłował bezskutecznie zapalić światło elektryczne. Naprzód długo nie mógł znaleźć guzika — w wozie było dziwnie wszystko poprzewracane, a gdy wreszcie wyszukał, na próżno na- ciskał palcem. W przewodach coś się widocznie zepsuło: noc nie ustępowała. Począł w ciemności wołać na Rodę. Przez długi czas nikt nie odpowiadał, aż wreszcie posłyszał stęknięcie, które mu dało przyna mnie znać, że towarzysz ego ży e. Po omacku posunął się w stronę, skąd głos go dochodził. Trudno mu się było orientować w położeniu. Przez cały czas podróży wóz własnym ciężarem pod wpływem przyciągania — naprzód Księżyca, a potem Ziemi — tak się obracał, że podłogę ego zawsze mieli pod nogami, teraz Mataret, posuwa ąc się, zauważył, że pełza po wklęsłe ścianie pocisku. Znalazł mistrza i wstrząsnął nim za ramię. — Ży esz? — Ży ę eszcze. — Nie esteś ranny? — Nie wiem. Zawrót mam w głowie. Boli mnie całe ciało. I ciężko, tak ciężko strasz- liwie… Mataret czuł to sam, mogąc się zaledwie z na większym wysiłkiem poruszać. — Co się to stało? — zapytał po chwili. — Nie wiem. — Byliśmy uż blisko Ziemi. Widziałem, ak wiru e… Gdzież teraz esteśmy? — Nie wiem. Może to my przelatywaliśmy ponad nią! Minęliśmy Ziemię teraz wi- docznie i pędzimy znów w przestrzeni dale , w cieniu e pogrążeni. — Czy uważasz ednak, że wóz przybrał dziwne akieś położenie? Chodzimy po ścia- nie. — Cóż mnie to obchodzi? Wszystko edno. Tak czy owak, śmierć nas czeka nie- uchronna, na ścianie czy na powale¹³… Mataret zamilkł, przyzna ąc w duszy słuszność mistrzowi. Wyciągnął się na wznak i przymknął oczy, podda ąc się ogarnia ące go z wolna senności, co przychodziła nań snadź¹⁴ i ako zapowiedź zbliża ące się śmierci. Nie usnął ednak. Ma aczyły mu się tylko w akimś na wpół przytomnym marzeniu księżycowe szerokie równiny i miasto przy Ciepłych Stawach nad brzegiem morza poło- żone… Lud niby widział skądś wraca ący, z uroczystości akie ś, od stopni świątyni, na których stał człowiek wyniosły, Zwycięzcą na Księżycu nazwany — i patrzył nań szyder- czymi oczyma. Zawołał nawet na niego po imieniu. Raz i drugi. ¹²mimo dobrobyt, mimo wiedzę, mimo wolność i prawa (daw.) — mimo z rzecz. w B.; dziś z D.: mimo dobrobytu itd. [przypis edytorski] ¹³powała (daw.) — sufit. [przypis edytorski] ¹⁴snadź (daw.) — widocznie, prawdopodobnie. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Rozwarł oczy. Rzeczywiście wołano go. — Roda…? — Czy śpisz? — Nie, nie śpię. Zwycięzca… — Do licha ze Zwycięzcą. Krzyczę na ciebie uż pół godziny. Wytrzeszcz ślepia! — Blask! — Tak est. Jaśnie się robi. Co to est? Mataret dźwignął się i usiadł, zadziera ąc głowę ku górze. Istotnie okrągłe okno bocz- ne, przy tym położeniu wozu do góry teraz zwrócone, szarzało z wolna aśnie ącą plamą na tle ciemności. — Dzień się robi — szepnął. — Nie rozumiem — rzekł Roda. — Dotąd przechodziliśmy z światła w ciemność i na odwrót bezpośrednio, w ednym momencie… W te chwili ze zwiększa ącą się nagle asnością szelest akiś suchy doleciał ich uszu — pierwszy odgłos, który od czasu odlotu z Księżyca z zewnątrz ich dochodził. — Jesteśmy na Ziemi! — krzyknął Mataret. — Z czego się cieszysz? Ale on uż nie słuchał. Walcząc z nieznośnym ciężarem własnego ciała, wydrapał się bliże ku oknu, ponad którym przesuwały się ak gdyby tumany piasku, gęstnie ące czasem tak, że mrok znowu gruby zalegał wnętrze wozu. Mataret patrzył, nie rozumie ąc tego wszystkiego. W pewne chwili przymknął oczy, niespodziewanym askrawym blaskiem uderzone. Piasek znikł i słońce oślepia ące padło na okrągłą szybę. Słychać było wyraźnie świst wichru przewala ącego się po świecie. Kiedy znowu powieki rozwarł, asno było dokoła — przez okno przeglądało się w górze niebo ciemnobłękitne, powietrzem malowane, nie czarne byna mnie ak dotąd, kiedy przez przestrzeń międzygwiezdną przelatywali. — Jesteśmy na Ziemi — powtórzył Mataret z przekonaniem i począł odkręcać śruby, zamyka ące wy ście z ich długotrwałego więzienia. Nieraźno szła mu robota. Wszystko ciężkim mu się nadmiernie wydawało, a człon- ki obezwładnione, leniwe, nużyły się szybko, tak że co chwila musiał odpoczywać. Gdy wreszcie ostatnie śruby z brzękiem w dół opadły i świeży powiew przez okno otwarte w twarz go naraz uderzył, zachwiał się, powietrzem pijany i zmęczony trudem, nie mo- gąc zrazu w braku sił na świat się wydobyć. Po dłuższym odpoczynku dopiero wrócił do równowagi i chwyciwszy się rękoma za obrzeże okna, dźwignął głowę, a potem i całe ciało na zewnątrz. Roda cisnął się uż za nim i wysuwał dużą rozczochraną czaszkę z wozu. Patrzyli długo oba w milczeniu. — A nie mówiłem, że Ziemia est niezamieszkana! — ozwał się wreszcie Roda. Przed nimi — dokoła — ak okiem zasięgnąć ciągnęła się roztocz piasku, żółta, w gar- by niby fale pogięta, arkim¹⁵ rozżarzonym słońcem spalona. Wóz ich, zlatu ąc na Ziemię, wpadł był w wydmę olbrzymią, z które go usta ący teraz właśnie wiatr pustynny wygrze- bał. Mataret nie odpowiadał na słowa Rody. Patrzył szeroko rozwartymi oczyma i po- rządkował w duszy dziwne wrażenia. Wszystko naokół niego było ciche, martwe, nieru- chome; trudno mu było uwierzyć, że to est ta sama Ziemia, którą widział był, zda się, przed chwilą w szalonym wirze mknącą pod swymi stopami… Przecierał oczy i zbierał myśli rozpierzchłe — niepewny, czy śni teraz, czy się też ze snu niepo ętego obudził. Chwilami lęk go ogarniał nerwowy, którego przyczyny sam zgoła nie znał. Drżał wtenczas febrycznie od stóp do głów z okropnym, szalonym pragnieniem w sercu, aby to wszystko, co zaszło, ta podróż i ta Ziemia — okazały się eno sennym ma akiem… Starał się zapanować nad sobą i myśleć przytomnie. Wreszcie poczuł, że głód mu zaczyna dokuczać. Wrócił do wozu i wydobył stam- tąd resztę wody w miechu z nieprzepuszczalne błony i szczupłe zapasy pozostałe eszcze żywności. Zwrócił się do Rody: — Jedz! ¹⁵jarki — asny, żarzący się; por. jarzyć się. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Mistrz wzruszył ramionami. — Właściwie nie wiadomo, po co mam eść i życie o kilka godzin przedłużać. Mimo to rzucił się łapczywie na zapasy, aż go Mataret musiał powstrzymywać uwagą, że żywność należy oszczędzać. — Po co? — warknął Roda. — Głodny estem. Z em, co mam do z edzenia, i po- wieszę się na czubku tego wozu przeklętego! Mataret, nie słucha ąc, ładował w worek resztę pożywienia i wynosił z wozu różne łatwe do zabrania drobne przedmioty, które mogły się przydać. Wreszcie, gdy związał wszystko razem, próbował zarzucić tobołek na plecy, ale spostrzegł, że się przeliczył ze swymi siłami, nie pamięta ąc o sześciokrotnie zwiększone wadze na Ziemi. Rad nierad wyrzucił tedy wszystko, bez czego tylko można się było obe ść, a resztę podzielił na dwa węzełki. — Bierz — rzekł do Rody, wskazu ąc eden z nich — i pó dź¹⁶. — Dokąd? — Gdziekolwiek. Pó dziemy przed siebie. — To nie ma zgoła celu. Mnie est wszystko edno, w którym punkcie te płaszczyzny przestrzeni zginę. — Gdy Ziemia przelatywała pod nami, wiru ąc, widziałem morze i kra e akieś, zda mi się, zielone. Może dotrzemy do okolicy, gdzie się da żyć. Roda, mrucząc niechętnie, zarzucił tobołek na ramię i ruszył za Mataretem. Szli na wschód słońca, grzęznąc w piasku, obezwładnieni upałem i zbyt gęstym dla ich księży- cowych płuc powietrzem Ziemi, a nade wszystko wagą ciał własnych, które — drobne i niepozorne — wydawały im się, ak gdyby naraz w ołów były zamienione. Odpoczywali co kilkadziesiąt kroków, ociera ąc zno ny pot z czoła. Na przystankach Roda, korzysta ąc z każdego zauważonego szczegółu, dowodził w dal- szym ciągu, że Ziemia nie est zamieszkana i w ogóle nie może być zamieszkana przez żadne istoty. — Pomyśl — mówił — ten ciężar tłoczący! Któreż stworzenie znieść go zdoła przez dłuższy czas! — Jeśliby tu ednak ludzie byli więksi i silnie si od nas, ak na przykład Zwycięzca? — Nie pleć głupstw! Gdyby tu ludzie byli więksi, ważyliby eszcze więce i nie mogliby się uż zgoła poruszać. — A ednak… — Nie przerywa , kiedy a mówię! — oburzył się Roda. Ja nie rozprawiam z tobą, ale ci powiadam eno pewne rzeczy, o których wiem. Ty słucha i ucz się. Mataret wzruszył ramionami i pod ąwszy swó tobołek, puścił się znowu naprzód w milczeniu. Mistrz postępował za nim, nie przesta ąc dowodzić zdyszanym głosem praw- dziwości swego zdania. — Zdechniemy ak psy — powtarzał. — Tu nie ma, mówię, żadne żywe istoty. — Więc my będziemy pierwszymi — wtrącił Mataret — cała Ziemia będzie do nas należała. — Dużo ci przy dzie z tego! Piasek i woda, którąśmy z góry widzieli, eżeli to est woda w ogóle, a nie akiś na szkliwo ścięty kamień… Mataret tymczasem przystanął i patrzył przed siebie z za ęciem. — Widzisz! — rzekł po chwili, rękę wyciąga ąc. — Co? — Nie wiem, co to est… Pó dźmy bliże . Po kilkudziesięciu krokach, ma ąc uż twardszy, skalisty grunt pod nogami, mogli rozróżnić wyraźnie linię akąś, drogę ich przecina ącą i biegnącą w obie strony gdzieś w nieskończoność. Gdy podeszli bliże , zobaczyli sztabę żelazną, metalowymi kozłami nieco nad poziom wzniesioną, która, ak okiem zasięgnąć, przekrawała pustynny kra od końca do końca. — Co to est? — szeptał Roda zdumiony. — Tu ednak muszą być akieś żywe istoty — odezwał się Mataret. — Ta dziwna rzecz zda się być ręką ludzką zrobiona. ¹⁶pójdź (daw.) — chodź. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  — Nie ludzką! Nie ludzką! Ostatecznie… może istotnie akieś życie tuta est, ale ludzi nie ma na Ziemi! To pewne, przekonasz się… Po cóż by zresztą człowiek rozumny taką rzecz robił; marnował tyle żelaza nie wiadomo na co? — Więc któż Ziemię zamieszku e? — Bo a wiem kto? Jakiś rodza istot… — Szernowie — bąknął przez zęby Mataret i oba poczuli, ak dreszcz przeszedł ich członki na samo wspomnienie straszliwych księżycowych pierwobylców. Oglądali zagadkową szynę z za ęciem, która tymczasem od pewne uż chwili poczęła z lekka dzwonić; naraz…! Odskoczyli oba w tył z przestrachem. Potwór akiś olbrzymi, lśniący, ze spłaszczoną głową, przeleciał z hukiem po szynie w pędzie tak straszliwym, że nim mieli czas oprzy- tomnieć, on uż był daleko. Patrzyli z lękiem a zdumieniem, nie śmie ąc nawet myśleć, co by to było właściwie. Po dłuższym czasie dopiero ozwał się pierwszy Mataret, spogląda ąc nieufnie w stronę, w które zniknęło z awisko. — Jakiś zwierz ziemski… — Ładna rzecz — mruknął Roda — eśli tu takie potwory ży ą. Przecież to miało ze sto kroków długości albo i więce . A mknęło ak wicher. Czy nie zauważyłeś nóg? — Nie. Spostrzegłem tylko wzdłuż całego ciała aż do ogona szereg ócz, które wyglą- dały ak okna… Mnie się ednak zda e, że się to posuwało na kołach. Może to nie potwór, ale wóz akiś dziwny? — Głupiś. Gdzieżby wóz mógł pędzić tak szybko przez nic zgoła nie ciągniony? — A nasz kto ciągnął przez przestworza? — wtrącił Mataret. — Może na Ziemi taki zwycza . Roda zamyślił się na chwilę. — Nie, to niemożliwe. Po edne tak gładkie sztabie wóz nie mógłby biec, przewró- ciłby się niewątpliwie. — To prawda — przyświadczył Mataret. Przesunęli się chyłkiem między kozłami pod szyną, spogląda ąc na nią nieufnie, i szli znowu dale z troską i niepoko em w sercach. Obcymi się czuli na te Ziemi, która, wedle zwalczane przez nich na Księżycu legendy, miała być pono kolebką ludzi pierwotną, a im się wydała straszną i pustą. Roda, nużąc się szybcie od towarzysza, przystawał co chwila i skarżył się na nieznośny upał, który, chociaż nie dochodził księżycowych żarów w połu- dnie, dotkliwszym im się wydał w gęstym ziemskim powietrzu. Naokół zaś, wśród żółte piasku roztoczy — nigdzie cienia nie było. Jeno tam gdzieś daleko przed nimi ma aczyły skały akieś o dziwnych kształtach, w oślepia ącym słońcu aż białe, a pośród nich coś akby olbrzymie pióropusze strzępiaste na wysokich, z lekka wygiętych słupach. Dążyli tedy ku owym skałom, resztę sił wytęża ąc w nadziei, że chłodu trochę zna dą pod nimi, gdy naraz zwróciły ich uwagę cienie akieś przemyka ące przed ich oczyma szybko po piasku. Roda odwrócił się pierwszy i dostrzegł na niebie, między sobą a słoń- cem, niby stado ptaków potwornych o szerokich białych skrzydłach i spłaszczonych ogo- nach. Mataret zauważył u niektórych, bliże lecących, że zamiast nóg miały koła pod sobą, a posuwały się w powietrzu chyżo, nie porusza ąc rozpiętymi skrzydłami. Nato- miast przed głową ich, niewyraźnie się od ciała odcina ącą, szedł akiś wir, który zaledwie z trudnością można było okiem złapać. Zniknęły rychło w stronie, ku które i pierwszy potwór błyszczący był podążał. — Na Ziemi wszystko est straszne — wyszeptał Roda zmartwiałymi usty¹⁷. Mataret nie odpowiadał. Gdy patrzył za ptakami, uderzyło go położenie słońca na firmamencie. Stało uż nisko i poczynało różowieć, za śreżogę¹⁸ akąś złotawą zachodząc. — Już dawno temu, gdyśmy wyszli z wozu? — spytał po chwili. — Bo a wiem? Może cztery, może pięć albo sześć godzin… — Słońce stało wówczas w zenicie? — Tak. ¹⁷zmartwiałymi usty — dziś forma N.lm: (…) ustami. [przypis edytorski] ¹⁸śreżoga — rozedrgane powietrze nad rozgrzaną powierzchnią, tworzące wrażenie mgły np. nad asfaltem w upalny dzień. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Mataret wyciągnął rękę ku zachodowi. — Patrz, uż się skłania. To niepo ęte po prostu. Czyżby tak szybko przebiegało po niebie? W pierwsze chwili i mistrz nie umiał sobie zdać sprawy z tego dziwnego dlań z a- wiska. Przeraził się znów strasznie i patrzył osłupiałymi oczyma na słońce, które snadź oszalało, przebiegłszy w sześć godzin połowę niebieskiego sklepienia, podczas gdy na Księżycu zużywa na to godzin kilkadziesiąt. Ale wnet uśmiech roz aśnił ego szerokie usta. — Mataret! — ozwał się — czyż ty uż naprawdę nic nie wiesz z tego, czegom a was w Bractwie Prawdy nauczał? Łysy uczeń spo rzał z pytaniem na mistrza. — Przecież — ciągnął dale Roda — dni na Ziemi są krótkie i tylko dwadzieścia cztery nasze godziny wynoszą, a zatem… — A prawda, prawda. Mimo to uspoko enie patrzyli oba z podziwem na słońce, mknące w oczach po niebie, ak im się zdawało. — Za godzinę gotowa być noc — szepnął Mataret. — Przekleństwo! — syknął mistrz, zapomina ąc o tym, co sam przed chwilą mówił — przekleństwo! Trzysta pięćdziesiąt godzin ciemności i mrozu. I cóż my zrobimy? Nie trzeba nam było wozu opuszczać… Teraz Mataret pierwszy połapał się w nowych warunkach. — Dwadzieścia cztery, a nawet tylko dwanaście godzin ciemności, przecież to Ziemia. — A prawda, prawda! — rzekł Roda z kolei. — Jednak to dziwne — dodał po chwili — bardzo dziwne. W każdym razie mróz nam na pewno dobrze dokuczy, nim słońce wze dzie. Chociaż nie wiem, ak będzie ze śniegiem? U nas, to est na Księżycu, spada śnieg dopiero w dwadzieścia lub trzydzieści godzin po zachodzie słońca, a tu będzie uż dzień nowy. — Może tuta śnieg rychle ¹⁹ spada? Rozmawia ąc, posuwali się wciąż naprzód. Upał dnia ustawał nieco, a i oni uż trochę przywykli do zwiększonego ciężaru swych ciał, tak że szło im się cokolwiek raźnie . Skały były uż blisko. Pod nogami wyglądał tu i ówdzie z piasku calec granitowy, w którego szczelinach trafiała się czasem nikła akaś i pożółkła trawka. Stawali wtedy oba nad nią i oglądali długo, stara ąc się z tego źdźbła marnego wy- wnioskować, ak może bu nie sza roślinność na Ziemi wyglądać, o ile istnie e w ogóle. Słońce właśnie zaszło i dwa Księżyczanie, do skał dotarłszy, szukali legowiska na noc, gdy w gęstnie ącym szybko mroku uderzyła ich oczy olbrzymia akaś postać kamienna, na poły ludzka, zwierzęca na poły. Ciało tego potwora, ze wszystkich znanych im istot, na więce eszcze przypominało psa, który ako edyne czworonożne zwierzę chował się wśród ludzi na Księżycu, eno²⁰ okrągle sze było i więce muskularne, a na wzniesione szyi człowieczą dźwigało głowę. — Tuta są myślące istoty na Ziemi, ak my, ludzie albo szernowie — zagadnął po pewnym czasie niemego podziwu Mataret — kiedy umie ą robić takie rzeczy z kamienia. — Jeśli ednak tak wygląda ą! — dorzucił Roda, wskazu ąc ręką nieruchomego po- twora… Straszno im było i smutno niewypowiedzianie. Wyszukali sobie kry ówkę w szczelinie skały, o ile możności ak na dale od niesamowitego posągu, i robili przygotowania, aby się akoś zabezpieczyć przed spodziewanym mrozem nocnym, kiedy wschodnia część nieba poczęła się z wolna złocić i pokrywać asną łuną, gwiazdy rozbłysłe zaćmiewa ącą — aż wreszcie wypłynęła z nie kula akaś ogromna, czerwona, świetlista. Było to dziwne i niepo ęte, ak wszystko, co ich w tym — na krótszym w ich życiu — dniu spotkało. Kula tymczasem, ak gdyby bania światłem napełniona, wznosiła się w górę, wyda ąc się coraz mnie szą, ale i coraz aśnie szą zarazem. Cień pierzchał — łagodny, srebrny obrzask lśnił się na piaskach i skałach, nada ąc pozór życia straszliwemu potworowi z kamienia. ¹⁹rychło — szybko. [przypis edytorski] ²⁰jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  — Co to za gwiazda może być? Roda szukał długo w myśli, aż wreszcie potrząsnął głową przecząco. — Nie znam te gwiazdy — rzekł, patrząc na Księżyc, z którego właśnie przed kilku godzinami przybyli. Ale Mataretowi przypomniał się nagle widok, aki miał z okna wozu, pędząc w prze- stworzu — a chociaż tamto, z bliska widziane, większe było i mnie asne, to ednak — pewne podobieństwo… — Księżyc! — zawołał. — Księżyc… Patrzyli oba ze straszną, żrącą tęsknotą w biednych sercach na tę płynącą spoko nie po niebie, niepowrotnie straconą, o czyznę swo ą. IV Z pociągu błyskawicznego Sztokholm-Aszuan wysiadła młoda dziewczyna o asnych wło- sach i dużych ciemnobłękitnych oczach, patrzących na świat ak gdyby z dziecięcym esz- cze zdumieniem… Postępował za nią, niosąc w ręku drobne walizki, siwy, ale czerstwy egomość o wyłupiastych nieco oczach w twarzy zarazem patriarchalne , chytre , tępe i poczciwe . Niewygodnie mu było w stro u, wedle na świeższe mody skro onym, do którego snadź²¹ nie przywykł, i czuł się trochę zmęczonym uporczywie graną rolą mło- dzieńca, chociaż starał się nie okazywać tego po sobie. Do dziewczyny, ledwo stanęła na dworcu, przybiegł żywo sam dyrektor na większe- go hotelu Old-Great-Cataract-Palace i z pełnym godności pokłonem wskazał e ręką oczeku ący samochód elektryczny. — Apartamenty są od wczora przygotowane — rzekł z lekkim wyrzutem w głosie. Dziewczyna się uśmiechnęła. — Dzięku ę, kochany dyrektorze, iż się sam trudziłeś, aby mnie powitać, ale a do- prawdy wczora przybyć nie mogłam. Wszak telegrafowałam. Dyrektor skłonił się znowu. — Wczora szy koncert odwołano. Mówiąc to, wskazywał znów ręką po azd czeka ący. — Ach nie! Rzeczy mo e tylko zabierzcie… Pan ma gdzieś kwity — zwróciła się do towarzysza. — Ja pó dę piechotą. Nieprawdaż, panie Benedykcie? Będzie przy emnie. To tak niedaleko. Rześki staruszek bąknął coś pod nosem, szuka ąc kwitów po kieszeniach, a dyrektor cofnął się dyskretnie, usiłu ąc nie okazać zgorszenia. Sławna Aza mogła mieć fantaz e nawet tak nieprawdopodobne, aby chodzić piechotą. Śpiewaczka, minąwszy kole owe zabudowania, szła żwawo ale ą niskimi palmami wy- sadzoną. Z lubością wciągała w pierś słodkie powietrze skłania ącego się dnia wiosennego. Dzisia rano, w futra ciepłe otulona, wsiadła do wagonu w Sztokholmie — w ciągu kilku- nastu godzin przeleciała tunelem popod²² Morze Bałtyckie i wszerz przez Europę i znowu tunelem pod wodami Śródziemnego Morza i przez wschodnią krawędź Sahary — i oto, nim słońce zaszło, patrzy na nie z brzegu Nilowego, wyciąga ąc z rozkoszą w cieple młode gibkie członki, długim siedzeniem nieco zdrętwiałe. Szła, rada z ruchu, tak szybko, zapomina ąc o swym towarzyszu, który zaledwie mógł e nadążyć, że nie spostrzegła nawet, ak się znalazła przed ogromnym hotelem. Przy- gotowano e poko e na uprzywile owanym na wyższym piętrze z szerokim widokiem na zalew Nilu, który niegdyś, przed wiekami, za młodu, rzucał się tuta ze skał kaskadą, zgubioną obecnie w podniesione tamami wodzie, użyźnia ące pustynną ongi²³ okolicę… Siada ąc do liu²⁴, spytała o kąpiel — była naturalnie gotowa. Do stołu kazała podać za dwie godziny we własne adalni, nie chcąc schodzić do wspólne sali. Poleciwszy panu Benedyktowi czuwanie nad służbą znoszącą pakunki, zamknęła się zaraz w swe sypialni i odprawiła nawet garderobianą. W ścianie obok łóżka były drzwi do ²¹snadź (daw.) — widocznie, prawdopodobnie. [przypis edytorski] ²²popod (daw.) — pod; pod spodem. [przypis edytorski] ²³ongi (daw.) — dawnie , niegdyś. [przypis edytorski] ²⁴lift (z ang.) — winda; siadając do liftu dziś: wsiada ąc do (…). [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  łazienki; otworzyła e szeroko i poczęła się zwinnymi rękoma sama rozbierać. W bieliźnie uż siadła na sofie i twarz podparła dłonią. Duże oczy e straciły wyraz dziecięcy, upór akiś niezłomny wy rzał z nich twardym, zimnym połyskiem i zaciął drobne usta purpurowe. Dumała chwilę… Szybkim ruchem zerwała się i podbiegła do telefonu, po przeciwne stronie łóżka umieszczonego. Zadzwoniła gwałtownie. — Proszę mnie połączyć z centralną stac ą telefonów europe skich… Nadsłuchiwała akiś czas w milczeniu. — Tak. Dobrze. Tuta Aza. Gdzie est doktor Jacek obecnie? Proszę sprawdzić. W kilka sekund e odpowiedziano: — Jego Ekscelenc a Naczelny Inspektor sieci telegraficzne Stanów Z ednoczonych Europy zna du e się teraz w swym mieszkaniu w Warszawie. — Proszę o połączenie i znak… Rzuciła słuchawki i przeszła znów ku sofie, wyciąga ąc się na miękkich poduszkach z podwiniętymi pod głowę rękami. Uśmiech dziwny rozchylił teraz e usta — oczy, zapatrzone w strop, błyszczały. Lekki odgłos dzwonka przywołał ą znowu do aparatu. — Czy to ty esteś, Jacku? — Tak, to a. — Jestem w Aszuan. — Wiem. Miałaś tam być uż wczora . — Nie byłam. Nie chciałam, aby się wczora szy koncert odbył. — Tak? — Nie spytasz, dlaczego? — Hm… — Przecież ty wczora miałeś doroczne zebranie Akademii… Chwyciła szybko wyciągniętą ręką mały notatnik z kości słoniowe , który rozbiera ąc się, na krzesło obok porzuciła, i spo rzawszy na zapisek, pośpiesznie z akiegoś dziennika po drodze zrobiony, mówiła dale : — O godzinie ósme wieczorem, w Wiedniu. Miałeś mówić o… Nie mogła przeczytać niewyraźnie napisanego słowa, więc rzuciła notatnik i dokoń- czyła z lekkim wyrzutem w głosie: — Widzisz, a wiem! — Więc cóż? — Nie byłbyś mógł być obecnym. Koncert odbędzie się utro. — I utro a nie będę. — Będziesz! — Nie mogę. — Wszakże samolotem w parę godzin… — Więc nie chcę. Zaśmiała się głośno, srebrzyście. — Chcesz! O, ak ty chcesz, Jacku… I będziesz. Do widzenia! Nie… eszcze…. Jesteś? Wiesz, co a robię w te chwili? — Jest pora obiadowa. Siądziesz wkrótce do stołu. — Nie. Idę do kąpieli! Nie mam uż prawie nic na sobie… Rzuciła ze śmiechem słuchawki i zdarłszy ednym ruchem rąk z siebie koszulę, sko- czyła do wanny marmurowe . Pan Benedykt tymczasem, odprawiwszy służbę, począł eszcze raz troskliwym okiem przeliczać złożone pakunki. Było wszystko w na zupełnie szym porządku. Przeszedł teraz do swo ego poko u, który go zaraz na wstępie zaniepokoił. Wydał mu się zbyt wielkim i ozdobnym. Szukał przez pewien czas oczyma cennika po ścianie, a gdy go nie mógł znaleźć, zadzwonił. Wchodzącego loka a zapytał o cenę. Służący spo rzał zdumiony: takie pytania nie były w zwycza u w Old-Great-Cataract-Palace, mimo to ednak odpowiedział z szacunkiem, wymienia ąc kwotę istotnie wysoką. Pan Benedykt z wyrazem dobroduszne chytrości rozwarł wyłupiaste oczy i przybrał minę ta emniczą a poufałą. J Ż  Stara Ziemia  — Mó kochanku, czy nie macie poko u trochę tańszego? Widzisz, to dla mnie est za drogo. Dobrze wychowany loka usiłował mimo wszystko zachować kamienny wyraz twarzy. — Na tym piętrze nie ma innych poko ów. — Czemuż nie spytaliście się? — Sądziliśmy, że w towarzystwie pani Azy… — Tak, tak, serce, ale a całe życie ciężko pracowałem nie na to, aby wam teraz nie- potrzebnie napychać kieszenie. — Więc chyba o piętro niże … — Ha, cóż robić! Każ przenieść mo e rzeczy, kochanku. Przeszedł na dół i rozgościł się we wskazanym mu przez złośliwość loka a poko u, który wprawdzie nie o wiele był tańszy, ale za to ciemny prawie zupełnie i pełen ohydne woni benzyny, zalatu ące od akiegoś umieszczonego w podwórzu motoru. Pan Benedykt westchnął ciężko i uporządkowawszy rzeczy swo e, wyszedł na przechadzkę, nie zapomi- na ąc zamknąć drzwi szczelnie na klucz za sobą. Naprzeciw hotelu był ogromny dom gry. Stary pan wolnym krokiem zwrócił się w tamtą stronę. Wprawdzie on sam nie byłby nigdy zaryzykował ani edne sztuki złota dla rzeczy tak niepewne , ak ruleta, ale lubił patrzeć, ak inni pieniądze tracili. Dawało mu to wzruszenie dosyć dziwnego rodza u. Czuł się mianowicie podniesionym na duchu i rozrzewnionym niemal myślą o własne rozumne oszczędności w porównaniu z lekko- myślnymi albo chciwymi graczami. Bo pan Benedykt chciwym ani też skąpym zasadniczo nie był. Miał namiętność do śpiewu i włóczył się chętnie po świecie kosztownymi po- ciągami, byle tylko być w towarzystwie zachwyca ących go śpiewaczek. Namyślał się też poważnie nad tym, żeby mieć aką przygodę miłosną, ale ponieważ brak mu było wprawy w tym względzie, więc odkładał rzecz na późnie . We drzwiach sali gry zaczepił go wytworny loka . — Pan nie we aku? — rzekł, obrzuca ąc go krytycznym spo rzeniem. Wściekłość ogarnęła pana Benedykta. — Nie estem we aku, głupcze! — odparł z godnością, o ile możności, ak na większą i odepchnąwszy zastępu ącego mu drogę służącego, wszedł do środka. Ale to drobne za ście zepsuło mu humor. Krążył przez pewien czas po sali, gniewało go to, że ludzie, na których dziś patrzył, przeważnie wygrywali, dochodząc do pieniędzy bez trudu, a emu sprawia ąc zgorszenie, a gdy wreszcie akaś wymalowana kokotka poprosiła go o pożyczkę stu sztuk złota, odwrócił się bez słowa na pięcie i podążył z powrotem do hotelu. Tuta Aza oczekiwała go uż w adalni. Po obiedzie we dwo e z edzonym pan Benedykt podsunął śpiewaczce papierośnicę. Usunęła ą lekko dłonią. — Nie, dzięku ę. Nie będę palić. A i pana proszę, abyś nie palił dzisia przy mnie. Muszę gardła na utro szanować. Staruszek schował papierośnicę skwapliwie, choć z pewnym smutkiem na dobrotliwe twarzy. — Prze dź pan do swego poko u na papierosa — rzekła Aza — i wróć za chwilę. Wszakże to obok. — Nie. Przeniosłem się o piętro niże . — Dlaczego? — Tuta było dla mnie zbyt drogo. Pieniądz Aza wybuchnęła śmiechem. — Pyszny esteś, staruszku! Przecież pan masz mnóstwo pieniędzy. Pan Benedykt uczuł się dotkniętym. Po rzał z o cowską pobłażliwością na śmie ącą się dziewczynę i z lekkim wyrzutem w głosie wypowiedział głęboką sentenc ę: — Mo a droga pani, kto pieniędzy nie szanu e, tego i pieniądze szanować nie będą. Ja mam, bo ich nie wyrzucam na próżno. — Ba, więc po cóż e pan masz? — To mo a rzecz. Boda aby móc po każdym występie zasypać panią kwiatami. Pra- cowałem ciężko przez połowę życia… Gdybym tak postępował ak pani… — Jak a⁈ J Ż  Stara Ziemia  — Naturalnie. Odwołała pani telegraficznie koncert wczora szy i musi pani teraz za- płacić olbrzymią karę Towarzystwu… — Tak mi się podoba! — Ach, gdyby się to pani przyna mnie tak podobało! Ale spóźniła się pani droga tylko przez lekkomyślność: przez nieuwagę opuściła pani ostatni pociąg, zasiedziawszy się na tym przy ęciu w klubie. A nie mówiłem!… Śpiewaczka zerwała się nagle. Dziecięce e oczy zapłonęły gniewem. — Panie, ani słowa! Ani słowa o tym nikomu! To zresztą est nieprawda. Nie przy- echałam wczora , bo nie chciałam. — Ależ, paniusiu droga, po cóż ten gniew? — łagodził przerażony staruszek. — Ja doprawdy nie chciałem pani zrobić przykrości i nie myślałem… Aza uż się śmiała. — Nic wielkiego. Och, aką pan masz minę zakłopotaną! — Panie Benedykcie — rzuciła naraz niespodziewanie — czy ładna estem? Stała przed nim wyprężona w lekkie barwne sukni domowe o szerokich rękawach, w klin pod szy ę wycięte . Głowę w asne włosów koronie odrzuciła w tył, dłonie na karku zaplotła, wysuwa ąc białe łokcie krągłe z opadłych rękawów. Naprzód podane usta zadrgały e wabiącym uśmiechem, co wzdyma wargi, bo ąc się nazbyt ich rozchylić, by nie umknęły pocałunkowi… — Ładna, ładna! — szeptał mężczyzna, patrząc na nią zachwyconymi oczyma. — Czy bardzo ładna? — Bardzo… — Piękna? — Piękna! Cudowna! Jedyna! — Zmęczona estem — odezwała się znowu, niespodziewanie ton zmienia ąc. — Idź pan uż do siebie. Ale po ego ode ściu nie udała się na spoczynek. Wsparła białe łokcie na stole i wci- snąwszy brodę w dłonie, siedziała tak zamyślona ze ściągniętymi brwiami i twardo zaci- śniętymi usty²⁵. Niedopity kieliszek wina szampańskiego stał przed nią, gra ąc topazową tęczą w bijącym zewsząd blasku świec elektrycznych. Szkło było weneckie, stare, nie- przepłacone — cienkie ak płatek róży — o barwie nieco zielone , ak gdyby lekką mgłą opalową i złotą przyprószone . Obok na śnieżnym obrusie walały się olbrzymie, prawie białe grona winne z Algieru i mnie sze, do krwi skrzepłe barwą podobne, z greckich wysp szczęśliwych. Brzoskwinia, na pół rozłamana, rozchylała — ak kobieta — wonne, wilgotne, pocałunku żądne a chłodne usta… Na progu stanął loka . — Czy pani pozwoli uż zabrać? Drgnęła i powstała. — Tak, tak. Proszę mi przysłać eszcze przez poko ową flaszkę szampana do sypialni. Niezbyt mrozić. Przeszła do buduaru i wy ąwszy podróżną stalową kasetkę, otwarła ą ta emnym zło- tym kluczykiem, który wisiał wśród breloków u e paska. Wyrzuciła na stół zwitek nota- tek i rachunków. Liczyła przez pewien czas sumy akieś, kreśląc cyy szybko ołówkiem na tabliczkach z kości słoniowe , a potem wy ęła plik telegramów, osobno złożonych. Prze- glądała e raźno, wypisu ąc z nich czasem daty i nazwy mie scowości. Były to przeważnie wezwania różnych miast ze wszystkich stron świata, aby raczyła e zaszczycić odwiedzi- nami i wystąpić raz lub dwa w akimś na większym teatrze. Depesze były krótkie, w tych samych prawie słowach spisane, a wymowne eno cyą na końcu wymienioną i zawsze bardzo wysoką. Aza odrzucała niektóre z nich z wyrazem pogardliwym albo niechętnym, nad innymi namyślała się długo, nim zanotowała datę na tabliczkach. Spomiędzy telegramów wyleciała, zamieszana w nie przypadkowo, kartka papieru. Był na nie wypisany eden tylko wyraz: „kocham!”, i imię. Śpiewaczka uśmiechnęła się. Czerwonym ołówkiem podkreśliła imię dwa razy i pomyślawszy chwilkę, dopisała datę ²⁵usty — dziś popr. forma N.lm: ustami. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  sprzed paru tygodni, po czym sięgnęła do szkatułki, szuka ąc w e wnętrzu właściwego mie sca dla dokumentu. Wysypały się spod e ręki listy i kartki, nieraz z notatników wydarte, na których z pośpiechem parę słów tylko skreślono. Na niektórych z nich były krótkie dopiski e ręką zrobione: daty, cya, znak akiś. Przeglądała e teraz, uśmiecha ąc się albo marszcząc brwi, ak gdyby sobie chciała z trudem coś przypomnieć. Jedną kartkę zbliżyła ku światłu, niewyraźne nazwisko czyta ąc. — Ach, to on — szepnęła. — Umarł. Rozdarła papier i rzuciła w kąt. W ręku trzymała teraz bilet z czerpanego papieru, zżółkły nieco i akby częstym dotknięciem palców wygładzony. Zalatywała od niego woń e sukni i ciała — snadź długo był niegdyś przy nie , nim się tu dostał do stalowe skrzyneczki między inne papiery. Usta e zadrgały — wpatrzyła się uporczywie w kilka słów ołówkiem na bilecie na- kreślonych i uż niemal zatartych… Dwa tylko wyrazy, przy których ręka silnie ołówek nacisnęła, znać było dobrze: „Je- steś piękna”, i na dole imię: Marek. Przez długi czas patrzyła Aza na te słowa, początkowo myśląc o tym, który e kre- ślił, i o dniu i chwili, kiedy nakreślone zostały, a potem — cofa ąc się pamięcią wstecz coraz dale — o życiu swoim całym od pierwsze młodości, od zagubionego gdzieś we wspomnieniach dzieciństwa. Przypomniały e się dni prawie nędzy obok pijanego wciąż o ca i nieustannie płaczące matki, praca w akimś zakładzie koronkarskim i pierwsze spo rzenia mężczyzn ogląda ą- cych się za nieletnią dziewczyną na ulicy. Wstrząsnęła się ze wstrętem i odrazą. Przed oczyma zama aczył e cyrk akiś i taniec na wyciągnięte w powietrzu linie, i oklaski… Tak, oklaski w te chwili, kiedy w bezczelne pantomimie miłosne , trzyma ąc się liny palcami edne nogi, z drugą podniesioną w tył — gwałtownie przegięta — dawała całować biedne dziewczęce usta ohydnemu błaznowi, który stał za nią… Teatr trząsł się od oklasków, a e mróz przerażenia ściskał serce, bo błazen za każdym razem, patrząc w nią zaczerwienionymi oczyma, szeptał głosem zdławionym: „Zepchnę cię, małpo, i skręcisz kark, eśli się nie zgodzisz…”. Kolac e po wielkich restaurac ach i spo rzenia znowu, i uśmiechy lubieżne dosto nych emerytów, uśmiechy, które umiała uż na złoto zamieniać — dzieweczka kilkunastolet- nia… Dobrodzie znienawidzony, ohydny dobrodzie , którego imienia uż prawie zapo- mniała — nauka śpiewu i występ pierwszy — potem dalsze… kwiaty — sława — bogac- two. Ludzie, którymi się nauczyła pomiatać i wabić ich, zimna sama, i rzucać obo ętnie, kiedy się sprzykrzą albo zru nu ą. Spo rzała znowu na kartkę papieru w ręku trzymaną. Przed tym ednym człowie- kiem uciekała, bo ąc się go. Pamięta — pisała do niego — ak niegdyś przed wiekami w dawnych śmiesznych czasach pisywano: „Gdybym nie miała tego całego życia za sobą, gdybym cału ąc cię, mogła powiedzieć, że esteś pierwszym, którego cału ę…”. Zerwała się nagle i wrzuciwszy bez ładu wszystkie papiery na powrót do szkatułki, zatrzasnęła ą nerwowym ruchem. Chodziła akiś czas szybko po poko u, błyska ąc oczyma spod opuszczonych brwi. Piękne drobne usta wykrzywiły e się w uśmiechu, który miał być szyderczy, ale wznosił drżące kąty e warg, ak gdyby się miała rozpłakać. Sięgnęła ręką po szklankę i czeka ącą od chwil paru butelkę szampana. Nalała po brzegi i wychyliła duszkiem perlisty płyn, z lekka tylko zamrożony i spływa ący e białą pianą po palcach. Naraz zapragnęła powietrza. Skoczyła do windy, osobno dla e użytku w ścianie umieszczone , i kazała się e wynieść na dach. Ogród tu był na płaskim dachu olbrzymiego budynku, pełen palm karłowatych, krze- wów dziwnych, wyszukanych kaktusów i kwiatów o silnym, duszącym zapachu. Przeszła szybko po ścieżkach, trzcinowymi wyłożonych matami, i stanęła przy okala ące platfor- mę balustradzie. Nocny, rzeźwy wiatr wiał od pustyni. Szeleściły w nim sucho palmy karłowate i drżały liście pergaminowe figowców. Stała, wciąga ąc wiatr z rozkoszą rozdętymi nozdrzami. J Ż  Stara Ziemia  Pustynia była za nią ogromna, nieprzenikniona, dotąd pracowite ręce ludzkie bezmiarem swym urąga ąca; przed nią w dole olbrzymi zalew Nilowy, nad którym gdzieś od strony Arabii Szczęśliwe , od dalekiego Morza Czerwonego księżyc wschodził właśnie ognisty. Woda poczęła się lśnić i błyskać srebrzystymi smugami, aż daleko, daleko zaczerniały na nie akieś punkty, ak gdyby głazy i pnie z powodzi sterczące, i odrzynały się co- raz wyraźnie od tarczy księżyca, pełnie sze z każdą chwilą… Zwaliska świątyni, niegdyś poświęcone Izydzie, na zatopione od wieków wyspie. Wzrok dziewczyny błądzący zatrzymał się na tych ruinach i powoli uśmiech tryumfu rozchylił e piękne wargi. V Hafid pogardzał w głębi duszy całą cywilizac ą i wszystkimi e wymysłami. Po staremu — na grzbiecie wielbłądów zwoził na targ daktyle, ak o ciec ego i prao ciec, i prapradziad w zamierzchłych onych czasach, kiedy Pustyni Libijskie nie przerzynały eszcze kole e edno- ani dwuszynowe i nie latały nad nią ptaki z płótna i metalu, noszące ludzi we wnętrzu. On też był edynym może człowiekiem na świecie, który się cieszył całym sercem, że mimo nadzwycza nych wysiłków nie udało się zamierzone nawodnienie Sahary. Jemu wystarczała zupełnie rodzinna, palm daktylowych pełna oaza i targ ludny w mieście nad Nilem. Ranek był wczesny. Z dwoma pomocnikami, siedząc na grzbiecie starego dromadera, prowadził osiem wielbłądów, ugina ących się prawie pod ciężarem uk — i cieszył się naprzód myślą, że oddawszy ładunek do magazynów, za otrzymany grosz upije się wraz z towarzyszami do nieprzytomności. Bo trunek to była edyna rzecz, którą w cywilizac i cenił i poważał. Ałłach też na starość stał się wyrozumialszym i aby nie zniechęcać do reszty słabo wierzących weń zwolenników, nie zabraniał uż im tak srodze rozpala ących napo ów. Cieszył się więc Hafid w prostym sercu swoim, że na oazie rosną palmy i rodzą daktyle i że on ich owoc wozi do Aszuan, gdzie go ludzie chętnie kupu ą, a wreszcie, że Bóg edyny a dobrotliwy pozwolił niewiernym psom szynki pobudować i przymyka oczy, gdy się wierni w nich upija ą. Dumał właśnie nad tym prawdziwym a doskonałym porządkiem świata, gdy Azis, parobek ego, sprzykrzywszy sobie długie milczenie, ozwał się, ościeniem na zachód wskazu ąc: — Mówią ludzie, że wczora tam gdzieś za kole ą kamień spadł z nieba ogromny. Hafid ruszył filozoficznie ramionami. — Może się gwiazda która oberwała, a może eden z tych sztucznych ptaków prze- klętych skrzydła zwichnął… Zaśmiał się szeroko. — Bardzo przy emnie est patrzeć, gdy zlatu e człowiek, co niepotrzebnie latał po powietrzu, zamiast siedzieć na grzbiecie wielbłąda, którego nam Bóg dał dla wygody. Ale ako że był człowiek praktyczny, obe rzał się i dodał z za ęciem: — Czy nie wiesz, gdzie to upadło? — Nie wiem. Mówią, że za kole ą, ale to może nieprawda. — Może być prawda, może być nieprawda. W każdym razie, gdy będziemy wracać, trzeba poszukać. Kto zlatu e, ten się zabija, a kto się zabił, ten uż nie potrzebu e pieniędzy, które mógł mieć przy sobie. Szkoda by była, gdyby to zabrał aki zły człowiek. Jechali znowu z godzinę w milczeniu. Słońce uż żywo dopiekało, kiedy do eżdża- li do skał, poza którymi widać uż było mury miasta nad Nilem. Hafid na skały patrzył z przy aźnią: stanowiły one edno ważne ogniwo w łańcuchu boskie harmonii świata. Kie- dy powracał pijany do domu, poczuciem obowiązku bohaterskim mimo znużenia gnany z powrotem, dromader ego, duszy obowiązkowe w sobie niema ący, klękał tuta w zna- nym mie scu i zrzucał pana w cień na skąpą trawkę pod skałą. W ten sposób Hafid nie miał sobie nic do wyrzucenia, a mógł się przespać i odpocząć. Myślał właśnie o tym mądrym zrządzeniu Opatrzności, kiedy wielbłądy naraz prychać zaczęły i wyciągać długie szy e ku popękane skale z piasku sterczące . Azis zaniepokoił się J Ż  Stara Ziemia  i wraz z drugim parobkiem, Selmą, poszedł zobaczyć, co by to tam być mogło. Za chwilę zaczęli wołać oba na Hafida. Naszli²⁶ oni wśród skał drżących z przestrachu przybyszów z Księżyca… Roda, otworzywszy oczy tego dnia, miał wrażenie, że dopiero przed chwilą był zasnął. Zdziwił się też niepomiernie, widząc, że słońce uż wzeszło na horyzont i zaczyna dobrze dogrzewać. Po chwili dopiero przypomniał sobie, że est na Ziemi i że tuta taki zwycza . Towarzysz ego spał czu nie, zerwał się też zaraz na równe nogi, gdy tylko mistrz się poruszył. — Co się stało? — spytał, przeciera ąc oczy. — Nic. Słońce świeci. Wyszli oba z kry ówki, zdziwieni eszcze i tym, że noc przeminęła bez śniegu i mro- zu. Okolica po dniu wydała się im nie mnie pustą i straszliwą, ak w mroku wieczornym. Przekonali się tylko, że Ziemia nie est zgoła bu nie sze roślinności pozbawiona — o kil- kadziesiąt kroków przed nimi chwiały się osamotnione drzewa dziwne o wysokich pniach z zieloną koroną liści ogromnych u góry. Natchnęło ich to pewną otuchą, że zdoła ą tu życie utrzymać, a tylko wspomnienie wczora widzianych okropnych potworów duszę im niepoko em zatruwało. Ostrożnie, ogląda ąc się za każdym krokiem, zaczęli się zbliżać ku drzewom. Po dro- dze, mija ąc załom skały, stanęli nowym, a niespodziewanym uderzeni widokiem. Przed nimi wznosiło się coś niby dom dla wielkoludów w gruz się rozsypu ący. Patrzyli na kolumny niesłychane grubości i na skały na nich spiętrzone, ma ące stanowić powałę²⁷. — Istoty, które tuta mieszkały, musiały być znacznie większe od Zwycięzcy, może sześć, może dziesięć razy — mówił Mataret, zadziera ąc głowę do góry. Roda założył ręce na plecach i przypatrywał się ruinom. — To uż bardzo dawno opuszczone i rozwalone — rzekł. — Patrz, akieś krzewy kolczaste w szczelinach murów rosną… — Rzeczywiście. A ednak, mistrzu, to dowód, że Ziemia nie est pusta, ak nauczałeś zawsze. Muszą tu być ludzie, choć pewnie ogromni. O, wizerunki akieś na ścianach! Przecież to zupełnie ludzkie istoty. Wprawdzie niektóre z nich ma ą psie i akieś ptasie głowy na karku… Roda zagryzł usta niechętnie. — Mó drogi — ozwał się po chwili — a utrzymywałem zawsze, że ludzi nie ma teraz na Ziemi, ale mogli niegdyś być. O tym nic nie mówiłem. Owszem, est wielkie prawdopodobieństwo, że dawnie było na Ziemi inacze i nim stała się pustynią bezpłodną, ludzie po nie chodzili lub przyna mnie istoty do ludzi podobne. Teraz, ak widzisz, dawne ich domy są w ruinach; życie tuta wszelkie wygasło i… Urwał, zaniepoko ony akimś głosem, który od strony pustyni go doszedł. Zbliżały się dziwne i przeraża ące istoty o czterech nogach i dwóch głowach, z których edna na długie szyi była na przodzie, druga — do człowiecze zgoła podobna — nad grzbietem zwierza sterczała. — Ucieka my! — krzyknął mędrzec i puścili się oba pędem do kry ówki, w które noc spędzili. Tuta , w suche liście palmowe zagrzebani, oczekiwali w śmiertelnym strachu, aż cudaczne potwory ich miną. Nadzie a ta ednak zawiodła; zwietrzyły ich wielbłądy i wkrótce parobcy Hafida ich wygrzebali, woła ąc na pana swo ego w zdumieniu niesłychanym z powodu tego odkrycia. Arab zbliżył się z wolna, pomocnicy bowiem ego byli czarni i nie wypadało, aby na ich głos zbytnią skwapliwość okazywał — i zobaczył rzecz zaiste dziwną. Obok rozwalone komyszy²⁸ z kamienia i ziela suchego stały dwie figurki o kształtach człowieczych, ale śmiesznie małe i niesłychanie wystraszone. Jeden z tych człowieczków łysy był i miał wyłupiaste oczy, drugi kręcił zbyt wielką na wzrost swó głową o rozwi- chrzone czuprynie, mamrocząc coś i mamląc, czego żaden porządny człowiek nie byłby zdolny zrozumieć. Parobcy wyciągali ku nim kije z udaną groźbą, śmie ąc się do rozpuku z ich obłędnego strachu. — Co to est? — zapytał Hafid. ²⁶najść — znaleźć, spotkać; tu: .os.lm cz. przesz.: naszli. [przypis edytorski] ²⁷powała — sufit; sklepienie [przypis edytorski] ²⁸komysz — krzak, zarośle, zwłaszcza na mie scach podmokłych. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  — Nie wiadomo. Może małpy uczone, a może ludzie. Mówią coś. — Gdzieżby zaś ludzie tak wyglądali! Przecież to do niczego niepodobne. Zsunął się z grzbietu dromadera i u ąwszy rozczochranego człowieczka za kark, pod- niósł go na wysokość twarzy, aby mu się przy rzeć dokładnie . Człowieczek zaczął wrzesz- czeć i wierzgać nogami, co parobków doprowadziło znowu do szalonego śmiechu. — Zabierzemy to ze sobą do miasta czy co? — Może kto kupi… Hafid potrząsł głową. — Nie warto sprzedawać. Więce można zarobić, pokazu ąc w klatce albo na sznurku. Co to robiło, gdyście przyszli? — Leżeli oba ukryci — odparł Azis. — Ledwie ich mogłem wyciągnąć. Przestraszyli się bardzo i patrzyli to na mnie, to na wielbłądy, bełkocąc coś do siebie. Łysy człowieczek tymczasem wdrapał się na kamień, aby być wyższym, i zaczął coś gadać, rusza ąc rękoma. Patrzyli wszyscy trze na niego, a gdy skończył, wybuchnęli nie- pohamowanym śmiechem w przekonaniu, że est to edna ze sztuk, akie karzełka gdzieś w cyrku wyuczono. — A może to głodne? — zauważył Hafid. Selma wy ął z troków garść daktylów i podał e karzełkom na dłoni. Patrzyli oba nieufnie, nie śmie ąc wyciągnąć ręki po owoc. Wtedy parobek, litościwym sercem unie- siony, pochwycił włochatego karlika za kark lewą dłonią, a prawą usiłował mu wepchnąć owoc do gęby. W te chwili ednak zaklął straszliwie. Człowieczek chwycił go zębami za palec. — To kąsa — rzekł Azis i oddarłszy kawałek brudne szmaty od burnusa²⁹, przewią- zał nią mocno głowę niebezpiecznego potworka. Po czym umocowali ich obu łykiem na ucznych wielbłądach i ruszyli ku miastu z niespodziewaną zdobyczą. — Trzeba będzie naprzód kupić klatkę — mówił Hafid po drodze. — Tak ich po- kazywać nie można. Jeszcze by uciekli. Pomyślał trochę i dodał: — Nie trzeba też, aby ich ludzie przedwcześnie na targu za darmo widzieli. Na lepie będzie, eśli ich tymczasem w worki schowamy. Jakoż nim do echali do miasta, narzucił broniącym się karlikom worki palmowe na głowy i rzetelnie ich w nich zawiązał. Przez dzień, kupią³⁰ za ęty, zapomniał był prawie o nich, zwłaszcza że to był dzień, gdzie było się czemu podziwować. Podobno śpiewaczka akaś sławna miała tego wieczora dawać przedstawienie i ludu naz eżdżało się mnóstwo ze wszystkich stron świata. Z każ- dego pociągu, co się na dworcu zatrzymywał, wysypywały się tłumy, a samoloty spadały na ziemię ciągle całymi stadami ak esienią askółki z europe skich kra ów lecące. Dużo było stro nych pań i panów, którzy nie mieli snadź³¹ nic lepszego do roboty, ak prze- bierać się kilkakrotnie na dzień i pokazywać się ludziom w coraz innym stro u, ak gdyby w maskaradę się bawili. Hafid, zładowawszy z wielbłądów daktyle, włóczył się, patrzył i cudował³². Nad wie- czorem dopiero w szynku przypomniał sobie o znalezionych za dnia potworkach. Zaczął wołać na parobków, aby mu e przynieśli. Pobiegł tedy Selma do wielbłądów po zdo- bycz, a Azis tymczasem ął opowiadać, ak mu się z wielkim trudem udało zyskać tyle u dziwostworów zaufania, że e mógł nakarmić mlekiem kokosowego orzecha. — Oni nie są głupi — rzekł — i ma ą imiona! Wskazywali kole no na siebie i po- wtarzali ciągle: „Roda, Mataret”! — Aha! Tak ich pewno wołali w cyrku, skąd snadź³³ uciekli. To akieś bardzo uczone małpy — zauważył Hafid. I licząc naprzód na wielką ilość pieniędzy, akie za pokazywanie ich zbierze, kazał sobie podać pełną flaszkę wódki. Uczuł też szczodrość w zacnym sercu i zawołał do osobne ²⁹burnus — rodza wierzchniego okrycia z kapturem, bez rękawów, na częście wełnianego, noszonego przez Arabów. [przypis edytorski] ³⁰kupia — czynności kupieckie; kupiectwo; handel. [przypis edytorski] ³¹snadź — widocznie, prawdopodobnie. [przypis edytorski] ³²cudować się — dziwić się. [przypis edytorski] ³³snadź — widocznie, prawdopodobnie, na wyraźnie . [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  izby kilku przy aciół, aby ich poczęstować i na początek za darmo pokazać krasnoludków, których Selma tymczasem był przywiódł. Uprzątnięto stół i postawiono ich na środku. Poganiacze wielbłądów, oślarze, prze- woźnicy i drążkarze przyglądali im się z za ęciem, obraca ąc rękoma na wszystkie strony i dotyka ąc brudnymi palcami skóry na twarzy, czy podobna do człowiecze . Hafid ął się popisywać ich zmyślnością. — Roda, Mataret — mówił, wskazu ąc na nich palcami. Przyświadczali skinieniem głowy żywo i z widocznym ukontentowaniem, że ich na- reszcie zrozumiano. Więc różni różne im teraz zadawali pytania, nie otrzymu ąc naturalnie żadne da ące się wyrozumieć odpowiedzi. Usiłowano poradzić sobie znakami i rucha- mi rąk, aby się dowiedzieć, skąd przybyli. Po nie akim czasie karzełki po ęły widocznie, o co pyta ącym chodzi, a eden z nich, Roda, nachyliwszy się ku oknu, przez które wła- śnie Księżyc do izby zaglądał, zaczął nań wskazywać uporczywie, mówiąc przy tym akieś niezrozumiałe wyrazy. — Spadli z Księżyca — rzucił w formie dowcipu Hafid. Odpowiedziano mu chórem śmiechu. Więc dla zabawy pokazywano teraz malcom Księżyc i wskazywano ruchami rąk, że spadli z niego. I za każdym razem, gdy ci przyświadczali głowami, wybuchał wśród obecnych, a nieco uż pijanych, śmiech nieposkromiony i długi. Wreszcie ktoś podsunął łyskowi, który się wabił Mataret, szklankę z wódką. Ten, spragniony widocznie, pociągnął nieopatrznie spory łyk i począł się ku ogólne uciesze krztusić straszliwie. Wtedy drugi człowieczek zapłonął gniewem i wymyślał coś, tupiąc nogą w stół, a wywija ąc rękoma. Było to tak zabawne, że kiedy skończył i ochłonął nieco, eden z obecnych, przewoźnik, wziął pióro z indyka i drażnił nim po nosie krasnoludka, aby go do nowego wybuchu pobudzić. Mataret tymczasem, wódką zatruty, leżał na stole i ęczał, trzyma ąc się oburącz za łysą głowę. VI Łagodnie, wolno ak ptak, który się waży na szerokich skrzydłach spływa ąc ku ziemi, opuszczał się spod nieba biały samolot na cichy w wieczorne godzinie zalew Nilowy. Jacek leciał sam, bez pilota. Powstrzymał uż przed chwilą wiru ącą śrubę powietrzną — i ślizgał się teraz na skrzydłach rozpostartych ak olbrzymi latawiec, lekko z tchnieniem wiatru na boki się kołysząc. Daleko przed nim, w stronie gdzie była niegdyś święta wyspa File, biła łuna od roz arzonych tysiącami świateł ruin. W chwili kiedy uż prawie wody dotykał, od ął ręce od sternicy i nagłym ruchem szarpnął dwie po bokach zna du ące się dźwignie. Pod spodem samolotu rozpięło się czół- no płócienne i uderzyło ostrą piersią o falę, rozprysku ącą się w krople pełne srebrnego Księżyca. Teraz ruchem dwóch dźwigni znowu wywinął Jacek skrzydła białe ku górze, tak że utworzyły one dwa na krzyż złożone żagle, ak u łodzi owych, co pod Alpami po Lemań- skim pływa ą Jeziorze. Wiatr szedł słodki gdzieś od strony Arabii i drobna łyskliwa fala szła za nim po wodzie. On dał się nieść fali i wiatrowi, słucha ąc szelestu miałkiego rozbryzgiwanych przodem łódki kropel. Dopiero gdy brzeg przed nim bliski zama aczył, ocknął się z zamyślenia i żaglami począł chwytać powiew, zwraca ąc dziób ku widnym ruinom w oddali. Przez czas pewien mknął samotnie w blasku Księżyca, ale w miarę ak się zbliżał ku dawne świątyni Izydy, spotykał łodzie coraz licznie sze, różnorakie, aż w końcu dostał się w tłum, spod którego wody prawie nie było widać. Dążyli wszyscy w stronę zwalisk, prześciga ąc się wza emnie i cisnąc; tu i ówdzie rozlegały się klątwy przewoźników lub krzyk kobiet, przestraszonych nachyleniem się wątłego statku, z boku przypadkiem wio- słem uderzonego. Liczne łodzie motorowe, elektrycznością gnane, zaledwie mogły się poruszać w tym tłumie, toru ąc sobie z trudem drogę błyszczącymi dziobami. Jacek, zyskawszy szczęśliwie parę metrów wolne przestrzeni, rozpostarł znów skrzydła samolotu i puścił w ruch śrubę powietrzną. Lekko ak mewa, zrywa ąca się z toni do lotu, uniósł się w górę i zakołował wysoko ponad ciżbą ludzi stłoczonych. Błyszczały pod nim w dole różnymi światłami łodzie na J Ż  Stara Ziemia  szeroki zalew rzucone, ak garść ogników z ręki wysypana… Gdzie mie sca było nieco więce , toń powtarzała odbiciem ognie na łodziach płonące, rozrywa ąc e drobną falą na żywe, rozedrgane, złote plamy wydłużone. Świątynia Izydy gorzała światłem od wnętrza, ak gdyby słońce w nie schowano pod rozpiętymi na bezgłowych kolumnach purpurowymi zasłonami. Przy resztkach pylonów u we ścia czuwały straże, odbiera ące od przybyłych karty wstępu i odda ące ich pod opiekę przewodnikom, którzy w zalanym wodą chramie³⁴ ło- dziom wskazywali mie sca. Jacek z góry rzucił w chustkę owinięty swó bilet i opadł skrzydlatym czółnem na wodę w pierwszym, nienakrytym przedsionku świątyni. Kolumny potwornych rozmiarów sterczały tu z gładkie toni połową ciała, pleśnią uż na granicy zetknięcia się z wodą ob ęte, ale u góry błyszczące niezniszczalną krasą barw, co tyle uż wieków przetrwała, że plącze się myśl, chcąca e policzyć. U we ścia do szeregu dalszych naw gigantycznych, olbrzymim peplonem³⁵ z purpurowe materii teraz nakry- tych i pełnych światła arzącego, stali znowu na małych, przy dwóch pylonach nad wodą uczepionych balkonikach dozorcy, bacząc, by się kto w głąb bezprawnie nie wcisnął. Tu- ta zwinął Jacek skrzydła łódki swe zupełnie i od ąwszy e, do boków przytroczył i płynął dale w niepozornym czółenku, w które się zamienił ego samolot. Świątynia była ak buda armarczna — pełna cywilizowanych i bogatych barbarzyń- ców ze wszystkich części świata na Ziemi. Pływała ta gawiedź w łódkach na rozmaitszych, w barkach, czółnach motorowych i w weneckich czarnych gondolach, snuła się po przy- czepionych naprędce do ścian i między kolumnami zawieszonych bezczelnie metalowych galeriach, ociera ąc się łokciami o hierogli stare i wizerunki bóstw przed kilkudziesięciu wiekami w kamieniu rzezane i zatopione częstokroć po kolana wodą, co wyspę ich świętą zalała. W niepozornym, podróżnym ubraniu, nie zwraca ąc na siebie niczy e uwagi, mijał Jacek tych ludzi, dążąc w głąb między coraz gęstszym lasem kolumn rzeźbionych wieńcem sztucznych świateł elektrycznych u kapiteli owitych³⁶. W ostatnie sali lamp uż nie było. Pod stropem, co się sprzed wieków ostał eszcze, granitowymi złomami ciążąc na olbrzymich pąkach lotosu, kolumny kończących — pod ciężkim stropem kamiennym pływała eno świetlista mgła niebieskawa, niby zamarzła i uwięziona błyskawica letnia, rozchodząca się na wszystkie strony od głowy olbrzymiego posągu ta emnicze bogini… Woda, płytka w tym mie scu na dawne świątyni posadzce, przepo ona była również falami światła błękitnego, zda ąc się być akimś stawem z ba ki, cysterną źródła zaklętego… Stary posąg Izydy czerniał w tych blaskach nieruchomy, ogromny, z wzniesioną dło- nią, z ustami w dziwnym półrozwarciu zastygłymi, na których, zda się, przed wiekami słowo ta emnicy niewypowiedziane zamarło i trwa przez wieki niepo ęte. A u stóp posągu na wielkim, sztucznie zrobionym liściu lotosu stała kobieta. Włos asny nakryty miała, ak bogini egipska, chustą w pasy i uwieńczony tiarą o ptasie gło- wie i słonecznym dysku z góry. Ramiona drobne owijała e gaza eno srebrzysta, biodra ściśnięte były osłoną sztywną i pasem, w pachwinach spiętym opalem ogromnym i bez- cennym. A spod zasłony wysuwały się nogi białe, nagie, złotymi obręczami w kostkach u ęte, podobnie ak przeguby dłoni, w górę właśnie wzniesionych. Jacek skłonił nagle głowę, widząc, ak patrzy na nią pożądliwie tłum — i usta zacisnął. Aza śpiewała, wtóru ąc sobie ledwo dostrzegalnymi tanecznymi ruchami ramion i biódr³⁷. Śpiewała dziwną, rytmiczną pieśń o bogach, których uż nikt od dziesiątek wieków nie czcił. O walce światła z ciemnościami, o mądrości na wyższe , w ta emnicę niezgłębioną okryte , o Życiu i Śmierci. Śpiewała o bohaterach i o krwi, i o miłości… ³⁴chram — świątynia. [przypis edytorski] ³⁵peplon — tu: długi i szeroki, prostokątny pas materiału; w starożytne Grec i materiał taki, spinany klamrą, stanowił kobiece okrycie wierzchnie, także: peplum, peplos. [przypis edytorski] ³⁶owity — owinięty. [przypis edytorski] ³⁷biódr — dziś forma D.lm: bioder. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Muzyka dostro ona, ukryta, zda się, gdzieś z toni prześwietlone bijąca, szła za e głosem posłuszna, drżąca, akby w świętym lęku, gdy o ta emnicy Powrotu mówiła — burzą dźwięków ą wspiera ąc, kiedy obwoływała cześć zwycięskich światła bohaterów — szepcąc cicho, gorąco, obłędnie, gdy usta e rozkosz i szczęście miłości sławiły. Śpiewała w na wpół rozwalone , wodą podmyte świątyni Izydy, wobec tłumu błysz- czącego, co w bogów nie wierzył ani w bohaterów, w życie ni w śmierć, ani miłość… A przyszedł tuta eno dlatego, że rzecz to była niesłychana i niebywała, aby w chramie starym koncert dawano, i że występowała w nim Aza, sławna po całe Ziemi — i eszcze, że za wstęp trzeba było zapłacić sumę, która by biedakowi na rok życia starczyła… Niewielu tu było takich, co by istotnie przybyli dla wielkie sztuki artystki i napawali się teraz głosem e cudnym a wyrazistym, stwarza ącym na powrót czarem przedziwnym to wszystko wielkie, co było i przeszło, i uż się niemal zapomniało. Patrzano też prze- ważnie na e twarz tylko, na kolana nagie i ramiona, liczono wartość niewielu, ale na - przednie szych kle notów, które miała na sobie, i oczekiwano niecierpliwie, kiedy hymny hieratyczne skończywszy, tańczyć pocznie przed oczyma tłumu. Powoli ednak cud się począł dokonywać. Artystka chwytała głosem dusze ludzkie, gdzieś w głębi trzew³⁸ ukryte, i budziła e… Otwierały oczy nieporadne, zdumione wła- sną istnością i falować zaczynały w rytm własnego śpiewu. Ten i ów ręce cisnął do piersi i szeroko, akby raz pierwszy rozwartymi oczyma, łowił przypomnienia dziwne, od po- koleń w na skrytszych zwo ach ego mózgu śpiące — i śnił pod przemocą artystki na krótką przelotną chwilę, iż rzeczywiście bóstwu est oddany i gotów za światło do walki wznieść ramię i iść, gdzie usta te go zawoła ą, królewskie, uwodzące, mocne… Łowiono tedy uchem każdy dźwięk e głosu, śledzono zapamiętałymi oczyma każdy ruch e ciała prawie nagiego. W krótkich przerwach, kiedy śpiewać przestawała, krążąc eno w po- świętnym tańcu i kołysząc się rytmem, który e z głębi gdzieś ginąca muzyka rzucała — w takich chwilach cisza tak doskonała zalegała dawną świątynię, że słychać było plusk fali ledwo dostrzegalne , co podmywała niestrudzenie od wieków potężne kolumny i wygry- zała ta emne znaki, ryte w granicie… Jacek wzniósł oczy powoli. Światło przechodziło teraz nieznacznie z błękitu przez fio- let w blask płomienno³⁹ krwawy, smugi asne, pod stropem błądzące, zgasły nie wiadomo kiedy — paliła się tylko woda, ak morze chłodnego płomienia, i czerwone akieś zasty- głe błyskawice szły spoza posągu Izydy, który poczerniał na tym tle eszcze więce i zda się, urósł eszcze, wyolbrzymiał… Nie widać uż było w cieniu ta emniczego uśmiechu dziwnych ust bogini — ręka tylko, wzniesiona na wysokość twarzy, nieodmiennie sub- telnym, dyskretnym ruchem na próżno nakazywała milczenie, czy też znak akiś dawała, niepo ęty od wieków, niezrozumiany… Zdawało się Jackowi przez chwilę, że na ciemne twarzy widzi oczy boskie, żywe, na siebie zwrócone… I nie było w nich gniewu ani oburzenia na tych ludzi, co urządza ą sobie zabawę w mie scu poświęconym niegdyś na głębszym ta emnicom, nie było żalu za dawnym uwielbieniem ni smutku, że chram zbezczeszczony w gruz się rozpada, eno⁴⁰ dziwne, tysiąclecia uż trwa ące oczekiwanie, ak gdyby człowiek, co posłucha gestu bogi- ni, nakazu ącego milczenie, i z ust e przy mie zagadkę na wyższą, miał przy ść dopiero… Jutro, za wiek czy za tysiąc lat… Izis na wysokim tronie nie widzi zniszczenia naokół się rozpościera ącego, nie widzi tłumu, nie słyszy gwaru, krzyków, śpiewu, ak ongi⁴¹ snadź⁴² nie widziała kornych pąt- ników ani kapłanów, nie słyszała modlitw, próśb, uwielbień. Patrzy w dal i ręką nakazu e milczenie, i czeka… Czy idzie? Czy idzie uż ten oczekiwany? Czy przy dzie kiedykolwiek? Naraz światła askrawe wraz z wraca ącym śpiewem uderzyły Jacka. Aza śpiewała teraz o straconym, boskim kochanku Hatorze, wyda ąc głosem i tańca zapamiętałymi ruchami miłości rozkosz i upo enie, żądzę, tęsknotę i rozpacz… ³⁸trzew — dziś popr. forma D.: trzewi. [przypis edytorski] ³⁹płomienno — dziś: płomiennie. [przypis edytorski] ⁴⁰jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski] ⁴¹ongi (daw.) — niegdyś, dawnie . [przypis edytorski] ⁴²snadź — zapewne, prawdopodobnie. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Dreszcz przebiegł Jacka; odwrócił głowę, czu ąc, że akimś wstydem niepo ętym czo- ło mu się rumieni. Chciał sobie uprzytomnić uśmiech i widziane przed chwilą w my- ślach oczy bogini, ale zamiast tego ma aczył mu uporczywie w wyobraźni złapany źrenicą w przelocie ruch piersi tancerki i usta e drobne, dziecięce, na wpół rozwarte, wilgotne… Gorąca fala uderzyła mu do głowy; wzniósł powieki i wpatrzył się w nią wyzywa ąco, namiętnie, zapomina ąc o wszystkim, o wszystkim… A e drżały ramiona białe i dreszcz ciało od stóp do głów przechodził, kiedy z ust, akby żądzą nabrzmiałych i bolących eszcze od pocałunków, mówiła o boskim Hatorze i o rozkoszy uścisku, i o unicestwia ącym, płomiennym oddaniu… Prysnął czar wielki, który przed chwilą trzymał eszcze ludzi w kole zaklętym. Dusze — na wpół z ciał wychy- lone, ukryły się raźno ak biedne zwierzątka leśne w dziuplach drzew: nie umiano uż tego słuchać inacze , ak lubieżnymi nerwami, wystygłą krew podnieca ącymi. Oczy powlekły się mgłą, usta obleśny uśmiech wykrzywiał, przez gardła pożądliwe szło łaskotanie… Teraz ten tłum zaś był panem — ona kupioną ego niewolnicą, co za pieniądze ramiona i łono obnaża i pod pozorem sztuki pozwala się kochać myślom lepkim i obrzydłym, i pod pozorem sztuki ta emnice wzruszeń swych na widok rzuca publiczny… Jacek mimo woli wzniósł oczy na twarz bogini: niezmącona była, ak zawsze, dziwnie uśmiechnięta, oczeku ąca… Naraz — chwila edna ciszy głębokie , i świątynia cała zatrzęsła się od grzmotu okla- sków, ze wszech stron się zrywa ących, ak nawałnica. Woda pod rozchwianymi łodziami pluskać ęła i falować. Aza skończyła śpiew i oparła się wyczerpana o kolana posągu Izydy. Dwie służące płaszcz na nią zarzuciły biały, a ona nie cofała się eszcze, dzięku ąc oczyma i usty⁴³ za oklaski obłędne, szalone, które ciągle, bez przerwy wznawia ąc się, biły. Ludzie krzyczeli e imię bez końca, rzuca ąc kwiaty pod e nogi, tak że wkrótce stała ak gdyby w pływa- ącym ogrodzie — władna, tryumfu ąca. Nad nią wznosiła się ciągle ręka bogini, gestem ta emnym próżno ciszę nakazu ąca… W pewne chwili Aza, akby przypomniała sobie o czymś, poczęła szukać wśród tłu- mu oczyma — i nagle spo rzenie e skrzyżowało się ze wzrokiem Jacka. Uśmiech zaigrał e na ustach przelotny; zwróciła oczy w inną stronę. Jacek widział, ak zbliżył się ku nie znany mu pan Benedykt, włóczący się za nią wszędzie po świecie. Mówiła coś doń, a po- tem rozmawiała eszcze z innymi, co się wokół cisnęli — uśmiechnięta, zalotna razem⁴⁴ i królewska. Znać było, że upewniwszy się o ego obecności, umyślnie unika teraz ego wzroku… Wpłynął między olbrzymie kolumny i przemykał się między nimi ku wy ściu. Gnębił go akiś wstyd — drażniły go spo rzenia ludzi zdumionych, że ktoś opuszcza teatr właśnie teraz, kiedy Aza, skończywszy pierwszy numer programu, ma odtwarzać następnie postać Salambo, kreac ę swo ą na sławnie szą, w które wykonu e naga taniec z wężami i drugi ze świętą zasłoną bogini… Duszno mu było w ogromne hali i ciasno. Chciał co prędze wydostać się na prze- stwór, zobaczyć gwiazdy i roztocz wody, Księżycem eno posrebrzoną. Ścisk przed świątynią uż ustał. Część łódek była wewnątrz, inne, nie znalazłszy mie - sca, powróciły do miasta. Czekało tylko kilka parowców na tych, co w świątyni na gale- riach się pomieścili. Jacek minął e i z wolna zwrócił się ku brzegowi. Nie chciało mu się skrzydeł rozpinać ani puszczać w ruch motoru, płynął więc z lekkim wiatrem od Arabii wie ącym, kołysany drobną, cicho pluszczącą falą. Niedaleko brzegu zdawało mu się, że ktoś zawołał nań po imieniu. Obe rzał się zdu- miony w tę stronę — pusto tam było i cicho, od miasta daleko, eno w Księżycu trzy palmy wyniosłe rysowały na niebie smukłe swe kibicie. Już miał dale popłynąć, gdy znów ów głos woła ący go usłyszał, czy uczuł racze … Przybił do brzegu i wyskoczył na ląd. Pod palmami siedział człowieczek na wpół nagi, bo burnusem eno zniszczonym odziany, z gołą głową, które długie czarne włosy na barki mu spadały. Trwał nieruchomy, z oczyma w gwiazdy zapatrzonymi, z zaplecionymi na piersiach rękoma. ⁴³oczyma i usty — dziś forma N.lm: oczyma i ustami. [przypis edytorski] ⁴⁴razem — tu: zarazem, ednocześnie. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Jacek nachylił się i spo rzał mu w twarz. — Nyanatiloka! Dziwny człowiek odwrócił z wolna głowę i uśmiechnął się przy aźnie, nie okazu ąc zdziwienia. — Tak. To a. — Co tuta robisz? Skąd się bierzesz? — wołał Jacek. — Jestem. A ty? Młody uczony nie odparł nic — czy nie chciał odpowiedzieć… Po chwili dopiero zagadnął znowu: — Skąd wiesz, że a tu estem? — Nie wiedziałem. — Wołałeś na mnie. Dwukrotnie. — Nie wołałem. Myślałem tylko o tobie w te chwili. — Słyszałem twó głos. — Myśl mo ą słyszałeś. — To ednak dziwne — szepnął Jacek. Hindus uśmiechnął się. — Czy więce dziwne niż wszystko, co nas otacza? — rzekł. Jacek usiadł w milczeniu na chłodnym piasku. Buddysta nie patrzył nań, ale on miał wrażenie mimo to, że go widzi, więce nawet, że przegląda na wskroś ego myśli. Było to uczucie aż gnębiące. Poznał był niedawno tego niepo ętego człowieka w edne ze swoich częstych wędrówek i on, który posiadł całą wiedzę współczesną, on, który miał w rękach moc, ak mało kto na świecie, i z samotne wieżycy swego ducha z pogardą mimowolną na ludzki tłum poglądał, czuł się dziwnie onieśmielonym w obecności tego wta emniczonego pustelnika o duszy przepaściste a proste na pozór ak dusza dziecka. Ale równocześnie pociągało go coś ku niemu nieprzeparcie… Od czasu pierwszego poznania spotykał go często i w sposób zgoła niewytłumaczony w różnych stronach świata. I dzisia to dziwne spotkanie nad Nilem… Nyanatiloka uśmiechnął się i nie zwraca ąc głowy, rzekł, akby odczuł ego zdumienie: — Przybyłeś tuta samolotem, ak widzę? — Tak. — Dlaczego przybyłeś? — Bo chciałem. — Czemu się więc dziwisz, że a tu estem, gdy a także mogłem chcieć? — Tak, ale… — Ja nie mam samolotu, myślisz? — Tak. — Czymże est maszyna? Czyż nie środkiem tylko, za pomocą którego wola two a wywołu e zmiany w położeniu twego ciała i w obrazach, które widzą twe oczy? — Zapewne. — Czy nie sądzisz, że wola może sprawić to samo bez sztucznych środków i zawiłych? Uczony skłonił głowę. — Wszystko, co wiem, kazałoby mi powiedzieć: „nie!”, a ednak, odkąd poznałem ciebie i tobie podobnych… — Dlaczego nie chcesz sam spróbować siły swo e woli bezpośrednio? — Nie wiem, akie są e granice. — Nie ma granic. Milczeli przez pewien czas oba , patrząc na Księżyc płynący w górę i coraz aśnie szy. Po chwili Jacek ozwał się znowu: — Widziałem uż dziwne rzeczy, które robiłeś. Przewracałeś oczyma czarę pełną wody i przechodziłeś przez drzwi zamknięte… Jeśli potęga woli nie ma granic, powiedz, czy mógłbyś tak samo ten Księżyc na niebie w inną pchnąć drogę lub przebyć bez ochrony i środków pomocniczych przestrzeń, która nas od niego dzieli? — Tak — odpowiedział Hindus spoko nie, ze zwykłym na ustach uśmiechem. — Więc czemu tego nie robisz? Nyanatiloka zamiast odpowiedzi zapytał Jacka z kolei: — Nad czym pracu esz teraz? J Ż  Stara Ziemia  Uczony ściągnął brwi. — Mam w swe pracowni wynalazek przedziwny i straszny. Zabijam to skupienie sił, które nazywa ą materią. Znalazłem prąd, który przepuszczany przez akiekolwiek ciało rozluźnia ego atomy na pierwotne ich części składowe i unicestwia e po prostu… — Robiłeś próby? — Tak. Z niesłychanie drobnymi cząstkami miligrama. Taki pyłek, rozluźnia ąc się, powodu e wybuch, ak garść spalonego dynamitu… — Ale z tą samą łatwością mógłbyś zmusić do rozluźnienia się większe masy? Wysa- dzić i unicestwić dom, miasto, ląd? — Tak. To est przedziwne właśnie, że z tą samą zupełnie łatwością. Dość by mi było przepuścić prąd ów… — Dlaczego tego nie robisz? Jacek powstał i przechadzał się akiś czas pod palmami. — Pytaniem mi na pytanie odpowiadasz, ale to nie est to samo — rzekł. — Ja szkodę bym tym sprowadził, zniszczenie… — A a — odparł Nyanatiloka — nie sprowadziłbym zamieszania we wszechświecie, który snadź⁴⁵ musi być takim, ak est, gdybym rzucał gwiazdy na inne drogi? — Wiem a — ozwał się znowu po chwili — wy się śmie ecie z wyzwolonych, że robią eno sztuczki drobne i zabawne… Nie przecz! Jeśli ty się nie śmie esz, to śmie e się wielu innych uczonych zarówno z tego, ak i z ćwiczeń naszych w ruchach i oddychaniu, żmudnych i długich a dziecinnych na pozór… A ednak trzeba zapanować nad sobą, trzeba się dowiedzieć o woli swo e . Te ćwiczenia, te posty, to zaparcie się i osamotnienie wiodą właśnie do tego. A gdy wola się uż oswobodziła i moc swą skupiać umie, czyż nie wszystko edno, w czym się ob awia? — Sądzę, że nie. Moglibyście działać na pożytek… — Czy ? Tylko człowiek sam na swó pożytek działać może. Pożytkiem człowieka est oczyszczenie duszy. Wola wyzwolona innego pożytku nie widzi ani nie dąży ku innemu celowi. Jakże chcesz, abym sprawiał rzeczy, które mi są obo ętne i może wikłałyby mnie na powrót w grube formy życia, z których się właśnie wybiłem? — Wszystko est dziwne, co nas otacza — rzekł Jacek po pewnym czasie — dziwnie - sze, niżby się śnić nawet mogło ludziom w głąb niepatrzącym. A ednak mam wrażenie, że na dziwnie sze ze wszystkiego, o czym wiem, są właśnie te rzeczy, które ty czynisz. — Dlaczego? — Nie wiem, ak e czynisz. — A wiesz, w aki sposób poruszasz ręką lub co się dzie e, gdy kamień z dłoni upusz- czony spada na ziemię? Zbyt mądrym esteś, abyś mi odpowiedział słowem nic niezna- czącym, które nową niewiadomość w sobie kry e. Młody uczony milczał zadumany, a Hindus prawił tymczasem dale . — Wytłumacz mi, ak to się dzie e, że wola two a podnosi powiekę twego oka, a a ci wytłumaczę, ak gwiazdy wolą poruszać. Równy cud i równa ta emnica est obo ga. Wola est większa niźli wiadomość, ale ciału est poddana, a to są e zwykłe granice. Musi się odważyć wy ść poza ciało, musi nie chcieć niczego dla ciała, a wtedy bytem całym zawładnie, bo uż nie będzie dla nie różnicy między „ a” a „nie a”. — I wtedy nie ma granic? — Nie może ich być. Są granice dla ruchów, dla pożądań, dla poznania wreszcie, dla woli ich być nie może, bo w samym zaczątku swoim przez ten sam fakt, że stoi nad ciałem, stoi nad formą wszelką i wszelkim bytowaniem… Wszak to wasz poeta przed wiekami powiedział: „Czu ę, że gdybym mą wolę Ścisnął, natężył i razem wyświecił, Może bym sto gwiazd zgasił i drugie sto wzniecił!”. I miał słuszność. Jeno ten wyraz „może” był niepotrzebny. To było wątpienie i dlatego upadł. ⁴⁵snadź (daw.) — widocznie, prawdopodobnie. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Jacek patrzył nań zdumiony. — Skąd ty znasz naszych poetów? Pustelnik milczał przez pewien czas. — Nie zawsze byłem „bikhu” ak teraz — rzekł wreszcie z pewnym wahaniem. — Ty nie esteś Hindusem z krwi? — Nie. — A imię two e? — Przy ąłem e późnie , Nyanatiloka, Tró światowiedny, gdym poznał ta emnicę trzech światów: materii, formy i ducha… Zamilkł — i Jacek nie pytał uż o nic, widząc, że pustelnik niechętnie odpowiada. Usiadł był znowu na trawie pod pniem palmowym i patrzył po toni, kędy w oddali błyskały nikłe światełka łodzi i arzyła się między olbrzymimi pylonami brama świątyni, z dala do czeluści gore ącego pieca podobna… Naraz — akby się ocknął z zadumania, wzniósł głowę i spo rzał bystro w oczy Tró - światowiednemu. — Dlaczego ty mnie szukasz? — zagadnął znienacka. Bikhu zwrócił nań z wolna asne, szeroko rozwarte oczy. — Żal mi cię — rzekł. — Czysty esteś, a z trzęsawiska materii wyzwolić się nie możesz, choć wiesz uż sam, że est ona złudzeniem i mnie nawet niż wyrazem tylko. — Cóż mi ty pomożesz… — szepnął Jacek, głowę spuszcza ąc. — Czyham na chwilę, kiedy zapragniesz iść ze mną w puszczę… Jacek miał coś odpowiedzieć, ale w te chwili za ął go ruch na wodzie i z dala do- chodzące głosy. Zaroiły się światełka i zakotłowały przed bramą stare świątyni, i powoli układały się w długi łańcuch ciągnący ku brzegowi — do miasta. Okrzyki biły w cichym nocnym powietrzu, nawoływanie przewoźników i śmiechy akieś kobiece, toczące się ak perły po szklane tafli sztucznego eziora. Przedstawienie snadź było skończone. Jacek zwrócił się do buddysty żywo, nie mogąc ukryć nerwowego pomieszania. — Nie, na puszczę… nie pó dę — rzekł — ale chciałem cię prosić, abyś mnie odwie- dził w Warszawie. Nyanatiloka cofnął się był o krok i patrzył nań z łagodnym uśmiechem w oczach. — Przy dę. — Obawiam się tylko — uśmiechnął się Jacek — że obco ci będzie, przywykłemu do samotności, słyszeć gwar życia… — Nie. To obo ętne. Dzisia uż potrafię samotnym być w tłumie, tak ak ty nie zdołasz eszcze być samotnym nawet wtedy, gdy esteś sam. Mówiąc to, skinął głową z lekka i zgubił się w cieniu palm na wybrzeżu. Orszak tryumfalny Azy zbliżał się coraz bardzie ; Jackowi zdało się nawet, że głos e słyszy srebrzysty. VII Klatka, na grzbiecie osła umieszczona, była wprawdzie dość obszerna ak na dwóch ludzi tego wzrostu, ale siedzieć w nie nie było na czym. Były tam dwie huśtawki, u górne kraty uwieszone, ale zarówno Roda, ak i Mataret uważali za rzecz nieprzysto ną korzystać z tego śmiesznego urządzenia. Chwie ny chód osła nie pozwolił im zaś stać, siadali więc z konieczności na dnie palmową wyłożonym matą, unika ąc o ile możności wza em swego wzroku. Wstyd i rozpacz odbierały im wprost ochotę do życia. Nie wiedzieli zgoła, co się z nimi dzie e. Złośliwi wielcy ludzie ziemscy uwięzili ich w klatce, ak nierozumne zwierzęta — ich, dumę niegdyś i ozdobę wielce czcigodnego Bractwa Prawdy na Księżycu, i obwożą ich teraz po ludnych placach nie wiadomo dlaczego i w akim celu. Nadto dodano im trzeciego towarzysza, co do którego nie umieli sobie asno zdać sprawy, czy est zwierzęciem, czy też człowiekiem. Wzrostu był mnie więce tego, co oni, twarzy cokolwiek ludzkie , ale miał ciało włosem porosłe i drugą parę rąk tam, gdzie zwykle bywa ą nogi. Ten towarzysz czuł się zupełnie zadowolonym ze swego losu w klatce i zabrał nawet na wyłączną własność obie huśtawki, przeskaku ąc ustawicznie z edne na drugą. Roda J Ż  Stara Ziemia  próbował się z nim porozumieć, zrazu mową i na migi, on ednakowoż słów wysłuchał, grymasy czyniąc nieprzysto ne, a w końcu skoczył mędrcowi na kark i począł gwałtownie grzebać w ego rozwichrzone czuprynie. Uznali go tedy za istotę zwierzęcego rodza u mimo pewnego do człowieka podobień- stwa. To towarzystwo ednak eszcze więce ich upokarzało, zwłaszcza że zmuszeni byli, by nie cierpieć głodu, eść z edne misy z tym przedziwnym potworkiem. Około południa nareszcie, po długim milczeniu, Mataret zagadnął mistrza, pogląda ąc mu ukradkiem w oczy: — I cóż? Ziemia est zamieszkana⁈ Roda pochylił głowę. — Nie czas na kpiny. W każdym razie wszystkiemu ty esteś winien, bo przez ciebie tuta esteśmy. — Nie wiem… Gdybyś się ty nie był upierał przy swoim zdaniu, że Zwycięzca nie z Ziemi pochodzi… — To eszcze nie est pewne — bąknął mistrz, aby resztki honoru salwować⁴⁶. Mataret roześmiał się gorzko. — Mnie sza z tym — rzekł po chwili. — Omyliłeś się czy omyliliśmy się oba , mnie - sza z tym. Chwilami gotów estem a sam przypuszczać eszcze, że chyba skądinąd Zwy- cięzca przybył na Księżyc, bo przecież est człowiekiem rozumnym, a z tymi dogadać się nie można. Za co oni nas ma ą? — Bo a wiem? — A a sądzę, że się domyślam. Uważa ą nas po prostu za zwierzęta czy co… Wszak widzisz sam, ak się nam przygląda ą. Roda chodził po klatce na grzbiecie osła, rzeczywiście, ak mały lewek uwięziony, bu ną grzywą potrząsa ąc. Gniew, rozpacz, wstyd, oburzenie dławiły go tak, że słowa nie mógł ze siebie wydobyć. A Mataret szydził, ak gdyby się znęcać chciał nad nim. — Spróbu skoczyć na huśtawkę — mówił — i wywiń koziołka, ak ten zwierzak ko- smaty; zobaczysz, ak się ci ludzie ucieszą! Wszak oni na to czeka ą. Jeśli eszcze zaryczysz pięknie i ęzyk wystawisz, gotowi ci dać garść owoców, które by się naprawdę przydały, bo głodni esteśmy. To bydlę czterorękie z adło wszystko, co tu było. Roda nagle przystanął. — A wiesz ty, mnie się zda e… Urwał. — Co takiego? — Może oni nas… karzą? Może oni się domyśla ą, żeśmy wóz Zwycięzcy ukradli? Wszak mogli go znaleźć tam, w piasku… Mataret zmarszczył brwi. — Tak, to byłoby na gorsze. Wtedy nie mielibyśmy uż nadziei… — A przecież ty esteś winien temu, ak zawsze — ty! Po co dawałeś tym ludziom do zrozumienia, żeśmy przybyli z Księżyca? Trzeba było udać… — Co udać? Co⁈ — O, Ziemskie Potęgi! — ęknął Roda, z dziecięcego eszcze nawyku wzywa ąc mocy, wśród ludu na Księżycu za boską uważane — cóż my teraz poczniemy? Mataret ruszył ramionami; rzeczywiście nie miał po ęcia, ak wy ść z tego nad wyraz okropnego położenia. Stali oba zadumani i zatroskani. Małpa, towarzysząca im w klatce, zbliżyła się także, stara ąc się postawę ich naśladować. Ale ta nieruchomość dziwotworów znudziła któregoś z widzów, więc rzucił w nos Rodzie pestkę daktyla, a gdy to nie pomogło, począł go łaskotać kawałkiem trzciny i kłuć przeważnie tam, gdzie małpy prawdziwe zwykle ogon miewa ą. Hafid pozwalał na takie poufałości edynie tym, którzy osobno za to płacili, a że tym razem był to chłopak, za grosz eden mieszkańcom klatki się przypatru ący, więc wpadł w gniew i napastnika kawałkiem powroza przegonił. W ogóle Arab nie był dzisia w dobrym humorze. Interes wprawdzie szedł doskonale i w pół dnia wróciły mu się nie tylko pieniądze na kupno klatki i wyna ęcie osła wydane, ⁴⁶salwować (z łac.) — ratować. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  ale nadto napchane miał dobrze obie kieszenie. Z te strony tedy nie było powodu do zmartwień. Chodziło o co innego. Hafid miał wrodzony i nieprzezwyciężony wstręt do obcowania z władzami i w ogóle z istotami rodza u ludzkiego, przedstawia ącymi porządek publiczny, a nie asne przeczucie mówiło mu, że wcześnie czy późnie zawezwą go i poczną rozpytywać, skąd przyszedł do posiadania krasnoludków i akim prawem e w mieście pokazu e. O tym nie myślał był z góry, a teraz czuł uż, że coś niedobrego się święci. Przy aciel ego, przewoźnik, człek bardzo rozumny, pokręcił był głową dziś rano, gdy się on na targ wybierał, a polic ant, sto ący zwykle na rogu placu, coś nazbyt długo patrzył w ego stronę. Ostatecznie więc Hafid chciał się pozbyć zdobyczy i kłopotu ak na prędze , to znaczy sprzedać obu karlików, ale ak na złość kupiec się nie trafiał. W dzielnicy, po które się z klatką włóczył, mieszkali ludzie sami nie ma ący do zbytku na swe potrzeby, a w są- siedztwo wielkich i lśniących hoteli, gdzie przesiadu ą cudzoziemcy bogaci, Hafid akoś nie śmiał się zapuszczać. I tak namyślał się uż, co zrobić, czy podarować komu tych małpoludzi, czy też wie- czorem utopić ich w Nilu, bo przecież na oazę brać ich ze sobą zgoła sensu nie było — kiedy zobaczył akiegoś dosto nego pana o siwe głowie, co szedł z wolna na plac zadu- many. Pan Benedykt to był, który umyślał kupić dla Azy, od eżdża ące naza utrz, wielki kosz owoców i wyrachował, że tanie mu to wypadnie, eśli sam się na targ uda, nie dowierza ąc służbie niesumienne . Hafid, zoczywszy go, zaczął wołać we wszystkich nieznanych mu ęzykach, to znaczy wydawać dźwięki, które według ego przekonania oznaczały w tych mowach osoby godne i poważne. Pan Benedykt zauważył Araba i zbliżył się doń w myśli, że ma banany na sprzedaż. Zdumiał się, zobaczywszy klatkę z zamkniętymi w nie ludźmi i małpą. — Co to est? — zapytał. Hafid zrobił ta emniczą minę. — O, panie! To są… to są takie istoty… — Jakie istoty? — Bardzo rzadkie. — Skąd to masz? — O, panie! Gdybym ci zaczął opowiadać trudy, z akimi walczyć musiałem dla zdo- bycia tych dwóch niby-ludzi, trawa by porosła świeża wokoło nas, a my byśmy się eszcze z mie sca nie ruszyli, ty słucha ąc, a mówiąc ciągle! — Więc mów krótko: gdzie to ży e? — O, panie! W sercu Sahary, w piaskach, po których samum się eno przechadza, est oaza pewna, ludzkim okiem dotąd niewykryta! Ja i dromader mó wierny byliśmy pierwszymi, którzy tam… — Nie łży . Gdzie tych karlików znalazłeś? — Panie, kup ich ode mnie. — Czyś ty oszalał? — Oni są naprawdę bardzo pocieszni. Mnóstwo sztuk umie ą, tylko teraz zmęcze- ni są trochę, więc ich nie chcę pokazywać. Ten z dużymi włosami wywija koziołki na huśtawkach, a tamten łysy uda e, że umie czytać, naśladu ąc zupełnie człowieka! Aż się małpa śmie e, z którą są w wielkie przy aźni… Panu Benedyktowi zaświtała akaś myśl w głowie. — Czy myślisz, że wyuczyliby się oni służby w poko u? — O, doskonale! U mnie w domu zamiata ą izbę i babce mo e czyszczą buty, która wprawdzie boso chodzi, ale tylko przez upór, bo a e niczego nie żału ę. Stara est… — Nie pleć! — O, panie! Będę milczał ak grób, eśli ci się to spodoba. — Do stołu usługiwać by umieli? — Jak na lepszy loka w Old-Great-Cataract-Palace, który zresztą est moim przy- acielem i może poświadczyć… — Ile chcesz za tych małpoludzi? — O, panie, gdybym trud mó chciał obliczyć… — Mów, tylko prędko. J Ż  Stara Ziemia  Hafid wymienił akąś sumę i po półgodzinnym targu zgodził się odstąpić swą zdo- bycz za dziesiątą część żądane początkowo ceny. Pan Benedykt zapłacił, a Arab schował przede wszystkim pieniądze w zanadrze, po czym, przygotowawszy dwie pętle z powro- za, otworzył klatkę i zaczął łapać wystraszonych Księżyczan. Wreszcie udało mu się to. Uwiązał każdemu postronek do nogi i wysadziwszy ich na ziemię, wetknął końce w rękę pana Benedykta. — Niech cię Bóg błogosławi, panie! — rzekł, zabiera ąc się do ode ścia. — Czeka ! Czeka ! Przecież a ich tak nie powiodę! Musisz mi ich zanieść do hotelu. Hafid potrząsał głową. — O tym nie było mowy, panie! Ja nie mam uż czasu. To mówiąc, popędził osła i zniknął w tłumie, rad, że się pozbył za dobry grosz nie- bezpiecznego nabytku. Zgra a uliczne gawiedzi otoczyła zakłopotanego pana Benedykta. Nie wiedział on, co począć. Nagabywano zewsząd karlików, zalęknionych znów niepewnością swego losu, i śmiano się, gdy ich nowy właściciel kijem groził napastnikom. Rozpoczęła się naokoło gonitwa, wśród które niepodobna się było naprzód posunąć. Pan Benedykt po pewnym czasie, nie mogąc sobie dać rady, zaczął obiecywać obska- ku ącym go wyrostkom dobry napiwek, byle mu tylko potworków do hotelu zawiedli. Ale ci — rozbawieni — udawali, że się ich bo ą, i uciekali z krzykiem, gdy tylko któremu z nich chciał wetknąć postronki w rękę. Rad nierad, ruszył ku hotelowi, wiodąc sam owych człowieczków, odprowadzany tłumem dzieci, uliczników i podmie skie gawiedzi. Po drodze wstąpił eszcze do magazynu stro ów dziecięcych i wybrawszy dla swych pupilów aksamitne spodenki i bluzki marynarskie ze złotymi galonami, kazał ich zaraz przestroić. Gdy się z tak ubranymi członkami Bractwa Prawdy pokazał znów na ulicy, radość pospólstwa, czeka ącego nań cierpliwie, nie miała po prostu granic. Szczególnie zachwycał ich Mataret z łysą czaszką, w szerokie , białe kryzie na szyi. Bawili się również i Rodą, rzuca ącym obłąkane z wściekłości spo rzenia naokół. I tak szli w tryumfie zgra ą całą ku hotelowi, gdzie Aza mieszkała. VIII Z przygasłym cygarem w zębach spoza rozłożone szerokie gazety poglądał Grabiec przez okna rozwarte na tłum przed kawiarnią. Niedopita filiżanka wystygłe uż kawy czarne stała przed nim; w ręce, niedbale wsparte na marmurowe płycie stołu, obracał bez- myślnie próżny kieliszek z koniaku. Wysokie czoło, w dużą łysinę na szczycie wspaniale sklepione czaszki przechodzące, pokrywała mu od skroni sieć zmarszczek drobnych i ru- chliwych — dolna część dziwnie zmięte twarzy ginęła w długie asne brodzie. Usta eno błyszczały spod nikłych wąsów — pełne, młodzieńcze, niespoko ne, kłócące się wyrazem z przygasłymi na pozór oczyma, w których zimnym stalowym błysku znać ednak było spod znużenia wygląda ącą niepożytą moc i upartą — ak gdyby uśpioną. Gazety nie czytał uż od dawna, choć trzymał ą ciągle w ręku, może, by się od spo - rzenia zasłonić lub przedzielić papierową ścianą od siedzącego przy stoliku towarzysza. Wzrok ego obo ętny błądził po stro nych, śmie ących się damach, które w towarzystwie mężczyzn otaczały małe stoliki przed kawiarnią rozstawione, lub szedł dale na drugą stro- nę gazonami zasłanego placu, gdzie przed ogromnym i obrzydliwie ozdobnym pałacem gry ruch się uż wszczynał popołudniowy. Po szerokich wschodach, kilkoma błyszczącymi mosiężnymi poręczami przedzielonych, szli po wzorzystym chodniku w górę, chyłkiem, drobni gracze z niewielkimi snadź sumkami w kieszeni, wybiera ący z umysłu⁴⁷ tę wcze- sną porę, kiedy ich eszcze nie będzie krępowała obecność nababów, rzuca ących całe ma ątki na sukno zielone. Przez natłok spaceru ących w dole przeciskali się też, nie pa- trząc na boki, szulerzy zawodowi, opętani, zaledwie śniadanie w pośpiechu przełknąwszy, aby nie stracić czasu drogiego i te chwili, która właśnie może szczęście przynieść. Kil- ka automobilów zatrzymało się przed portalem; między wysiada ącymi Grabiec poznał niektórych stałych i poważnych bywalców domu gry, co przybywali wcześnie , aby im ⁴⁷z umysłu — tu: umyślnie, spec alnie, z premedytac ą. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  ulubionych mie sc nie za ęto. Loka e stali na schodach znudzeni, rozmawia ąc półsłów- kami ze sobą. Co chwila wstawał też ktoś od stolików przed kawiarnią i odchodził w stronę szerokich wschodów. Czasem młodzieniec akiś ozdobny i wymuskany, częście emeryt dosto ny lub która z dam, śledzących badawczymi oczyma tych, co ma ą obficie złotem nabite kieszenie. Te poławiaczki kruszcu uż wygranego poznać można było na pierwszy rzut oka między szulerkami spieszącymi, aby szczęścia przy czarodzie skich stołach na własną rękę próbować: szły wolno, ociąga ąc się, a chociaż zbyt wartość swo ą targową znały i ceniły, aby zachęcać łaskawym spo rzeniem przechodniów, to ednak wyraz ich twarzy i ruch cały mówiły niemylnie, że nie są płochliwą zwierzyną, zwłaszcza dla chcących i mogących złoto sypać myśliwców. Grabiec wodził po przechodniach wzrokiem roztargnionym, który zdawał się eno w przelocie dotykać głów ludzkich tak obo ętnie, akby to drzewa były lub toczące się z góry kamienie. Czasem na edno mgnienie oka zatrzymywał wzrok na twarzy akie ś niby senatorskie , na akie ś niby rycerskie postaci — i wiódł okiem znowu dale z wyra- zem zawodu po tłumie kobiet stro nych i głośno się śmie ących, po tym mrowiu ludzkim, dziwnie ze siebie i z życia zadowolonym — eno usta wyginały mu się ledwo dostrzegal- nym, wzgardliwym uśmiechem, który z wolna tak do warg ego przyrastał, że w końcu wyglądał uż akby przyrodzone skrzywienie. — Co pan sądzi o współczesne literaturze? Drgnął z lekka, akby mu owad niemiły usiadł na twarzy. W zamyśleniu zapomniał był prawie zupełnie o nieproszonym towarzyszu, który siedział naprzeciw niego, po drugie stronie stolika. Średniego wzrostu, pękaty, z obrzydliwą głową żydowską na cienkim kar- ku, trzymał w piegowatych i brylantami ustro onych palcach zeszyt akiegoś tygodnika i nachylał się poufale przez stół, patrząc z godnością wyłupiastymi i rybimi trochę oczy- ma spoza grubych szkieł, na śmiesznie garbatym, czerwonym nosie osadzonych. Rzadkie, tłuste włosy zaczesane miał na przód głowy z widocznym zamiarem ukrycia pod nimi pryszczów pokrywa ących łysinę — mięsiste i naprzód podane, choć wąskie wargi po- ruszały mu się eszcze, ak gdyby powtarzał po cichu i przeżuwał dopiero wypowiedziane pytanie. — Nic nie sądzę, panie Halsband — odparł Grabiec po chwili, zmusza ąc się do tonu towarzyskie uprze mości. Żyd odrzucił tygodnik i gestykulu ąc żywo rękoma, począł mówić głosem gardłowym z charakterystycznym akcentem, który przetrwał tysiąclecia. — Pan zawsze dziwnie odpowiadasz! Zupełnie akby pan chciał uniknąć rozmowy. A to przecież a pana pytam, i eśli pytam… — Wiem, słyszę — uśmiechnął się Grabiec. — Ale to tak nieokreślone pytanie… — Jakże mam mówić inacze ? Nie chodzi mi o akiś poszczególny wypadek, ale o sąd pański ogólny, o syntezę pańskiego sądu. Właśnie czytam w tym „Przeglądzie”… Uderzył dłonią w porzucony tygodnik. Grabiec wzruszył z lekka ramionami. — Nie znam się na tym — rzekł, patrząc z udanym za ęciem na ludzi ro ących się przed kawiarnią. Halsband zaperzył się. — To wcale nie est odpowiedź, to wykręt! Przecież pan sam esteś literat. Jakże więc można… — Nie, panie. To, że sam przypadkowo piszę, nie kwalifiku e mnie byna mnie do wydawania sądów, zwłaszcza takich, które by panu mogły się na coś przydać. Racze przeciwnie… Od gadania, od nicowania bez celu i końca tego, co zostało stworzone lub choćby tylko napisane, wy esteście: redaktorowie⁴⁸ wielkich dzienników, krytycy, prze- żuwacze, historycy literatury i sztuki. Ja nie znam nawet tytułów dzieł, o których pan możesz rozprawiać godzinami. — Zbytnia skromność — uśmiechnął się Halsband z adliwie. — Wiadomo po- wszechnie, że pan esteś erudyt⁴⁹. Ale pan się myli, sądząc, że a potrzebu ę pańskiego ⁴⁸redaktorowie — dziś popr.: redaktorzy. [przypis edytorski] ⁴⁹erudyt — dziś popr.: erudyta. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  zdania. Jeśli pytam, to tylko dlatego, że mnie to zaciekawia, w aką syntezę skupia ą się pewne fakty w soczewce pańskie indywidualności… Pan sam mnie zaciekawia — dodał z odcieniem pewne łaskawości w głosie. Grabiec nie słuchał. Zastanowiło go coś istotnie na placu przed kawiarnią, bo ął patrzeć pilno przez otwarte okno w stronę, gdzie przy stoliku siedział samotnie akiś dziwny nad wyraz człowiek. Nie był on garbaty, a robił wrażenie ułomnego z powodu długich rąk i głowy olbrzymie , głęboko wciśnięte w ramionach. Ubrany był starannie, ale nieumie ętnie; włosy eżyły mu się niesfornie we wszystkich kierunkach na czaszce, z które zd ął był właśnie kapelusz. Postać cała byłaby śmieszna, gdyby nie oczy ogromne, otchłanne i tak niepo ęcie przykuwa ące, że spo rzawszy na nie, zapominało się o reszcie niemal potwornego ciała. — Kto to est? — zapytał Grabiec żywo, przerywa ąc potok słów swemu towarzyszowi. — Czy pan nie wie przypadkiem? Halsband spo rzał niechętnie we wskazanym kierunku. — Jak to, pan go nie zna? To Łacheć. — Łacheć⁈ — Tak est, ten sam, co zrobił muzykę do pańskiego hymnu, który wczora Aza w świątyni Izydy śpiewała. On u mnie pracu e. Przygarnąłem go… Grabiec, nie czeka ąc dale , rzucił pieniądze na stół i począł się zabierać do ode ścia. Nim się ednak zdołał wśród tłumnie wchodzących gości kawiarnianych przecisnąć ku drzwiom, dziwny człowiek, siedzący przy stole, zniknął, akby się zapadł pod ziemię. Na próżno szukał go wśród ciżby oczyma. Zagubił się snadź wobec niskiego wzrostu między przechodniami, czy też zdążył uż we ść do wnętrza domu gry, na którego wschodach⁵⁰ szerokich coraz ro nie było od ludzi. Jeno⁵¹, że teraz wielu uż wychodziło, krzyżu ąc się w ścisku z przybywa ącymi. Niektórzy wracali z obo ętnymi maskami na twarzach, tak ak byli weszli, ale w większe części można było wyczytać z ruchów, z postawy, z oczu, z wyrazu ust, aki los spotkał ich złoto tam, przy zielonych stołach: czy ucieka ą, w nie- wielu minutach grosz ostatni straciwszy, czy też unoszą na razie zdobycz upragnioną, którą przy dą znów stracić, nim wieczór zapadnie. Przez akiś czas, sto ąc przed kawiarnią, myślał Grabiec o tym, aby pó ść do kasyna i tam w salach Łachcia poszukać. Nie znał poprzednio ego muzyki; Łacheć był mło- dym, początku ącym dopiero kompozytorem, którego imię zaledwie kilka razy obiło mu się o uszy, ako imię oryginała racze niż mistrza. Aza, prosząc go kiedyś o pozwolenie zużytkowania na koncert ego Hymnu o Izydzie, mówiła mu wprawdzie, że Łacheć, dziw- ny, fenomenalny Łacheć, słowa ego na dźwięki przetapia, ale Grabiec nie zwrócił na to uwagi. Było mu to zresztą obo ętne. Nierad przystawał — i edynie pod nieodpartym wpływem śpiewaczki — na udział swó w te farsie zamiany ruin przedwieczne świątyni w teatr i w owym parodiowaniu w nie , ak mówił, dawnych szczerych obrzędów — więc się też nie chciał mieszać do niczego. Dopiero wczora … Uległ długim i uporczywym namowom Azy (był bowiem ednym z tych niewielu, którym ona nie rozkazywała) i przybył wieczorem do fila skie świątyni w te szydercze i gorzkie myśli edynie, że będzie słuchał słów własnych ak dźwięku zgoła obcego, co w zbezczeszczonych ruinach brzmi śmiesznie, przez nikogo nieodczuty, niezrozumiany i przeto bluźnierczy. Przecież Grabiec wielkość tam śpiewał, bohaterstwo i ta emnicę, i namiętności moc — wszystkie te rzeczy, dla których ów tłum dosto ny wrogiem byłby z urodzenia, gdyby e na tyle chociaż rozumiał, aby e mógł nienawidzić i lękać się ich. Myślał o tym wczora z pogardliwym uśmiechem na ustach, o wyżarte wilgocią hie- rogli na granitowe kolumnie wsparty, gdy nagle zabrzmiał śpiew Azy, ginący niemal z początku w potężnych falach orkiestry, przedziwne , niepo ęte . Nie słyszał dotąd tego śpiewu i dźwięków tych — nie chciał z umysłu bywać na próbach — toteż teraz miał wrażenie nagłego, olśniewa ącego ob awienia. Jak gdyby ktoś, odeń silnie szy, porwał go w orle szpony i wzniósł nad ziemię, i pokazał na awie światy akieś, przezeń tylko wyśnione… Jak gdyby słowa ego stawały się żywymi ⁵⁰wschody — dziś w tym znaczeniu: schody. [przypis edytorski] ⁵¹jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  istotami, ak gdyby myśli ego własne dostawały skrzydeł, piorunów i boże mocy zabijania i wskrzeszania! Zobaczył wir cherubinów, tańczących na powietrzu z ognia, nie wierząc prawie, że z niego wzięły początek, tak wielkie i płomienne mu się bowiem wydały. Morze zobaczył rozhukane, wściekłymi, spienionymi falami o brzegi bijące! Po rzał mimo woli po słuchaczach. Na morskim brzegu był piasek. Miałki, sypki, ani odporu, ani echa falom nieda ący piasek. Śledzono oczyma śpiewaczkę, na stopy e patrzono i nagie kolana, kiwano z uznaniem głowami, gdy zespół orkiestralny akiś nad- zwycza ny snop błyskawic wyrzucił — i nie płoniono się pod biczem małość smaga ącym — i nie wyciągano rąk ku pokazane na złotych chmurach wielkości, ku odsłania ące twarz ta emnicy… Uciekł wczora ze świątyni stare przed własnym krzykiem, wcielonym na próżno i marnie ginącym — ale łomot tych skrzydeł myślom ego przez muzyka przypiętych huczał mu ciągle w uszach i mózgu… Huczał poprzez drobne sprawy dnia całego, poprzez rozmowy puste różnych natrętnych Halsbandów. I w te chwili obłędnym przypomnieniem zatańczyła mu w pamięci orkiestra burz, morza i słońca śpiewa ącego na chmurach zwełnionych, na pryska ących pianą bałwanach. — To musi, to musi, to musi być! — wyrzekł do siebie niemal głośno, w myśl akąś własną zapatrzony. Zakotłowało w nim coś i zawrzało. Zd ął z głowy kapelusz szerokoskrzydły i nie zwa- ża ąc, że ludzie nań z podziwem patrzą, począł chodzić wielkimi krokami dookoła gazonu z rzadka palmami ocienionego. Zapomniał, że miał Łachcia szukać w kasynie, zresztą wstręt go ob ął nieprzeparty na myśl samą, że mógłby się teraz znaleźć w tłoku, w ciżbie, wśród ludzi za ętych dzisia w sposób podobny, eno w wyższym stopniu i bardzie eszcze interesownie, śledzeniem pada ące kulki rulety, ak wczora ruchów śpiewaczki… Mimo- wolnie zwrócił się w lewo, w stronę rozległych ogrodów, co na falistym gruncie rozsiadły się tuta , ponad domem gry i złoconymi hotelami, aż gdzieś po żółty brzeg Nilowy. Słońce wiosenne paliło, ale pod palmami świeżość szła wonna od trawników właśnie zroszonych i od krzewów rozkwitłych, rozrzuconych kępami po całe ogromne przestrze- ni. Sztuczne strumyki roznosiły życioda ną wilgoć wyszukanym drzewom, ze wszystkich stron świata tuta sprowadzonym — nad małymi stawkami, pełnymi lotosów, siedziały figowce rozrosłe o lśniących liściach, z wiszącą w powietrzu siecią korzeni. Na wzgór- kach ręką ludzką usypanych, wśród poukładanych pracowicie głazów, sterczały kaktusy na rozmaitszego kształtu i pochodzenia: podobne do słupów, kul i węży dziwnie po- wyginanych — opunc e kolczaste, z potwornie zgrubiałymi łodygami, i srebrnozielone agawy, strzela ące w górę spośród mięsistych liści olbrzymimi świecznikami kwiatosta- nów. W grotach, ukryte przed zbytnim słońcem, w powietrzu ochłodzonym wodą, przez sztuczne lodozwały przepływa ącą, chowały się paprocie i rośliny północne, zdumione sąsiedztwem palm, chwie ących się u we ścia na tle ciemnobłękitnego nieba. Grabiec minął główne, szerokie ale e i począł się błąkać po bocznych ścieżkach wśród zaga ników różnych i lasków ponad małymi strumykami o brzegach gęsto zarosłych bam- busem i trzciną szerokolistną. Ludzi spotykał tuta coraz rzadzie ; upał popołudniowy rósł i wisiał ciężko w nieruchomym powietrzu, wilgocią gorącą przesycony, duszący. Grabiec szedł wciąż przed siebie, ze spuszczoną głową, w myślach zatopiony. Nie zauważył nawet, ak się dostał w obszerny zwierzyniec na wyniosłości ponad ogrodami. Mijał, nie patrząc, łączki ogrodzone, na których wśród sztucznie poukładanych kamieni pasły się antylopy, ogromnymi, tępymi oczyma patrząc przez sztachety gdzieś w stronę dalekie , rodzinne pustyni — przechodził około sadzawek pełnych krokodyli, w płytkie , ciepłe od słoń- ca wodzie aż po nozdrza ukrytych — koło klatek potężnych, w których drzemały lwy niewolą osowiałe, z przygasłymi oczyma, z sierścią skudloną i nieczystą. Na szczycie wzniesienia stała klatka wysoka, kilkoma palmami daktylowymi ocienio- na. W środkowe , wąskie e części, błyszczącymi kratami od bocznych skrzydeł oddzie- lone , siedziały na gałęziach uschłego akiegoś drzewa cztery sępy królewskie, na podziw ogromne. Łby, potężnymi hakami dziobów zbro ne, wcisnęły między ramiona obwisłych skrzydeł, nastroszyły pióra u nasady nagich, muskularnych szy , oczy okrągłe na słońce zwróciły i trwały tak nieruchome, zastygłe, ak dawne akieś cztery bogi egipskie, strasz- nych i ta emnych ofiar oczeku ące. J Ż  Stara Ziemia  Ale naokoło nich zgiełk był tylko nieprzysto ny i bezczelny. Przez mimowolną zapew- ne, a dziwnie złośliwą głupotę pomieszczono w obu skrzydłach klatki ogromne zgra ę papug i małp ruchliwą, pstrą, ustawicznie wrzeszczącą. Co chwilę gibon akiś lub magot, z ohydnie gołym, czerwonym pośladkiem, wyciągał przez kratę rękę kosmatą, usiłu ąc dla psoty dosięgnąć piór w ogonie ptaków królewskich; papugi wieszały się na prętach prze- grody i rozdziawia ąc dzioby karykaturalnie do orlich podobne, wtórowały zgiełkliwym krzykiem miauczeniu wykrzywia ących się małp. Sępy wyglądały ak ślepe i głuche w kamiennym swym spoko u. Żaden z nich ani razu głowy nie zwrócił, żaden nawet nie załopotał na postrach skrzydłami. Gdy ednego z nich magot obrzydliwy długą ręką za lotki obwisłe dosięgnął i szarpnął, garść pierza wyrywa ąc, on posunął się tylko o pół kroku dale na gałęzi, nie spo rzawszy nawet na napastnika, tak właśnie, akby się usuwał kędyś na skałach przed rzuconą wiatrem gałęzią. Grabiec przypatrywał się ptakom zrazu mechanicznie, myślom dalekim oddany, póź- nie z rosnącym nagle za ęciem. Wsunął dłoń ostrożnie między pręty i spróbował prze- grody. — Mocna — szepnął do siebie — szkoda. Małpa edna, większa i złośliwsza nad inne, wyciągnęła znów swe kosmate ramię i dłu- gimi, spłaszczonymi na końcach palcami starała się chwycić za pierze na piersiach sępa. Ptak wzniósł szy ę i głowę w tył rzucił, przechyla ąc ą nieco na bok. Krwawe oczy ego wpatrzyły się w ruchliwą dłoń małpią, przebiera ącą przed nim palcami. Głowę eszcze więce cofnął, akby do uderzenia, dziób trochę rozchylił. — Bij! — syknął Grabiec, patrząc na tę scenę. Ale sęp, widząc, że mimo wysiłku małpa dosięgnąć go nie może, nie raczył się trudzić i przymknąwszy oczy, wsunął znów łeb straszliwy pomiędzy skrzydła, nie zważa ąc uż na nic więce . Grabiec uśmiechnął się wzgardliwie. — Głupi! — szepnął na wpół głośno — myślisz, że to est wielkość. — Tak, to wielkość — odpowiedziano za nim. Obe rzał się ze ściągniętymi brwiami, nierad, że go ktoś śledzi i słucha ego słów. Stał tuż za nim pod baldachimem ogromnych liści rosnącego obok bananu człowiek młody i smukły, w obcisłym stro u awiatora, z puklami włosów kędzierzawych, wypada- ących spod zsuniętego nieco w tył kaptura. — Mistrz Jacek! Zadrgał mu w głosie obok zdziwienia akiś szacunek mimowolny, choć bez śladu uniżenia. Uczony wyciągnął dłoń ku pisarzowi. Podali sobie ręce w milczeniu. Stali akiś czas bez słowa obok siebie; Jacek patrzył na klatkę ro ną od małpie ga- wiedzi ze zwykłym, pobłażliwym w smutnych oczach uśmiechem; Grabiec odwrócił się w bok, gdzie między strzępiastymi koronami palm niże sadzonych błyskał ogromnym i szklisto⁵² mętnym zwierciadłem daleki zalew nilowy. W pośrodku słońce tylko pły- wało po samotne toni, przybladłe, akby na wodzie po wierzchu rozlane, ale u brzegów pełno było łodzi, śpiących w żarze popołudniowym z obwisłymi na łukowatych re ach żaglami. Błyszczące czółna motorowe pochowały się gdzieś, czy też nie widno ich było z dala spomiędzy czarnych kadłubów barek — łaskawe liście palm zakryły przed okiem nowe miasto, bogatym a pospolitym stylem swym obrzydliwe… Grabiec miał na chwilę przelotne wrażenie, że czas się cofnął i oto on est świadkiem wieku akiegoś, znanego z podań eno dawnych, kiedy królowie żyli i bogi⁵³… — Słyszałem wczora pański hymn Izydy… Odwrócił się. Jacek nie patrzył nań, mówiąc te słowa: oczy miał wytężone na zalew nilowy, w stronę ruin w rozsłonecznione wodzie tonących. — Słyszał pan… — Tak. I gdybym nawet nie wiedział, że to pan, byłbym musiał poznać… Ten krzyk, to wołanie… Mówił to z wolna, źrenic nań nie zwraca ąc. ⁵²szklisto — dziś popr.: szkliście. [przypis edytorski] ⁵³bogi — dziś M.lm: bogowie. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Pisarz wzruszył nieznacznie ramionami. Z wolna wzniósł rękę i w zamyśleniu położył ą na prętach klatki. — Panie — zaczął — przed chwilą skarcił mnie pan, że chciałem widzieć sępa miaż- dżącego dziobem bezwstydną łapę zaczepia ące go małpy. Przyznam się, że rad bym tym i ptakom klatkę otworzył, aby sprawiły rzeź. Ale co by pan powiedział, gdyby te sępy królewskie — nie walcząc — spoko u nawet nie umiały w niewoli zachować i poczęły tu, wobec papuzie hołoty, dawać widowisko ze siebie! Łbami bić o pręty i włóczyć skrzy- dłami po ziemi? Wołać wichru, wołać skał i morskich bałwanów, które tuta nie we dą? Aby wiedziano, że wielkość zna ą i swobodę i że za nią tęsknią obłędnie… Aby papugi wiedziały mianowicie i małpy. — Gubimy się w porównaniach — odparł Jacek — da my spokó zwierzętom i pta- kom, choćby nawet królewskim. To może pięknie brzmi, ale nigdy nie est ścisłe i do fałszywych wniosków wiedzie. Bez względu na to, co pana otacza, pan ak monarcha stoi nad tłumem, który pana słucha… Ostry, zgryźliwy śmiech przerwał mu zdanie. — Ha, ha! Znam! Znam te stare piękne teorie, któreśmy sami na własną pociechę ukuli! Wiem, pan myśli: „Wszelka sztuka prawdziwa est władaniem nad duszami, est narzucaniem ludziom innym własnych uczuć, wyobrażeń, pomyśleń!”. Czy pan wierzy, że tak est istotnie? — Tak est istotnie. — Było. Ale to czasy tak dawne, że na legendę uż dzisia zakrawa ą, i nieprawdo- podobną. A przecież tak było. Tuta , gdzie teraz stoimy, kiedyś się świątynie wznosiły potężne i szeregi ta emniczych, grozą prze mu ących bóstw granitowych; tu na mie scu tych hoteli, domów pospolitych, akimi obecnie świat się cały upodobnił. Ale wtedy nie tylko sztuka, lecz i mądrość, i wiedza wszelka była królową, a nie sługą płatną ak ninie⁵⁴. Jacek milczał, słucha ąc. Z wyrazu ego twarzy trudno było odgadnąć, czy przyzna e słuszność Grabcowi, czy tylko nie chce mu się sprzeciwiać. Ten zaś tymczasem, wsparłszy się plecami o pień palmy, mówił z wolna, ak gdyby — nie dba ąc o to, czy go kto słucha — myśli eno rozsnuwał sam przed sobą, z dawna przemyślane, bolące. — Tak było w Grec i, w Arabii, w Italii, w Europie eszcze gdzieś aż po połowę wie- ku XIX. Byli artyści na więksi, z głodu nieraz ginący, władcami ludów samopańskimi, wiedli, wznosili, rzucali w proch. Zapalali pożar albo zwierzęta dzikie zamieniali na zamy- ślone duchy. Mieli poddanych, którzy zdolni byli słuchać, ale stracili ich, gdyż sami się dostali pod władzę poddańców swoich. Jesteśmy na emnikami, których się utrzymu e dla dostarczania wzruszeń, słów wielkich, dźwięków, barw, ak was, mędrców, dla wiedzy, krowy dla mleka. Jacek rzucił głową z wyrazem niechęci. — Kto winien temu? — My. Z chwilą kiedy sztuka przestała być panią samowładną i ludziom życie for- mować, rwać ludzi do czynu (bo o czyny przecież chodzi edynie!), trzeba ą było rzucić, ako rzecz zużytą, i innych środków władzy dla ducha poszukać albo stworzyć sobie nowy świat, w którym by znowu byli ludzie mogący e podlegać. Sztuka była środkiem życia i mocy, zrobiono z nie , a racze z e formy, cel: kunszt, zręczność rzemieślniczą, zabaw- kę. Nie chodzi uż o to, co się ludziom na głowy rzuci, w którą stronę się wichrem łan zamiecie, skąd się Słońcu nad nim wze ść każe lub Księżycowi, ale o to, ak słowa brzmieć będą, ak się barwy lub dźwięki dowcipnie ułożą… Z czarodzie stwa marne kuglarstwo powstało, bo to uż tylko uszom i oczom est dostępne. Dzisia uż za późno piorunami bić w piasek. Ocean by nań trzeba wypuścić, który zatapia, ry e, pochłania! Nie sztuka nim dzisia będzie. — A ednak są dzisia , ak zawsze byli, wielcy twórcy i doprawdy, że w ustach swoich słońca czasem miewa ą — mówił Jacek w zamyśleniu. Grabiec skinął głową. — Tak, są. Jeno wartość ich w stosunku do społeczeństwa się odwróciła. Przestali wieść słowem, bo nie ma kogo wieść, więc mówią wciąż do siebie, aby się wygadać. Wy- naleźli nawet łachmanik dla okrycia te nędzy swo e : sztuka dla sztuki. O, ak to ładnie ⁵⁴ninie (daw.) — teraz. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  brzmi! Nie chodzi mi o sztukmistrzów słów, dźwięków, barw, ak o linoskoczków nie dbam i połykaczy żywych żab, myślę o twórcach! Dla nich dziś sztuka (sztuka dla sztuki, panie!) to klapa bezpieczeństwa, aby im światy w duszy poczęte piersi nie rozsadziły, gdy oni mocy nie ma ą w czynie i prawdzie na zewnątrz ich wyrzucić. Patrz pan! Obnaża się zawsze do głębi swe istoty twórca i artysta, lecz gdy Fryne niegdyś na słonecznym brze- gu morskim wobec ludu naga stanęła, to nie mlaskano lubieżnymi ęzykami, oczu nie wytrzeszczano, ale się głowy wszystkie pochyliły ak przed ob awieniem, a ona wiedzia- ła naprzód, że tak się stanie, bo w e piękności była święta moc. My dzisia obnażamy się bezwstydnie, ak dziewczęta sprzeda ne w tinglu⁵⁵ ma ącym pozory pałacu, ba, nawet kościoła, tyle tam złoceń, marmurów i świateł! Ale to tylko pozory: kram to est brudny w istocie! Podniósł rękę w górę i prysnął rozłożonymi palcami, akby pustkę w dłoni pokazywał. Jacek słuchał go, usiadłszy na ławce kamienne , z brodą na dłoniach opartą. Utkwił w nim oczy nieruchome, spoko ne i głębokie… Uśmiechnął się ledwo dostrzegalnym, smutnym uśmiechem. — Mie pan odwagę powiedzieć — rzekł — że od myśli tylko nasze i od naszego zamiaru zależy, aby się każde mie sce, gdzie esteśmy, w świątynię zmieniło prawdziwą… Grabiec udał, że nie słyszy słów, czy też nie dosłyszał ich rzeczywiście, myślami swymi za ęty. Milczał przez akiś czas, w dół ku miastu oczy zwróciwszy, a potem zaczął znów mówić głosem stłumionym a pełnym bezbrzeżne nienawiści i wzgardy. — Zbyt dobrze est na świecie dla małp, papug i wszelkiego bezmyślnego pluga- stwa, które przez liczbę i zorganizowanie władzę ma edyną! O buntach wiemy uż tylko z powieści. Buntowali się niegdyś uciśnieni, na biednie si, zdeptani, a pracą rąk swych maszynę świata trzyma ący, i wołali: „chleba!”. Przywódcy dla przyzwoitości kazali im eszcze dodać: „praw!”, ale to głupstwo, bo o chleb chodziło naprawdę. Teraz ma ą go uż zadość, więc siedzą spoko nie, bo i czegóż mogliby eszcze chcieć? Aż nazbyt wiele est na świecie równości, zbyt wiele chleba, powszechnych praw i szczęścia pospolitego! Zwrócił się teraz wprost do Jacka i spo rzał mu przenikliwie w twarz. — Czy nie sądzi pan — rzekł, nagle ton zmienia ąc — że nadszedł uż czas, aby się zaczęli buntować na wyżsi duchem, którym na pozór niczego nie braknie? Czy nie pora, aby zaprotestowali czynem przeciw ustanowione równości, co est dla nich obelgą? Jacek powstał, twarz spoważniała mu naraz. — Panie, nie ma potrzeby protestować przeciw temu, czego nie ma. Nie esteśmy równi. Pan wie o tym sam. A ze społeczeństwa korzystamy zarówno, ak ono z nas… — Ha, ha, ha! — zaśmiał się Grabiec. — Otóż edna z baśni przez tłum nam narzu- cona! Ja właśnie mówię, że pora nadeszła, by na wyżsi przestali wreszcie wierzyć w rzeko- mą łaskawość społeczeństwa małp, które im niby umożliwia myślenie i twórczość, da ąc obfite środki do życia, ułatwia ąc badania… Mnie sza z tym, że to szczęście nie wszyst- kich spotyka, że połowa duchów na większych z głodu mrze po dawnemu, marnu ąc się; mnie sza uż o to, powiadam! Ale dla mnie, dla pana, dla nas wszystkich hańbą est dostawać, akby z łaski i pod miarą to, czym byśmy winni rozporządzać sami, nieograni- czenie! Wszelkie dobro i wszystek życia cud do nas należy, bo nasze to duchy stworzyły, a obdarowany est tylko tłum. Świat dzisia podobny do zwierzęcia potwornego, u któ- rego brzuch się rozrósł, wielki nad potrzebę, kosztem nóg i głowy. Zamiast tłumowi, ak słuszna, kazać pracować na siebie, my wszyscy pracu emy na ten tłum ohydny, głupi, próżniaczy, niema ący za ęcia poza urzędem nadanym. Pracu ą nań robotnicy, mędrcy pracu ą, a on trawi i… Urwał w połowie zdania. — Ordynarny wyraz ciśnie się na usta — rzekł po chwili — ale to trudno: ordynarne est wszystko, co nas otacza. Trzeba z tego wy ść lub zdechnąć. Zacząć się teraz musi odwrotny bieg: fala przypływu cofa ącego się od wieków morza. Pocznie się nowa wo na święta i zdobywanie, racze urzeczywistnianie praw na wyższych, zgoła niepowszechnych. Nie wolności nam dzisia potrzeba, lecz władzy i niewoli! Nie równości, lecz różnic! Nie braterstwa, lecz walki! Do na wyższych należy świat! ⁵⁵tingel (z niem., daw.) — podrzędna kawiarnia lub restaurac a, mie sce występów piosenkarzy, tancerzy, striptizerek; także: tingel-tangel. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  — Jakie siły stawia pan w te walce naprzeciw siebie? — spytał Jacek, oczy nań pod- nosząc. — Z edne strony społeczeństwo całe, zorganizowane doskonale, zadowolone z tego, co est, i gotowe przeto bronić istnie ącego stanu wszelkimi siłami, a z drugie ? — My. — To znaczy? — Twórcy, myśliciele, wiedzący: żywi. — Dramat pan układa. — Nie. Chcę życia. Życie tworzę. Można poruszyć pracowników istotnych, masę olbrzymią, świat z dołu na atłasowych barkach trzyma ącą: niecha nim zatrzęsą! Będą woleli służyć na wyższym niż te gawiedzi urzędnicze , tym emerytowanym, bezmyślnym próżniakom i darmoz adom. — Złudzenia. — A zresztą… — Co? — Wy sami esteście potęgą. U was est wiedza, u was est moc! Jacek zaprzeczył głową powoli, ale stanowczo i rzekł z dumą akąś wewnętrzną: — Nie, panie. Tylko wiedza. Moc, którą ona ze sobą przynosi, wynalazki wszystkie i praktyczne zastosowania odda emy ludzkości do wspólnego użytku. To est właśnie to, co pan służbą naszą nazywa. Wiedzę zostawiamy sobie, bo z tłumu nikt e nie udźwignie. Więce nic. Grabiec spo rzał na Jacka ciekawie, akby miał powody niezupełnie wierzyć, iż on wszystką moc czarodzie ską i straszną, z wiedzy płynącą, tłumowi odda e, lecz pohamował się i głosem na pozór spoko nym zapytał tylko: — I czy zawsze tak ma być? — Nie widzę wy ścia. Prawem ciężkości woda użyźnia ąca z podniebnych lodowców spływa w doliny. — Dobre porównanie. Pan wie, że ta woda góry rozkrusza i z powierzchni Ziemi zmywa po to, aby poziom ogólny podnieść o eden palec, by morskie dno dźwignąć nie- znacznie? Płasko będzie na końcu. Gór zabraknie i lodowców, a doliny się ku niebu nie wzniosą. — Gasną też gwiazdy życioda ne, wyczerpawszy moc swą na ogrzanie bezpłodne przestrzeni. To snadź⁵⁶ prawo przyrody Ziemią, wszechświatem i ludzkim społeczeń- stwem rządzące. — Tak, ale nie edyne. Prawem przyrody zderza ą się także wygasłe słońca, by z nich nowe, przyszłymi światami ciężarne mgławice wybłysły, prawem przyrody wewnętrzne ognie nowe łańcuchy górskie z głębin Ziemi wysadza ą. Jeno przed każdym odrodzeniem iść musi zagłada! Jest i nam potrzeba trzęsienia Ziemi, co miasta w gruz wali i na pował⁵⁷ lądy całe wywraca. — A eśli po nim nowe życie nie wykwitnie? — Musi. Jacek pochylił głowę w zadumie. — Władza, czyn, bó , życie… Czy nie przecenia pan sił ludzi, którzy całą swą istotę myśli oddali? Nie mówię uż nawet o same walce; przypuśćmy rzecz nieprawdopodobną, że powstaną ci na wyżsi i z pomocą, bo a wiem? może wiedzy swo e i geniuszu; mo- że tych mas roboczych, spoko nie dzisia drzemiących i wyzyskiwanych zawsze, zawsze uwodzonych zwyciężą: cóż dale ? Wierzy pan, że będą władać? panować? działać? Pan mówi, że sztuka prawdziwa i wielka est dzisia tylko marnym, bo bezcelowym u ściem dla energii ducha, która by mogła w czynach się wyładować. Otóż to est uż złudzenie, żeby mogła. Oddzieliła się myśl nasza od naszych czynów i nam się tylko zda e, żeby do nich zdołała powrócić. Pozostań pan przy sztuce swo e i przy granych na teatrze drama- tach i nam pozwól pozostać w tym szerokim świecie myśli, do którego nikt niepowołany wedrzeć się nie zdoła. Nie warto schodzić w dół. — A lord Tedwen? — rzucił Grabiec. Na chwilę zaległo milczenie. ⁵⁶snadź (daw.) — widocznie, prawdopodobnie. [przypis edytorski] ⁵⁷pował — zwalone drzewo w lesie; stos powalonych drzew; wywrócenie się drzew w lesie. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  — Lord Tedwen — odparł wreszcie Jacek — rzucił władzę i est dzisia tylko mędr- cem. To właśnie dowodzi, że życia z myślą dzisia łączyć uż niepodobna. Zostaw nas pan w spoko u. — To pańskie słowo ostanie? — rzekł Grabiec z chmurnie namarszczonymi brwiami. Uderzyło Jacka coś w ego głosie czy w wyrazie twarzy, że spo rzał mu bystro w oczy. — Dlaczego pan pyta? Grabiec nachylił się ku niemu. — A gdybym a panu rzekł, że Ziemia uż drży, że tam, pod e skorupą zastygłą, wzdyma się uż fala ognistego przypływu, czy i wtedy, i wtedy? Nagłym ruchem wzniósł Jacek głowę. Patrzyli sobie przez pewien czas w oczy w mil- czeniu. — Czy i wtedy? — powtórzył Grabiec. Jacek długo nie odpowiadał. Wreszcie powsta ąc, rzekł spoko nie, lecz twardo: — Tak. I wtedy nawet nie dam inne odpowiedzi. Nie wierzę w tłumny ruch. Niech mnie pan słucha: to, co est, est ohydne, ale gdy wstręt we mnie wszystkie uczucia przemoże, gdy zwątpię ostatecznie i uznam, że od takiego bytu lepsza zagłada i to uż sposób ostatni, by odepchnąć zalewa ącą nas płytką falę, to, co potrzeba, zrobię a sam. Powiedziawszy to, skinął głową i zwrócił się do ode ścia ku miastu. IX „Idę teraz rozbijać bank” — mówił Łacheć do siebie, przelicza ąc złoto, które mu esz- cze zostało z honorarium wypłaconego onegda ⁵⁸ przez Towarzystwo Międzynarodowych Teatrów. Niewiele uż tego było: coś około dwudziestu sztuk, po odrzuceniu srebra, którego na stołach gry nie przy mowano. Uśmiechnął się. — To właśnie dobrze; więce nie przegram. Ale smutek dziwny go ogarnął. Onieśmielali go ci krążący gęsto we wspaniałym przedsionku mężczyźni stro ni i wytworni, te kobiety z obnażonymi ramionami, śmie- ące się, wonią pachnideł doskonałych owiane… Miał wrażenie, że mija ąc go, rzuca ą nań spo rzenia krótkie i urągliwe, szydzące z ego ubrania, nie dość dobrze skro onego, i z niezgrabne figury. Na próżno usiłował nadać sobie wyraz swobody i pewności siebie. Zapomniał, że ci wszyscy ludzie szaleli wczora pod wpływem dźwięków ego muzyki — czuł się wobec nich małym, zalęknionym, śmiesznym i nędznym. Chciał się zgubić co prędze . Oddał przy drzwiach kartę wstępu i wszedł na salę. W ucho mu wpadł znany, łaskotliwy, miałki brzęk złota, ustawicznie przesypywanego. Stoły gęsto były obstawione. Poza rzędem siedzących w krzesłach stali eszcze inni i cisnęli się, rzuca ąc stawki przez ich ramiona. Galeria typów, postaci, „nagich dusz”, żądza złota z wszystkich pozorów ogołocona. Łacheć lubił czasem przed rozpoczęciem gry krążyć tuta i przypatrywać się twarzom, ruchom, chwytać słowa rzadkie rozmów, urywanych i krótkich, a tak wymownych. Ale dzisia parł go akiś niepokó wewnętrzny: pilno mu było zacząć grę samemu. Przeszedł szybko przez pierwszą i drugą salę, nie rzuciwszy nawet okiem na gra ących — w trzecie dopiero roze rzał się, czy nie ma gdzie mie sca wolnego. Ktoś powstał i odchodząc, zaczął się przebijać przez szeregi za poręczami krzeseł sto- ące. Łacheć skorzystał z utworzonego wyłomu, aby się zbliżyć chyłkiem ku stołowi. — Messieurs! Faites vos jeux⁵⁹! Na zielonym suknie leżały stosy złota i paski papierów podłużne stemplem domu gry oznaczone, które przy osobne kasie graczom wydawano ako kwity na złożone sumy znacznie sze. Dorzucano eszcze i stąd, i zowąd garście pieniędzy; starszy krupier z talią kart w ręku czekał na ostatnie stawki spóźnione. — Rien ne va plus⁶⁰! — wyrzucił pierwszą kartę. ⁵⁸onegdaj (daw.) — przedwczora . [przypis edytorski] ⁵⁹Messieurs, faites vos jeux (.) — panowie, zaczyna cie grę (okrzyk krupiera w salonach gry). [przypis edy- torski] ⁶⁰rien ne va plus (.) — więce nie wolno uż stawiać (zapowiedź krupiera tuż przed uruchomieniem ruletki). [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Ktoś eszcze chciał na kolor czerwony parę sztuk złota postawić — obok siedzący pomocnik krupiera szybkim ruchem grabek odrzucił stawkę. — Trop tard, monsieur, rien ne va plus⁶¹! — powtórzył. W ciszy na zupełnie sze , wyczeku ące , zaszeleściły karty, po edynczo na skórzaną podkładkę rzucane. Białymi palcami, ruchem szybkim i wytwornym, z na doskonalszą obo ętnością na wygolone twarzy, krupier wkładał znaczki czarne i czerwone, dolicza ąc oka. — Trente neuf⁶²! — zawołał, przerywa ąc pierwszy szereg. Roz aśniły się oczy tych, co na kolor czerwony stawiali; wedle wszelkiego prawdopo- dobieństwa szereg drugi nie dosięgnie te cyy, niższe tylko o edno oko od maksimum. — Quarante⁶³! — zabrzmiało niespodziewanie. — Rouge perd et couleur⁶⁴! Ktoś syknął z cicha — kobieta akaś nerwowym ruchem dłoni mięła ostatni bank- not przed sobą leżący — zaśmiano się krótko w inne stronie. Grabki krupierów wpadły chciwie na złoto, zgarnia ąc e z połowy stołu całą falą; miałki, sypki, ckliwy dźwięk roz- legł się znowu. Na pozostałe, wygrywa ące stawki począł się sypać złoty deszcz: eden z krupierów rzucał zręcznie z góry pieniądze, pokrywa ąc nimi leżące na stole monety i papiery. Wyciągnęły się zewsząd ręce graczy. Niektórzy wycowali sumy zdobyte lub przesuwali e na inne pola, inni — w mie sce straconych — nowe garście złota stawiali. — Messieurs, faites vos jeux! — powtarzał starszy krupier słowa uświęcone, trzyma ąc znów karty w pogotowiu. Łacheć dotąd nie stawiał. Stał za krzesłem akie ś grube matrony i błądził okiem po graczach, dookoła stołu ściśniętych. Znał niektórych z nich. Przychodzili tuta codziennie i grali zawsze — o akie kolwiek porze było we ść, spotykało ich się niechybnie, eśli nie przy tym, to przy innym stole, z ednakowo za ętymi minami, z kupą złota i banknotów przed sobą i z białymi kartkami, na których każdą grę notowali skrzętnie. Wygrywali czy przegrywali: zdawało się to nie sprawiać na nich głębszego wrażenia. Łacheć rozumiał, że ci ludzie grali edynie po to, aby grać, bez celu innego, bez żadne myśli dalsze . Patrzył na nich niemal z zazdrością, że ich cieszy i za mu e to, co dla niego na przykrze szą est pracą: gra sama, śledzenie kart z rąk krupiera pada ących, widok złota przesuwanego. Przegrana była dla nich klęską dlatego, że mogła im uniemożliwić grę dalszą — wygrana cieszyła ich, że zwiększała kapitał, który można było rzucać znów na sukno zielone. Znać było, że ze zdziwieniem, niepozbawionym pewne domieszki pogardy, patrzą na tych, którzy przybiega ą do stołu, aby wygrać kilka sztuk złota i ode ść, unosząc łup w kieszeni, ak gdyby go można tam, za drzwiami, lepie zużytkować niż tuta , na stół znowu rzuca ąc. A takich chciwców było wielu. Oni to stali w zwartych rzędach poza krzesłami, oni cisnęli się na każde wolne mie sce przy stole i oni… bank wzbogacali. Niektórzy z nich grali po edynczymi sztukami złota, śledząc z niepoko em każdą kartę, pada ącą z rąk kru- piera, od których los ich mizernych stawek zawisł — inni rzucali naraz ma ątki całe, góry kruszcu i banknotów, z pozorną obo ętnością w twarzy, która ednak ściągała się dziwnym kurczem, gdy karty na stół padać poczynały. I za każdą grą sumy po prostu nieprawdopodobne przez stół się przewalały. Łacheć patrzył na ten przypływ i odpływ, złotą falą sukno zielone wciąż zalewa ący, i liczył palcami w kieszeni nędzne grosze swo e, które miał rzucić w ten potop. Śmiech go zebrał gorzki. Od dłuższego czasu grał tuta codziennie, bez zapału, bez namiętności, nawet bez ochoty zgoła, odrabia ąc te kilka godzin co dnia, akby nałożony obowiązek. Nudziło go to nawet i męczyło, ale postanowił sobie wytrwać. Chciał wygrać. Chciał się po prostu uwolnić od te zależności duszące , która cięży- ła nad nim ak zmora przez całe życie. Wszystko edno mu było, akim sposobem cel osiągnie: ten wydał mu się na razie na prostszym i — ostatnim. ⁶¹trop tard, monsieur, rien ne va plus (.) — za późno, proszę pana, więce nie wolno uż stawiać. [przypis edytorski] ⁶²trente neuf (.) — trzydzieści dziewięć. [przypis edytorski] ⁶³quarante (.) — czterdzieści. [przypis edytorski] ⁶⁴rouge perd et couleur (.) — czerwony przegrywa i kolor. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Zdawało mu się niegdyś, chłopakowi młodemu, że rychło wybije się na wierzch ta- lentem swym, w który wierzył niezłomnie, dziełami, które śniły mu się uż ak ptaki o szerokich skrzydłach, z piorunami w szponach na świat w słoneczne glorii lecące… Śniła mu się akaś królewskość nadchodząca, przed którą będą ludzie głowy chylili, a- kieś radosne i święte podniesienie, ale z tych snów aż nazbyt wcześnie go rozbudzono. Był dla dziwne nieforemności ciała i lękliwego usposobienia pośmiewiskiem kolegów uż w szkole powszechne , którą, ak każdy, przebyć musiał obowiązkowo. Nauczyciele nie lubili go z powodu wiecznego roztargnienia, niepozwala ącego mu skupić dłuże myśli na żadnym przedmiocie; dzikim go nazywano i tumanem, z którego świat nie będzie miał pożytku. On też czekał dnia wy ścia ze szkoły ak wyzwolenia. Syn rodziców podrzędne ma ą- cych stanowisko, a więc niezasobnych, śnić nawet nie mógł o tym, aby o własnych siłach oddać się studiowaniu muzyki, która, edyna na świecie, miała dlań wartość i urok. Ale społeczeństwo, doskonale urządzone, w zasadniczych ustawach miało paragraf przyzna ą- cy prawo do bezpłatne nauki i utrzymania na koszt skarbu wszystkim, którzy by w akim kierunku zdolność okazali. Ukończywszy szkołę powszechną, miał nadzie ę, że mu się uda dostać pod opiekuńcze skrzydła owe dobroczynne ustawy; ale przy egzaminie, ma ącym wykazać ego muzyczne uzdolnienie, przepadł sromotnie. Muzycy zawodowi, wysokie pens e ze skarbu biorący, powiedzieli bez ogródek i ed- nogłośnie, że powinien racze rondle skrobać, bo est cudak. Był też i inny paragraf w ustawie, nakazu ący wszystkim pracę obowiązkową. Zresztą, gdyby mu się nie chciał kto poddać — na akiś czas przyna mnie — musiałby z głodu umrzeć. Wyznaczono Łachciowi drobną posadę w Urzędzie Międzynarodowych Komunikac i, gdzie przez kilka lat uchodził znów za bałwana, za darmo chleb z ada ącego. Nieludzkich po prostu wysiłków używał, aby się kształcić i ze szczupłe pens i opłacać prywatnych na- uczycieli, ma ących mu otworzyć królestwo dźwięków; głodem przymierał, w łachmany się odziewał. Po odbyciu koniecznych lat „służby społeczne ” w Urzędzie Komunikac i na nieodmiennie niskim stanowisku, gdy tylko nadszedł dzień, kiedy wedle praw obo- wiązu ących wolno mu było ą porzucić — poszedł co rychle , a lekkomyślnie w świat, z emeryturą tak śmiesznie małą, że musiałby co trzeci dzień tylko adać, i to nieobficie, aby mu na życie starczyła — i z teką pełną orkiestralnych utworów, których mu nikt nie chciał zagrać. On sam — twórca — zręczności wykonawcy nie posiada ąc, śnił eno z tęsknotą, patrząc na nuty nakreślone, o dniu nienadchodzącym, kiedy by one dla własnych uszu ego zmartwychwstały wszystkie żywymi dźwiękami, i drżał z niepoko u a pragnienia na samą myśl taką. Udawał się od edne powagi muzyczne do drugie , kołatał do teatrów i sal koncer- towych, rozmawiał z wirtuozami — zawsze na darmo. Wzruszano ramionami, słysząc o ego samouctwie: nie miał patentu z ukończenia państwowe szkoły muzyczne , nie był do nie przy ęty nawet, a zatem nie posiadał talentu. Nie chciano z nim więce gadać. Raz tylko akiś dyrektor w przystępie dobrego humoru obiecał wysłuchać ego kon- certu. Łacheć czekał parę tygodni na dopuszczenie go przed oblicze dosto nika. Nadszedł wreszcie wielki dzień. Przyszedł do wytwornego gabinetu z zeszytami w ręku — onie- śmielony, zalękły, dzikszy eszcze i niezgrabnie szy niźli zazwycza . Dyrektor wskazał mu niedbałym ruchem ręki pianino. — Zagra pan — rzekł — mam piętnaście minut czasu. Łacheć zaczerwienił się i wybełkotał coś niezrozumiałego. — No prędze , czas upływa — nalegał dosto nik, przegląda ąc akieś notatki. — Nie umiem. — Co? — Nie umiem grać — powtórzył Łacheć. — Tworzę tylko i dyrygu ę. Dyrektor zadzwonił. — Następny! — rzucił krótko loka owi ukazu ącemu się we drzwiach. Tak się skończyło to wiekopomne w ego życiu posłuchanie. J Ż  Stara Ziemia  Zmuszony był w końcu udać się z prośbą o pomoc do pana Benedykta, dalekiego akiegoś wu a z macierzyste strony. Pan Benedykt, rad w własnych myślach za człowieka dobroczynnego uchodzić, pomocy nie odmówił i sumek niewielkich kilkakrotnie w for- mie pożyczek mu udzielił, ale ho nym nie był byna mnie , zwłaszcza że nie wierzył i on w talent tego dziwnego muzyka, nieumie ącego grać nawet. Po pewnym czasie dostał się Łacheć w łapy Halsbanda, na którego zamówienie za marny grosz, aby wyżyć, dorabiał muzykę do różnych lichych wierszydeł na zadane tematy. Halsband, kole no faktor, reporter, dziennikarz i właściciel wielkiego tygodnika, za - mował się obecnie historią sztuk i literatury, a równocześnie stał na czele ogromnego „Towarzystwa rozpowszechniania arcydzieł współczesnych i dawnych za pomocą udo- skonalonych gramofonów”. Tym to udoskonalonym bydlętom ryczącym służyła muzyka Łachciowa. Pisywał dla nich czasem nawet „nowo odkryte” utwory mistrzów pomarłych. Z wściekłości mścił się, ak mógł, na słucha ące tych okropności publice, parodiu ąc gorzko na wspanialsze motywy, ale i na tym niewielu się poznawało. Nadto Halsband, ako teoretyk sztuk i literatury, a przy tym dawny dziennikarz, miał swo e pretens e. Uważał za dobre i wysławiał przed innymi zawsze to, czego nie rozu- miał, w przekonaniu snadź⁶⁵, że to na pewnie szy sposób okazania się mądrym i głębo- kim. A że dbał także rozumnie o tak zwane gusta publiczności, robiąc dla nich niekiedy „ustępstwa”, więc Łacheć dostawał od niego do „obrobienia artystycznego” przedziw- ny materiał, będący po prostu chaosem, gdzie rzeczy przypadkowo naprawdę genialne mieszały się z popularnymi ohydami oraz z ramotami rozpaczliwymi, w których prócz dźwięku bezsensownych a napuszonych słów nic uż zgoła nie było. Groziła mu uż śmierć z uduszenia w te atmosferze, w które musiał żyć, kiedy przez przypadek czy fantaz ę akąś zwróciła Aza nań uwagę. Dowiedziała się z żartobliwych na- pomknień pana Benedykta, że Łacheć w nocach bezsennych zorkiestrował sławny Hymn o Izydzie wyniosłego Grabca, i zapragnęła śpiewać go właśnie w zru nowane świątyni na Nilu, która dotąd eszcze nigdy teatrem nie była. Rzecz się wydała zrazu wprost niesłychaną, ale Aza przemogła wszystkie przeszkody i postawiła na swoim. Zwaliska stare na nilowe toni zamieniono na edną noc w salę koncertową. Ludzie ze wszystkich stron świata ściągnęli, aby być świadkami tego dzi- wowiska, więce sławą przemożną śpiewaczki i niezwykłością pomysłu przywabieni, niźli znanym imieniem Grabca i zgoła nic im uż niemówiącym młodego kompozytora. Łachciowi zapłacono ednak znaczną stosunkowo sumę. Przeliczał długo i obracał w rękach po raz pierwszy na swe imię wystawione czeki. Poczuł nagle, że w tym złocie, które za nie mógł dostać, est moc. Dziwna, ciężkimi młotami w mennicy w kruszec zakuta moc, która da e posiadaczowi wolność czynienia, co mu się podoba, rozkazywania ludziom, użycia, tworzenia… Zacisnął rękę… Mściwość akaś wściekła ściągnęła mu mięśnie w twarzy i dłonie w pięście zwinęła. Za upokorzenia wszystkie, za głód, za nędzę, za te szmaty brudne, któ- rymi się odziewał, za ukłony Halsbandowi oddawane, za służbę gramofonom, za niewolę, za połowę życia prawie zmarnowaną! Głosy, nie wiadomo skąd zlatu ące, dziwne w uszach mu zabrzmiały, pieśni akieś niewysłowione, burze dźwięków i przewiewy wiatru po zeschłych ziołach zamarłego ste- pu… Rozwarł oczy szeroko, brodę wsunął między dłonie. Rysy twarzy wygładzały mu się z wolna: patrzył w głąb duszy swo e , na skarby tam ukryte, każde chwili wybłysnąć na świat gotowe. Uczuł, że właściwie nic go nie obchodzi to wszystko, co przeszedł, że nie ma żalu do nikogo, że nie chce nawet, aby go słuchano, eno tworzyć pragnie i żyć, żyć w dźwięku tych pieśni, co się z duszy ego snu ą. Radość cicha, ufna, dziecięca wypełniła mu serce po brzegi i rozlała się na szerokich ustach asnym uśmiechem. Długo siedział w milczeniu. Zerwał się nagle i począł znowu przeliczać pieniądze. Tak, sumy tak wielkie nigdy za życia w ręku eszcze nie miał, a ednak est ona mała, rozpaczliwie mała, eśli chce sobie za nią kupić spokó i swobodę, i prawo tworzenia… Na rok wystarczy, może na dwa lata. A potem znowu powrót do nędzy, do brudu, do upokorzeń lub w na lepszym razie konieczność zabiegów, handlu, sprzedaży, obowiązek ⁶⁵snadź (daw.) — widocznie, prawdopodobnie. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  myślenia o powodzeniu, o upodobaniach bezwzględnie mu wstrętne gawiedzi, o łaskach wirtuozów, kabotynów⁶⁶, histrionów⁶⁷, o poparciu śpiewaczek… Niespodziewana fala krwi uderzyła mu do głowy. Nie umiał w pierwsze chwili zdać sobie sprawy, czy to wstyd, czy inne akieś nowe i dziwne uczucie. Zrozumiał edno, że nie chce, nie może zgodzić się na to, aby Azie cośkolwiek zawdzięczał ako swo e dobrodzie ce. W pierwszym porywie chciał wziąć otrzymane pieniądze w garść i iść, i rzucić e pod nogi… Opamiętał się. Aza wybuchnęłaby wtedy śmiechem, patrząc na niego ak na błazna i na tę marną dla nie sumę, która est ednak całym ego ma ątkiem. Przez nią zapracowanym ma ątkiem! Je się spodobało, aby miał pieniądze — ona mu e podarowała po prostu. Przymknął oczy, dłonie zwinął przed twarzą. Stanęła mu żywo w pamięci taka, aką widział na próbach, wykonaniem dzieła swego dyrygu ąc: wyniosła, królewska, przepięk- na. I słodka! I słodka — ak życie, ak obłęd, ak śmierć… Inacze , inacze stać przed nią kiedykolwiek, boda raz za żywota! Być panem, władcą, bogiem — mimo tę postać niezgrabną, mimo tę ohydną rozczochraną głowę, pięknym być mocą i wielkością! Trzeba pracować, tworzyć! Trzeba mieć za co żyć. Z mimowolną pogardą zmiął czeki, olśniewa ące go przed chwilą, i wsunął do kieszeni. W na bliższe kasie państwowe zamienił na złoto i poszedł prosto do domu gry. Grał uporczywie, zaciekle, a ednak zimno. Postanowił wygrać sumę akąś niepraw- dopodobną, która by mu dała niezależność zupełną na całe uż życie. Nie ryzykował, nie szalał. Pracował po prostu ciężko, zdobywał przy zielonych stołach edną sztukę złota po drugie lub… tracił w ten sam sposób. Po godzinach długich wychodził, by zaczerpnąć powietrza, z rezultatem tak śmiesz- nym, że chwilami rozpacz go ogarniała, gdyż widział, że nawet przegrać posiadanych pieniędzy nie może i tak pozbyć się przyna mnie gnębiące go a złudne snadź⁶⁸ nadziei. Były momenty, że pragnął wprost stracić wszystko, aby nie czuć obowiązku rzucania się dale w ten nieznośny dla siebie wir gry. Ale taki nastró przemijał szybko. — Muszę wygrać! — powtarzał znów z uporem i wracał do sal „pracować” dale w pocie czoła. Grał ostrożnie, chciałoby się rzec: po chłopsku. Od nieznaczących stawek zaczynał, a podwyższał e dopiero w miarę, gdy mu wygrana na to pozwalała. Los igrał z nim tymczasem ak kot z myszą. Gdy po godzinie walki, w które zdobywał po edne sztuce złota, przechodził do energicznie szego ataku i rzucał naraz większą sumę na stół: karta nieodmiennie padała na ego niekorzyść. Czasem, gdy widział, ak się złoto przed nim całymi falami przesypu e, ak ludzie w przeciągu paru minut wygrywa ą sumy zupełnie uż fantastyczne, ogarniała go żądza zaryzykowania wszystkiego, co ma, na eden rzut. Wszak to tak łatwo wygrać: posta- wić sumę na kolor szczęśliwy i podwoić ą, po drugim rzucie będzie uż w czwórnasób zwiększona, po trzecim ośmiokrotnie… Tak, tylko mieć właśnie ten moment szczęśliwy, tylko trafić! Postawił edną sztukę — dla próby: wygrał. Zadrżała mu ręka — rzucił sztuk dziesięć: drapieżne grabki krupiera zgarnęły e do kasy. Zaczynał znowu od edne sztuki. Tak było do te chwili — ciągle. Obawiał się, że i teraz tak będzie. Zaczął stawiać nieśmiało, wstydliwie, przesuwa ąc rękę z błyszczącym krążkiem złota ponad ramieniem siedzące przed nim damy, która oglądała się nań za każdym razem złymi oczyma w oba- wie, że potrąci e przedziwny kapelusz. Łacheć cofał się wtedy skromnie i powtarzał: „przepraszam”, zaledwie śmie ąc potem sięgnąć po wygraną. ⁶⁶kabotyn — człowiek, który usiłu e imponować tanimi efektami i zgrywaniem się na znawcę. [przypis edy- torski] ⁶⁷histrion (z łac. histrio: aktor) — tu: aktor; w średniowieczu wędrowny aktor, uprawia ący rodza bezsłownych przedstawień, niekiedy z towarzyszeniem muzyki. [przypis edytorski] ⁶⁸snadź (daw.) — widocznie, prawdopodobnie. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Bo los zaczął mu się uśmiechać. Tym razem wygrywał wciąż, zrazu po parę sztuk, późnie , gdy się rozzuchwalił, całymi garściami. Po pewnym czasie poczuł, że kieszeń, do które , sto ąc, pieniądze wsypywał, poczyna mu ciążyć. Wsunął dłoń i przeląkł się. Kieszeń była pełna — wśród złota szeleściły mu pod palcami banknoty, które tylko na znacznie sze sumy wydawano. „Przyszła mo a godzina” — pomyślał. W sposób zgoła bohaterski zaczerpnął w kieszeni, ile dłoń mogła pomieścić, zawahał się chwilę… „Postawię na kolor czerwony; pięć razy z rzędu postawię!” Nie licząc, rzucił na stół. — Trente deux⁶⁹! — zabrzmiał po chwili znudzony głos krupiera. Łacheć pobladł z lekka. „Stracę!” — pomyślał. Jeszcze sekunda… — Trente un⁷⁰! Wygrał nadspodziewanie. W uszach mu zahuczało. Krupier przeliczył szybko pieniądze i dorzucił równą sumę tak obo ętnie, akby garstkę grochu dla zabawki po zielonym suknie przesuwał. Łachciowi zadrgała dłoń: chciał wycofać wygraną. „Powiedziałem sobie, że pięć razy z rzędu na ten kolor postawię” — pomyślał i zostawił wszystko na stole. Znowu wygrał kolor czerwony. Krupier tym razem, przeliczywszy ego stawkę, usunął złoto i położył kilka podłużnych pasków papieru. „Powiedziałem sobie, że pięć razy postawię” — powtarzał Łacheć w myśli uporczywie, powstrzymu ąc odruch ręki, która chciała zgarnąć banknoty do kieszeni. I znów wyszedł kolor czerwony. I eszcze raz. Czterokrotnie. Poczęto uż poglądać z zazdrością, ak na szczęśliwego gracza: suma leżąca na stole i bezsprzecznie ego, e- go własna, była naprawdę ogromna. Czuł w szyi duszące tętna krwi — chciał chwycić pieniądze i uciekać. „Do piątego razu, powiedziałem!” Pot kroplisty wystąpił mu na skroń. Jeśli eszcze teraz suma się podwoi… Krupier, kładący karty, rozglądał się wokoło z talią w ręku, pyta ąc wzrokiem, czy wszystkie stawki są uż na mie scu. „Nie, nie! To niepodobna, aby eszcze raz wyszedł kolor czerwony!” — huczało Łachciowi w głowie. — Rien ne va plus! Gwałtownym ruchem chwycił grabki i przegarnął stos banknotów na sąsiednie pole w środku stołu — właśnie w chwili ostatnie , gdy uż pierwsza karta padała. Czekał z zapartym oddechem. — Rouge gagne, couleur perd⁷¹. Łacheć właśnie z pola czerwonego przesunął stawkę swo ą na couleur. Przegrał wszyst- ko. Jakoś go to nie dotknęło. Aż się sam zdziwił. Poczuł tylko straszną zawziętość. „Dobrze mi tak — pomyślał. — Trzeba było zostawić. Teraz się poprawię”. Co tylko mógł w rozwartą dłoń zaczerpnąć, nabrał z pozostałe reszty w kieszeni i postawił na rouge. Karty ze znanym mu drażniącym szelestem poczęły z ręki krupiera padać na skó- rzaną podkładkę. Łachciowi sekundy wydawały się niezmiernie długimi. Niby obo ętnie podniósł oczy i zaczął się przyglądać graczom około stołu. Za ął go na pierw za krze- słami sto ący brodaty Żyd, który chociaż sam nic nie postawił, patrzył w na wyższym podrażnieniu za grą w rękach krupiera, kręcąc głową nerwowo i mlaska ąc ęzykiem po wyschniętym snadź⁷² podniebieniu. — Rouge perd, couleur gagne⁷³. ⁶⁹trente deux (.) — trzydzieści dwa. [przypis edytorski] ⁷⁰trente un (.) — trzydzieści eden. [przypis edytorski] ⁷¹rouge gagne, couleur perd (.) — czerwony wygrywa, kolor przegrywa. [przypis edytorski] ⁷²snadź (daw.) — widocznie, na wyraźnie , prawdopodobnie. [przypis edytorski] ⁷³rouge perd, couleur gagne — czerwony przegrywa, kolor wygrywa. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  „Aha — pomyślał Łacheć, patrząc, ak pieniądze ego przegrane do kasy zgarnia ą — trzeba było tamtym razem wedle postanowienia na rouge⁷⁴ zostawić, a teraz dopiero przesunąć na couleur⁷⁵”. Niesłychana asność tego zdania uderzyła go. „To takie proste” — powtarzał w kółko w myśli, nie mogąc się połapać, ak właściwie teraz ma stawiać. Nie uważał nawet, że kilka gier tymczasem przeszło. Usiłował sobie przypomnieć: zdawało mu się, że słyszał ciągle wygrywa ący kolor czarny — edna gra była nierozstrzy- gnięta. „Trzeba stawiać tedy na noir⁷⁶”. Wyciągnął rękę pełną znów złota. Krupier powstrzymał go uprze mym ruchem. Mieszano w pośrodku stołu karty na nowo; podczas tego uroczystego i z pełnym ceremoniałem odbywa ącego się obrzędu wszystkie stawki muszą być cofnięte. „To dobrze, to dobrze! — zaśmiał się w duszy. — Byłbym znowu głupstwo palnął. Przecież rozum sam wskazu e, że eśli czarne wygrały kilkakrotnie, to teraz musi się od- mienić, a więc na czerwone dale stawiać powinienem”. — Faites vos jeux, messieurs⁷⁷! Postawił na czerwone i przegrał. Siedemnaście razy stawiał na kolor czerwony i sie- demnaście razy czarny kolor wygrywał. Patrzył wciąż na Żyda kręcącego głową. Zauważył, że trzyma on w ręku złotą monetę i nie może od godziny zdecydować się, gdzie ą postawić. Oczy mu wychodziły na wierzch, ęzykiem mlaskał obrzydliwie i coraz głośnie . Łacheć uśmiechał się. „Ten się musi męczyć dopiero!” Sięgnął do kieszeni, aby eszcze raz postawić; palce pod ostatnimi sztukami złota trafiły na płótno. Otrzeźwiał nagle, akby z akiegoś snu, w którym nie był sam sobą. Przerażenie go ogarnęło. „Jak to? — powtarzał w myśli — przecież miałem uż tyle…” Zdawało mu się, że wszyscy patrzą nań i śmie ą się. Cofnął się chyłkiem od stołu, akby uciekał. Krew pulsowała mu w skroniach — ckliwe ciarki rozchodziły się po całym ciele. Teraz dopiero myślał przytomnie o swo e grze — wszelkie momenty, na które przy stole nie zważał, stawały mu żywo w świadomości. Zaczął rozumować. Trzeba było prze ść do koloru czarnego, bo widocznie była passa. Wystarczyłoby parę sztuk położyć na noir i czekać spoko nie. Byłby ma ątek. A eśli nie, to uż racze należało odstąpić, kiedy zauważył, że mu się nie szczęści. Przecież tak robił zawsze do te chwili. Gdyby był odszedł przed kwadransem, byłby miał…. Liczył w pamięci, ile mógł mieć przed kwadransem. A teraz? Wsunął rękę do kieszeni i chodząc po sali ze spuszczoną głową, przeliczał pozostałe złoto. Potrącał ludzi, albo ustępował im niezgrabnie z drogi, wchodząc innym na palce. Ktoś syknął przez zęby, ktoś obdarzył go niezbyt pochlebnym epitetem. Nie zważał na to; nie słyszał po prostu. Monety w kieszeni palcami przeliczane mieszały mu się ciągle, to znowu liczby zapo- minał i zaczynał rachować na nowo. Wreszcie stanął i nie krępu ąc się uż obecnością patrzących nań ludzi, garstkę złota ostatnią na dłoń wysypał, licząc. Miał mnie więce tyle, co przed rozpoczęciem gry — właściwie tedy nic nie stracił oprócz pieniędzy wygranych. Powiedział to sobie niemal głośno, niby na pocieszenie, ale mimo to nie mógł się pozbyć ogarnia ącego go przygnębienia, które z każdym momentem podobnie sze było do rozpaczy. ⁷⁴rouge (.) — czerwony. [przypis edytorski] ⁷⁵couleur (.) — kolor. [przypis edytorski] ⁷⁶noir (.) — czarny. [przypis edytorski] ⁷⁷faites vos jeux, messieurs (.) — panowie, zaczyna cie grę (okrzyk krupiera w salonach gry). [przypis edy- torski] J Ż  Stara Ziemia  Był bogaty — przed chwilą. Tak est, to, co wygrał, było uż niewątpliwie ego wła- snością, a był to przecie ma ątek zdolny mu dać na zawsze tę wolność, tę swobodę, to życie, za którym tęsknił. Los się doń uśmiechnął i złoto przemiótł przez ego kieszenie na tak krótką chwilę, że nawet dotknięciem ego nie miał się czasu ucieszyć — i poniósł dale ak wiatr suche liście. Tylko dlatego, aby on miał teraz to uczucie straty. A dale ? Trzeba zacząć znowu resztkami ostrożną, mozolną, nędzną grę albo wyrzec się e i wydawszy te ostatnie grosze z łaski śpiewaczki mu spadłe, wrócić do Halsbanda, do gramofonów, do wystawania w przedpoko ach dyrektorów teatru, do pracy zarobkowe , niszczące wszystko, co tam w głębi duszy się rodzi. Uczuł, że ani na edno, ani na drugie sił uż nie ma; miał ochotę płakać ak dziecko. Naraz — dziwna akaś obo ętność. — Wszystko edno — szepnął, uśmiecha ąc się z uczuciem ulgi niespodziewane : przecież to taka drobnostka, co utro będzie! A dzisia … mogę się eszcze napić flaszkę szampana! Starczy. Wszedł do bufetu i rzuciwszy się na okrągłą kanapkę w kącie sto ącą, kazał sobie podać wino. — Pół flaszki? — bąknął dosto ny kelner, z ledwo dostrzegalnym odcieniem imper- tynenc i, obrzuca ąc szybkim i do oceniania gości nawykłym spo rzeniem postać Łachcia niepokaźną. — Całą. Extra dry. — Służę panu. Łacheć rozrzucił długie ręce po oparciu kanapy, nogę na nogę założył. Ogarnęło go uczucie słodkie boskie beztroski człowieka, który właściwie nie ma nic do stracenia. Uśmiechnął się do siebie, myśląc o grze swo e i o przegrane , uśmiechał się eszcze na myśl, że nędzarzem est właściwie, a rzuca tuta złoto i pije szampana, gdy mu się tak podoba. Nalał sobie szklankę po brzegi z przyniesione flaszki i nie wznosząc głowy na oparcie w tył odrzucone , zbliżył do ust. Poczuł na wargach smak mikroskopijnych kropelek pryska ącego płynu, a w nozdrza uderzył go rzeźwy, podnieca ący zapach. Ze szklanką przy ustach patrzył spod spuszczonych powiek na ludzi przed nim krą- żących. Jeden łyk wina uderzył mu od razu do głowy. „Jestem sobie pan — myślał — przegrałem, bo mi się tak podobało, wolno mi. Piję dobre wino tuta , na aksamitne kanapce, bo mi się tak podoba, a ak zechcę, to utro plunę w pysk całe te wystro one hołocie, co patrzy na mnie ak na wilka. A ak znowu zechcę, to się powieszę i koniec! Robię, co chcę”. Była mu strasznie przy emna ta świadomość absolutne wolności, do ostatnich granic posunięta, niewątpliwa. Powtórzył sobie to zdanie kilkakrotnie, dziwiąc się w rozwese- lonym sercu, że est takie proste i asne i że mu wcześnie na myśl nie przyszło. Smukła kibić rozmawia ące z kimś kobiety przesunęła się mu przed oczyma. Tyłem była doń zwrócona, ale on ą poznał od pierwszego spo rzenia, poznał wpierw, nim ruch e zdołał okiem uchwycić, nim spostrzegł barwę e włosów. Gruchnęło mu coś w piersi ak młotem, aż uczuł w gardle dławienie. Powstał, potrą- ca ąc stół, i usiadł szybko z powrotem, pomyślawszy, że nie wiadomo, po co powsta e. Kobieta tymczasem, obe rzawszy się snadź na stuk pchniętego mebla, dostrzegła go i stała, uśmiechniętą łaskawie twarzą ku niemu zwrócona, oczeku ąca, aby ą powitał. — Aza… Wstał znowu i niezgrabnym ruchem zbliżył się ku nie . Ręce mu drżały i pot nagle okrył czoło; gdy e dłoń podawał, przyszło mu do głowy, że ona z pewnością, widząc go tuta , myśli, iż on gra pieniędzmi przez nią zarobionymi. Wstyd go ob ął gryzący i wście- kłość, wobec które tracił resztę przytomności. Nie uważał prawie, ak Aza przedstawiała go swemu towarzyszowi, dosłyszał tylko wyraz „mó muzyk”, który go ukłuł niepo ęcie. — Rzucam uż muzykę, proszę pani — wyrwał się głupio i bez namysłu. — Co pan mówi? — zaśmiała się śpiewaczka. — Czyżby pan uż tak wiele wygrał…? Zaledwie to powiedziała, żal e się zrobiło. Łacheć spąsowiał i uśmiechnął się dziwnie, akby mu się usta mimo woli do płaczu racze kurczyły. Dotknęła ego ręki. J Ż  Stara Ziemia  — Panie Henryku — ozwała się doń po imieniu z lekkim odcieniem dobrotliwe wymówki w głosie — tego nawet żartem nie trzeba mówić! Pan est wielkim twórcą i szkoda by było zaprzepaszczać tak piękny talent, który uż teraz przecież wybić się musi. Muzyk był karmazynowy; czuł, że mało, a krew mu tryśnie oczami. Aza tymczasem rozbawiona mówiła dale , główkę przechyla ąc z łaskawą zalotnością. — Dlaczego nie był pan u mnie po koncercie? Oczekiwałam pana. Chciałam podzię- kować eszcze raz za tę cudowną muzykę. To pański tryumf był, nie mó i nie Grabca nawet! „Chce mi z łaski sprawić przy emność” — pomyślał. Zdawało mu się, że towarzysz Azy, młody, niezmiernie wytworny człowiek, zrozumiał to tak samo i patrzy nań drwiącym okiem, ak na żebraka. Szarpnęła się w nim duma i głowę mu rzuciła do góry. Pobladł naraz i pomija ąc wzrokiem stro nego młodzieńca, który właśnie usta otwierał, aby zdawkową pochwałę do słów Azy dorzucić, spo rzał e prosto w twarz asnymi, otchłannymi oczyma. — To a pani dzięku ę — rzekł powoli cedząc wyrazy. Była pani doskonałą wyko- nawczynią dzieła mo ego. Nie życzę sobie lepsze . Jestem zupełnie zadowolony i eszcze raz dzięku ę. Ukłonił się szybko, z niespodziewaną dla siebie zręcznością i wyszedł. We drzwiach przypomniał sobie, że nie zapłacił za wino. Rzucił służącemu niedbale parę sztuk złota, niemal połowę tego, co mu zostało eszcze przy duszy, i wybiegł, nie ogląda ąc się uż, na schody. Tuta opuściła go nagle chwilowa pewność siebie; naprężone nerwy odmówiły po- słuszeństwa. „Idiota estem — myślał, przeciska ąc się przez ciżbę ku ogrodom — idiota, bła- zen, nędzarz i cham. Co ona sobie teraz o mnie pomyśli? Rozmawia zapewne z tamtym cacusiem i śmie e się…” Obłędna nerwowa rozpacz go ogarnęła. Wtulił palce w szerokie usta i gryzł e, pędząc przez ale e palmowe, z których upał wygnał wszystkich przechodniów. — Byle dale ! Byle uciec! Czuł, że łkanie dusić go w piersi poczyna, że dałby wszystko, życie całe i duszę, byle mógł z nią mówić inacze , tak ak tamten, i żeby ona tak na niego patrzyła… „Powieszę się” — błysnęło mu przez myśl. Zacisnął zęby z nagłym i niezłomnym postanowieniem i począł szukać okiem drzewa ustronnego z wygodną gałęzią. — Tak, powieszę się — powtarzał. — To wszystko nie ma uż zgoła sensu. Zbyt nędzny estem i nazbyt głupi. Zobaczył drzewo figowe o rozłożystych, krętych konarach. Wyszukał wzrokiem eden z nich — sięgnął ręką, czy mocny. Kapelusz rzucił na ziemię, zerwał kołnierzyk. Był gotów. Przypomniało mu się naraz, że nie ma z czego zrobić pętli. Szelki zbyt słabe urwałyby się niechybnie. Cały ohydny a tragiczny komizm sytuac i stanął mu przed oczyma. Usiadł na ziemi i począł się śmiać spazmatycznie, chociaż łzy gorące i duże z oczu mu płynęły. X Jacek postanowił był wy echać z Aszuan, nie widząc się wcale z Azą. Zły był na siebie, że w ogóle uległ e namowom, a racze posłuchał mimochodem rzuconego wezwania, bo ona przecież nie namawiała go nawet wcale — i przybył wbrew zamiarowi po to chyba edynie, aby uczuć znowu ciążącą na sobie niewolę e uroku. Rozdrażniła go przy tym rozmowa z Grabcem. Widział uż teraz, że ten szczególny człowiek, genialny ako pisarz, a myślą o wywyższeniu twórców obłąkany, rzeczywiście przewrót akiś przygotowu e — i nierad o tym myślał, nie wierząc w możliwość powodzenia. Wprawdzie i w nim samym aż nazbyt często zrywał się bunt przeciw samowładztwu wszelkie miernoty, która rze- czywiście twórców i myślicieli dla dobrobytu swego wyzyskiwała, pozorną im eno i niby czestną⁷⁸ ostawia ąc swobodę, ale gasił on go szybko wolą przemożną, ako odruch uczu- cia niegodny ducha, co wielki est sam w sobie, i eno coraz wyniośle szym, choć eszcze niezmiennie pobłażliwym poglądał okiem na otacza ących go ludzi. W zamęt walki bez ⁷⁸czestny a. czesny — cnotliwy, szlachetny, znakomity; także: doczesny, ziemski. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  ostateczne konieczności mieszać się nie miał ochoty: zbyt wiele mieli owi na wyżsi du- chem do stracenia, aby warto było rzucać to na kartę edną dla nie dość cennego zysku, akim mogłoby być panowanie nad zgiełkiem życia. Ale Grabca powstrzymywać nie chciał i nie mógł. Przede wszystkim czu ąc, że w za- sadzie on ma słuszność w tym, co mówi, następnie zaś wiedząc, że i tak na nic by się to nie zdało. Myślał o tym w hotelu, zamyka ąc małą torbę podróżną, którą brał z sobą na samolot. W te chwili zapukano do drzwi. Obe rzał się żywo. — Kto tam? Przyszło mu na myśl, że może to być posłaniec od Azy, a chociaż niby postanowił odlecieć, nie widząc się z nią, serce mu dziwnie radosną nadzie ą zabiło. Z pewnym rozczarowaniem u rzał na progu znanego sobie loka a, którego mu do posługi przydano. — Ekscelenc o, wedle życzenia samolot est uż gotowy. — Dobrze, ze dę zaraz. Czy pytał kto o mnie? Loka zawahał się. — Ekscelenc a nie kazał wpuszczać nikogo. — Kto był? — Posłaniec. — Skąd? Od kogo? Zawołał to mimo woli tak głośno, że aż mu się wstyd zrobiło, zwłaszcza gdy spostrzegł, ak po wąskich ustach loka a przebiegł uśmiech dyskretny. — Z Old-Great-Cataract-Palace. Zostawił list. Podał Jackowi podłużną, wąską kopertę. Jacek rzucił okiem na papier. — Kiedy to przyniesiono? — Przed chwilą właśnie. — Tak… dobrze — mówił, przebiega ąc oczyma kilka wierszy, dużym, wyrazistym pismem skreślonych. — Każcie samolot wtoczyć z powrotem do hangaru; po adę późnie . Jak stał, w podróżnym ubraniu, skoczył do liu i w chwil parę był uż na dole. Do mieszkania Azy w Old-Great-Cataract-Palace był spory kawałek drogi, niezbyt miły zwłaszcza teraz w upale, ale on mimo to odprawił ruchem dłoni pod eżdża ący samochód i puścił się piechotą. Mimo że uż dzisia chodził wiele, czuł potrzebę ruchu, który go zawsze uspoka ał. W drodze przebiegło mu eszcze przez myśl, aby zawrócić i odlecieć, kartą tylko Azę przeprosiwszy. Roześmiał się sam ze siebie. Do czegóż prowadzą te dziecinne wybiegi? To było prze- cież niewątpliwe, że się z nią zobaczy. Gdyby nawet nie była przysłała⁷⁹ po niego, byłby z pewnością w ostatnie chwili akiś pozór dla siebie wynalazł i poszedł sam. Dziwny był ego stosunek do te kobiety. Wiedział, że go nie kocha i kochać nigdy nie będzie, i wiedział zarazem, że trzyma go przy sobie świadomym nieprzepartym urokiem, gdyż e to snadź⁸⁰ pochlebia mieć wśród tylu głupców pozłacanych mędrca u swoich stóp — i dla te eszcze zabawki, aby go widzieć niezaradnym wobec siebie i słabym… A poza tym mogła mieć ukryte osobiste powody, dla których go puścić z ręki nie chciała; wszakże on ze swym stanowiskiem, wiedzą i imieniem mógł e być tak często i w ważnych dla nie rzeczach pożytecznym w tych kołach właśnie, gdzie zazwycza e kobieca władza przemożna uż nie sięgała. Wiedział o tym wszystkim i o tym eszcze, że wybrała świadomie dla ich stosunku tę obłudną zawsze formę przy aźni, aby go dręczyć tym więce i tym pewnie do siebie przywiązać, ale się nie oburzał ani żalu do nie nie czuł żadnego. Jeśli wyrwać się czasem chciał spod e przewagi, to eno⁸¹ dla tego, aby się od męki bezwza emne uchronić i myśl od czaru uwolnić, pod którym ćmiła się i mieszała coraz częście . ⁷⁹była przysłała — forma daw. czasu zaprzeszłego, dziś: posłała (dawnie , wcześnie , uprzednio). [przypis edytorski] ⁸⁰snadź (daw.) — widocznie, prawdopodobnie. [przypis edytorski] ⁸¹jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Ale sił mu na to brakowało i myślał wtedy, że ednak męka ta i to patrzenie upo ne na cud przedziwny e ciała to edyny dział ego, który wziął od życia, poza kręgami ego nie ako resztą istoty swe się unosząc. Czasem, kiedy krew w nim wzbierała i ogarniało go pragnienie obłędne pocałunków e i uścisków, wił się ak robak w bólu niewysłowionym, myśląc, że ona piękności swo e nieprzepłaconym skarbem szafu e i kupczy może nie tylko na deskach teatru w setnym arzących świateł rozlśnieniu, lecz także w wonne ciszy swego poko u, kiedy blask lamp przyćmionych zaledwie ustom świętokradzkim ku białe piersi drogę wskazu e. Tak myśleli wszyscy i on, inacze myśleć nie śmie ąc, starał się zazwycza wcale o tym nie pamiętać. A kiedy obłęd te myśli go ogarnął, zmagał się z nią i zgniatał ą w so- bie, dopóki nie zgasła w akimś ogromnym morzu tęskne czułości, co wszystko gotowa przebaczyć, ulitować się wszystkiemu. — Mo aś ty — szeptały mu usta wówczas — mo a, choć tysiące patrzą na ciebie i ręce po ciebie wyciąga ą, bo a eden może zdolny estem piękno twego ciała zrozumieć i czuć two ą biedną, asną duszę, gdzieś na dnie serca schowaną, do które zaledwie echo życia twego dochodzi. I patrzył na nią znowu z dobrą, choć smutną pobłażliwością, i godził się nawet na słabość swą wobec nie i to, co świat by nazwał poniżeniem, ak czasem człowiek dorosły podda e się rad kaprysom dziecka ukochanego, co mu na czworakach biegać około stołu każe. To uczucie miał i teraz, idąc do hotelu na e wezwanie bez pewności nawet, ak go przy mie i ak powita. Wiedział, że będzie to zależne od chwilowego e usposobienia, ale szedł, bo chciał ą widzieć on sam. Myślał o nie słodko i cicho. Przystanął mimo woli w mie scu, gdzie szeroka ale a palmowa zakrętem o pusty- nię bliską ocierała się niemal. Przymknął powieki, tyle eno otworu źrenicom właśnie zostawia ąc, iżby słońce na twarz mu pada ące mogło w nie oprócz barwy krwi ego wła- sne rzucać eszcze pozłotę piasków na bezbrzeż uż tuta za zielonymi polami koniczyny rozsypanych i żółtych. Powoli wszystko w świadomości ego poczęło się rozpływać i gubić. Zapomniał nie- mal, gdzie est, po co wyszedł z domu i dokąd dąży. Uczucie ulgi niewysłowione i słod- kie , uczucie poko u niezgłębionego spływało nań z promieniami słońca. Przewinęło mu się eszcze przez pamięć: Aza, Grabiec, loty akieś górne i ciężki ducha trud, mędrzec Ny- anatiloka — i topniało wszystko, ak wiosenny śnieg tam, w o czyźnie ego, gdy ciepło bije z nieba, z ziemi uż rozpulchnione , z rozpętanych wód. Słońce! Słońce…! Był moment, że nie myślał uż o niczym innym, ak tylko o słońcu i wietrze od skał dalekich, różowych odbitym, gorącym, przez pustynię kędyś przebiegłym od morza błękitnego, od fal ciepłych, co na piasek się wślizgu ą z lubieżnością kotów, gdy z histe- rycznym pomrukiem łaszą się około głaszczących e dłoni. Upa ała go wonna, dzwoniąca w uszach cisza odwieczerza i pieszczota wiatru słodkiego, którą czuł na twarzy, we wło- sach, na warg rozchyleniu. Dziwne, łaskotliwe uczucie fizyczne niemal rozkoszy rozpłynęło mu się po członkach. — Tak całować muszą e usta, tak pieszczą dłonie miękkie, słodkie, wonne… Świadomość i wrażliwość swą zatrzymał na akimś punkcie odczuwania, ak kulę kryształową na ostrzu noża poza czasem i przestrzenią. — Tak całować muszą e usta… Naraz rozwarł oczy, akby z letargu wieczność trwa ącego zbudzony. W rozgrzanym powietrzu dreszcz go prze ął nagły; zalana światłem przestrzeń pociemniała mu w źreni- cach. Przypomniał sobie, że ranek cały zmarnował, siedząc w hotelu nie wiadomo dlacze- go i bawiąc się ak dziecko w „męską dumę”, kiedy mógł być przy nie , patrzeć e w oczy, czuć dotknięcie ręki, głos e słyszeć dźwięczny. I to teraz, kiedy go wezwała, czas eszcze traci… Z nerwowym pośpiechem skinął na prze eżdża ącą dorożkę elektryczną i kazał się wieźć do hotelu. J Ż  Stara Ziemia  Aza czekała nań w swoim poko u. Przywitała go żywo i z widocznym zadowoleniem, że przybył, ale nie wytrzymała długo, aby mu nie zacząć robić wymówek, że tak późno przychodzi i na wyraźne zaproszenie e dopiero. — Czy nie podobałam ci się wczora ? — mówiła, tak bowiem po imieniu nazywali się od pewnego czasu niby braterstwo. — Uciekłeś przed końcem koncertu i dziś się ledwie mogłam ciebie doczekać. Jacek rozmarzony był eszcze myślą o nie , tam, w słońcu, i nie odpowiada ąc, patrzył na nią przez chwilę z uśmiechem, akby na sen ob awiony. Znać było, że przykrość mu teraz sprawia wszelka rozmowa, tak chciałby patrzeć eno na nią i czuć, że est. Ale Aza nalegała, by odpowiadał. Wyciągnął ręce i końcami palców dotknął e wy- śnionych dłoni. — Cudem byłaś — szepnął — ale byłbym prawie wolał nie widzieć cię tam wczora , nie słuchać tego śpiewu razem z innymi. — Dlaczego? — Piękna esteś. Chłonął ą rozmiłowanymi oczyma. — To cóż? — odezwała się Aza przekornie. — Więc dlatego, że estem piękna, właśnie trzeba na mnie patrzeć i kochać mnie, a nie uciekać… Jacek wstrząsnął naraz głową. — Nie mogę się nigdy oprzeć wrażeniu, patrząc na ciebie w teatrze, że poniewierasz swą piękność i rzucasz ą na pastwę tłumowi. Aż mi żal i boli mnie to, żeś piękna i boska est wtedy. Aza uśmiechnęła się. — Ale estem piękna i boska? — Wiesz o tym aż nazbyt dobrze. Dziw mi nawet czasem, że nie wystarcza ci ta świadomość i doświadczasz eszcze piękności swe , używa ąc e na pętanie ludzi, którzy nawet patrzeć na nią nie są godni. — Sztuka est dla wszystkich, którzy e chcą — rzekła Aza nieszczerze. — Artystką estem; to, co mam w sobie, muszę przed ludźmi wyrzucić ruchem, głosem. Tworząc, nie pytam się wcale… Przerwał e , z lekka się uśmiecha ąc. — Nie, Azo. To est złudzenie. Wszakże nie tworzysz nic. Robisz tylko cud z tego, co myślą innych stworzone est przez to, że sama esteś cudem. Ciebie tam chcą, cudne ! Płacą ci za to, za edno tylko, i ty zobowiązu esz się być piękną wobec każdego, kto przy drzwiach złoty grosz rzuci. Tracisz wolność piękności; wywłaszczasz się codziennie w teatrze na rzecz tych wszystkich, którzy, o sztuce mówiąc radzi, śledzą eno lubieżnymi oczyma każdy twó ruch… Widziałem to wczora i ty sama czuć to musisz. Za dobra mi esteś na taką służbę. Zaśmiała się głośno i wyniośle. — Ja sama na lepie wiem, na co estem dobra! Nie służę a, ale władam. Dla mnie pobudowano teatry, opery napisano i wymyślono narzędzia muzyczne. Dla mnie pracował ten, co wznosił przed wiekami świątynię ową na wyspie, i ci, co po wiekach wodą ą zalali, abym a dzisia przeglądać się mogła w toni, tańcząc i śpiewa ąc. Piękna estem i mocna… Władać mogę i chcę, a więc dlatego… — Sprzeda esz piękno swego ciała… — Nie inacze , ak ty moc ducha swo ego — odrzuciła mu w twarz wyzywa ąco. Jackowi przypomniała się niedawna z Grabcem rozmowa. Pochylił głowę i dłonią przetarł białe czoło. — Jak a moc ducha — powtórzył — może to być, może… Wszyscy esteśmy w ed- nym położeniu. Człowiekowi się zda e, że włada, rozkazu e, przewodzi, bierze sobie sam, co chce, a tymczasem est na emnikiem od urodzenia kupionym i tłumowi służy za umó- wioną bez ego współudziału zapłatę. Tłum sobie kupu e i przodowników, i błaznów, i artystów, i parobków, a kiedy byli eszcze królowie, to królów sobie kupował i płacił im za to, że są królami, choć im się zdawało ak tobie, że z boże łaski panu ą. Nawet pogromców kupu e sobie tłum i niszczycieli, i wrogów, bo i tych snadź mu potrzeba — dodał, myśląc o Grabcu. J Ż  Stara Ziemia  Aza nie zważała uż na ego słowa. Powstała z krzesła i aby przerwać tę rozmowę, rzuciła z umyślną obo ętnością: — Więc zgódźmy się z tym… — Zapewne. Godzimy się zawsze, ciągle, nieustannie i na wszystko, ak gdyby to, co nas otacza, było coś warte, akby naprawdę było potrzebne… Przecież ty mogłabyś równie piękną być na puszczy, samotna, ak kwiat… Wzruszyła ramionami wzgardliwie. — I co by mi przyszło z tego? — A tak. Zawsze się myśli, co z tego przy dzie. Ty, a, oni, wszyscy. Nie umiemy cenić sami tego, co w nas est, więc w innych szukamy potwierdzenia sądów naszych o sobie, własne na cudzych budu emy. Nie wierzymy dostatecznie w wieczność swo ą, więc szukamy u innych, ak my znikomych, pozorne nieśmiertelności (sława, sława!) i w dziełach lub choćby w działaniu chcemy zdobyć myślom swoim trwanie, którego pragniemy… Mówił to z głową wspartą na dłoni, ak gdyby z sobą samym rozmawia ąc, choć oczyma zamyślonymi patrzył na sto ącą przed nim kobietę. Słuchała go niechętnie. Nudziły ą nie dość zrozumiałe słowa, których tylko dźwięk zewnętrzny i treść na prostszą uchem w te chwili chwytała, nie ma ąc zgoła ochoty za- stanawiać się nad nimi. A co więce — drażniły ą zawsze u Jacka te chwile, kiedy wobec nie myśli swo e dla siebie samego rozsnuwał, czu ąc, że usuwa się wtedy dziwnie i niemal zupełnie spod władzy e czarodzie skie . Położyła mu nagle ręce na ramionach. — Chcę, żebyś myślał o mnie, tylko o mnie, gdy przy mnie tu esteś. Uśmiechnął się. — O tobie myślę, Azo. Gdybym wierzył w nieśmiertelność duszy tak silnie, ak e pragnę, i w postęp e wieczysty od niczego niezależny… — To cóż…? Przerwała mu zdanie tym pytaniem, rzuconym lekko i niedomaga ącym się inne odpowiedzi, ak uśmiechu na ego ustach. Rzęsy długie opadły e do połowy na duże dziecięce oczy — wysunęła naprzód wargi, drżące lekko przycza onym gdzieś w kątach uśmieszkiem czy przeczuwanymi pocałunkami. Pierś e kusząca, czystą linią pod lekką suknią zarysowana, wznosiła się głębokim oddechem. Patrzył e w twarz, nie spuszcza ąc powiek, tak asnym, spoko nym wzrokiem, akby naprawdę kwiat miał przed sobą tylko, a nie kobietę piękną i pożądaną. I mówił swó sen: — Wziąłbym cię za rękę i tak bym powiedział: pó dź ze mną, spróbu my być samot- nymi nawet wobec siebie wza em. Kwitnij ak kwiat, bo piękności two e niepotrzebne są ludzkie oczy; obe mu duszą świat, ile eno zdołasz, ak światło słońca, i nie troszcz się o więce . Nie pó dzie na marne słodycz ust twoich, chociaż e żadne wargi nie spiją; ni eden ruch ciała twego nie przepadnie, ni eden uśmiech nie zginie, choć w cudzych oczach i w żądzy cudze na krótki żywot doczesny się nie utrwali… Spo rzała nań teraz z istotnym zdumieniem, nie umie ąc sobie zdać sprawy, czy mówi poważnie, czy drwi z nie tylko po prostu. Jacek spostrzegł tę niepewność w e wzroku i umilkł nagle. Smutek go ogarnął i wstyd, że mówi przed nią rzeczy śmieszne dlatego, że wyłania ą się ze słów ego niezupełne, oderwane od podłoża myśli, z które wyrosły, i rozproszone. Powstał i sięgnął dłonią po rękawiczki, leżące obok na stole. Skoczyła żywo ku niemu. — Zostań! — Nie chcę. Czas mi uż… Przed zachodem słońca trzeba mi uż być nad Morzem Śródziemnym, w powietrzu, wysoko… — Dlaczego to mówisz, gdy wiesz, że tu zostaniesz? Usiadł z wolna, posłuszny. Naturalnie, że zostanie. Chwilę eszcze czy godzinę. Uczuł, że zostałby przy nie za- wsze, gdyby tego chciała. A równocześnie zrozumiał, że ona nie zechce tego nigdy, bo on sam nie umie chcieć, wyszedłszy akoś śmiesznie poza nawias życia i prawiąc e teraz o samotne piękności, zamiast ręce wyciągnąć i na pierś ą wziąć, na usta, siłą opór e zmóc, eśliby się aki po awił. J Ż  Stara Ziemia  Widział, że est piękna, ponętna, kusząca, edyna. Przeczuł, że cała rozkoszą est i szczęściem. Mgła akaś gorąca do mózgu mu uderzyła — wpatrzył się w nią oczy- ma, w których powoli palić się poczynało zapamiętanie miłosne, bezdenne i smutne ak śmierć. W krwi ego, co na pozór myśli ego wybu ałe służyła, ak światłu oliwa w lampie starodawne , falowania się budziły i dreszcze — z przedwiekowych przypomnień, z tych czasów może, kiedy acyś ego przodkowie świat złotym mieczem zaprzepaszczali dla ed- nego błysku uwodzicielskich oczu. I ak morze, wydyma ące swe wały ku Księżycowi, tak biła krew ego ogromnym przypływem ku te wielkie ta emnicy życia, aką est miłość — ku ta emnicy zgubione uż niby na wyżynach, a przecież żywe i przypomina ące się ciągle w oddechu ust, w serca uderzeniu, w tętnie drga ącym w nurtach żył. — Aza…! — szepnął. Zbliżyła się ku niemu. — Co? Patrzyła nań spod powiek spuszczonych wzrokiem, który zdawał się zasypiać w omdle- niu, ak u obezwładnione spo rzeniem węża gazeli, ale usta e drgały drapieżnie, świad- cząc, że nie ona tuta est ofiarą… Wyciągnęła dłonie i dotknęła ego czoła. Lekko, lekko, akby wiatr cichy, słońcem przepo ony, włosy mu spadłe odrzucał ze skroni… Jak tam — na granicy pustyni… Uczuł słońce w powietrzu piersiami wciągane, w krwi, co, coraz gorętsza, tętnice rozpierała, oczy mu ćmiąc i myśli w dziwny taniec porywa ąc za sobą… I słodycz niewy- słowiona, obezwładnia ąca, która nagle całą istotę falą zalewa. Jak tam — na granicach pustyni… Pochylił się czołem do e rąk — uniosła mu nieco głowę. — Kochasz mnie? Wionęła mu tym słowem w twarz z pobliża, usta naprzeciw ust ego wzniesionych trzyma ąc. — Tak. Stała nad nim ze świadomym uczuciem przewagi nieodparte , przemożne : oto w tym człowieku, ak dziecię w dłoniach e cichym, wiedza świata niezgłębiona, mądrość cała na górnie sza do stóp e się chyliła. Przez piękność swo ą i płeć mogła e rozkazywać teraz tak, ak rozkazu e uż tym twórcom wszystkim, poetom, malarzom, muzykom, co pono wyżsi ma ą być od nie ! Jak tłumowi rozkazu e, bogaczom, dosto nikom, starcom i młodzieży. Zama aczyły e w pamięci słowa Grabca, niedawno do nie wypowiedziane: „Mistrz Jacek ma wynalazek ta emniczy i straszny. On go sam nie wyzyska, lecz kto go opanu e, będzie królem świata samowładnym”. Królem świata! Schyliła się ku niemu eszcze więce . Drobne pasma e włosów, opadłe ze skroni, muskały białe czoło mędrca. — A wiesz, że a estem piękna? Pięknie sza niż życie, niż szczęście, niż sen? — Tak. — I ty nigdy eszcze ust moich nie całowałeś… Słowa e były ak tchnienie, które zaledwie można uchem pochwycić. — Chcesz…? — Azo! — Powiedz mi ta emnicę swo ą, da mi w rękę swo ą moc, a będziesz mnie miał… Jacek powstał i cofnął się o krok. Blady był śmiertelnie. Usta zacisnął i patrzył przez chwilę w milczeniu na zdziwioną ego ruchem dziewczynę. — Azo — zaczął wreszcie, z trudem słowa wymawia ąc — Azo, kocham cię, czy pragnę, mnie sza o to; mnie sza, aka est mo a ta emnica i moc, ale a nie chcę cię… kupować ak inni. Wyprostowała się dumnie. — Jak inni? Kto się może pochwalić, że widział sam eden mego ciała cud? Kto mnie posiadał? Szybkie, zdumione spo rzenie rzucił Jacek na e twarz. Schwyciła e w przelocie i za- śmiała się. J Ż  Stara Ziemia  — Dla ednego… mnie niż uśmiechu, mnie niż spo rzenia ludzie się włóczą u moich nóg i giną, gdy a tak chcę! Nikt nie miał eszcze ceny, aby mnie kupić. Dzisia za mnie trzeba dać świat! Patrzył na nią oniemiały, z zapartym oddechem i czuł, że mówi prawdę w te chwili. A ona pochyliła głowę i ściągnąwszy brwi, akby pod wpływem przypomnienia akiegoś, rzuciła eszcze: — Nazbyt wiele brudu znieść musiałam dzieckiem⁸², aby się brudzić eszcze i teraz. Brano mnie i poniewierano, gdym bezbronna była, ale a się nie dałam nikomu, z wy ąt- kiem ednego człowieka, którego ty wysłałeś na Księżyc! — Azo…! Posłyszała w ego głosie nutę przedziwną, gdzieś z krwawe głębi serca dobytą, i zaraz wezbrało w nie okrucieństwo kobiece. Zrozumiała, że ma w ręku narzędzie tortury dla niego, łańcuch, który szarpiąc go i raniąc, tym silnie do nie przyku e. Wpatrzyła się weń szeroko rozwartymi oczyma; na ustach zaigrał e uśmiech, z akim snadź⁸³ niegdyś damy rzymskie słuchały ęku mordowanych niewolników na arenie. — On eden mnie zna — mówiła — on, twó przy aciel! On eden w całym wszech- świecie wie, akie są mo e pocałunki, ak pierś mo a pachnie, ak pieścić umie ą me dłonie. I nie ma go tuta na Ziemi. Tam, na Księżyc, tam, między gwiazdy, na niebo szerokie i błękitne uniósł ta emnicę mo e miłości, która kogo innego zabić by mogła rozkoszą nie- wysłowioną… Nie wierzysz? Zapyta go, kiedy powróci tu do mnie… On ci powie, wszak ty esteś ego przy aciel i mó przy aciel szlachetny, edyny, który nie chce niczego… Zatoczył się ak pijany. — Azo…! Za ścianą zakotłowało się naraz od niespodziewanych śmiechów. Słychać było tupanie nóg biega ące służby, piskliwe głosy chłopców hotelowych i bas marszałka, stara ącego się na próżno zamęt uciszyć. Jacek nie zważał na to wszystko. Wpatrzony w śpiewaczkę żuł akiś wyraz w ustach… Aza ednak na odgłos rozgwaru poskoczyła żywo ku drzwiom, a gdy e się zdawało, że w zgiełku głos pana Benedykta odróżnia, otwarła e na oścież. Widok, aki ą uderzył, był zaiste edyny. W przedpoko u, służbą natłoczonym, stał pan Benedykt, broniąc się edną ręką akiemuś maleńkiemu człowieczkowi o rozczochra- ne głowie, który, ak kot na piersi ego uczepiony, piąstką go po twarzy okładał. W dru- gie ręce zacny emeryt trzymał sznurek uwiązany do nogi innego karzełka, usiłu ącego na próżno słowem i gestami powstrzymać gniew swego towarzysza. Służba była bezradna, bo co który wyciągnął rękę, by rozwścieczonego karła pochwycić, pan Benedykt krzyczał zawzięcie: — Precz! Nie róbcie mu nic złego; to dla pani Azy… Śpiewaczka zmarszczyła brwi. — Co się tu dzie e? Czyście poszaleli! W te chwili pan Benedykt zdołał nareszcie uwolnić się od napastnika i podbiegł ku nie krokiem zgoła młodzieńczym. — Paniusiu — zaczął zdyszany, wznosząc wysoko brwi pokryte sińcami — przywio- dłem paniusi coś… Mówiąc to, pociągnął za sznurki w dziecięce marynarskie ubranka przystro onych karzełków. — Co to est? — Krasnoludki, paniusiu, bardzo łagodne! Służby się nauczą… Aza, podrażniona rozmową z Jackiem tak brutalnie i głupio przerwaną, nie była w do- brym humorze. Kiedy indzie byłaby tylko śmiechem parsknęła — teraz wezbrała w nie złość. — Wynoś się, dziadu, pókiś cały, razem ze swymi małpami! — krzyknęła wcale nie- nastro owo, ak prawdziwa dawna cyrkówka, tupiąc cudowną nóżką w posadzkę. Służba, dusząc się od powstrzymywanego śmiechu, wyniosła się raźno chyłkiem, a pan Benedykt oniemiał. Nie spodziewał się nigdy takiego przy ęcia. Pochwycił cofa ącą się Azę ⁸²znieść musiałam dzieckiem — dziś: (…) ako dziecko. [przypis edytorski] ⁸³snadź (daw.) — zapewne, prawdopodobnie. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  za szeroki rękaw i począł przepraszać, zaklina ąc się, że był pewien, iż sprawi e właśnie przy emność, te rzadkie okazy przypadkowo nabyte dla nie sprowadza ąc. We drzwiach ukazał się Jacek, głośną rozmową przywabiony. Ochłonął uż był zupeł- nie, eno twarz miał bledszą niż zwykle. Śpiewaczka go spostrzegła i zaczęła się skarżyć. — Patrz — mówiła — ani chwilę nie może się mieć spoko u! Człowiek stary, a nie ma rozumu. Jakieś małpoludy mi tuta sprowadza! I złe do tego… Jacek spo rzał na karłów i drgnął. Mimo śmieszne w tych stro ach postawy⁸⁴, znać było w ich twarzach inteligenc ę niepospolitą, zgoła na małpoludzi ani sietniaków⁸⁵ nie- wskazu ącą. Nieokreślone przeczucie zbudziło się w nim… — Coście wy za edni? — spytał żywo i mimo woli rodzinnym swym, polskim ęzy- kiem. Skutek był niespodziewany. Księżyczanie zrozumieli te słowa w „święte mowie” ich ksiąg na starszych wypowiedziane i poczęli opowiadać oba naraz, bezładnie, w radosne nadziei, że się skończy nareszcie to długie i fatalne dla nich nieporozumienie. Z trudem łowił Jacek uchem znaczenie mieszaniny poprzekręcanych wyrazów, akimi go zarzucali. Zadał im eszcze kilka pytań, aż wreszcie zwrócił się do Azy. Twarz miał poważną, usta mu drgały nerwowo. — Oni przybyli z Księżyca — rzekł. — Od Marka? — krzyknęła dziewczyna. — Tak. Od Marka. Pan Benedykt wytrzeszczył oczy, nie rozumie ąc właściwie dobrze, co to wszystko znaczy. — Arab mi ich sprzedał — mówił. — Podobno ży ą tacy na pustyni w dalekie oazie… XI — Posłucha mnie przyna mnie tym razem — mówił Roda do Matareta — i wierz, że est dobre to, co a robię. — Odbije się to kłamstwo na nasze skórze, zobaczysz! — odparł Mataret niechętnie i odwróciwszy się tyłem do mistrza, począł wchodzić po krześle na stół, sto ący pod oknem w hotelowym poko u. Kiedy się uż tam znalazł, wychylił głowę i patrzył z za ęciem na ruch uliczny, uda ąc, że nie słyszy, co się mówi do niego. Ale Roda nie dał się tak łatwo zniechęcić. Poprawił się w kącie miękkiego fotela i odrzuca ąc w tył spada ącą na oczy czuprynę, dowodził w dalszym ciągu, że wszystko zło, akie ich spotkało, spadło na nich edynie z Mataretowe przewiny i dość, aby emu, Rodzie, zostawić wolne pole do działania, a natychmiast los ich się polepszy. — Nie można przyznawać — mówił — że byliśmy z owym Markiem w nieprzy aźni, bo mogliby ludzie tute si mścić się na nas za to… Mataret nie mógł w końcu wytrzymać. Odwrócił się od okna i rzucił gniewnie: — Ale z tego nie wynika, że mamy siebie przedstawiać ako przy aciół ego na lepszych i zaufanych, a ty tak robisz właśnie. — Mó drogi, nie mijam się w tym twierdzeniu tak dalece z prawdą… — Co? Jak mówisz…? — Naturalnie. Zaufanie miał do nas, kiedy mi wszystko o sobie i wozie swoim opo- wiadał. A przy aźń… Cóż to est przy aźń? Kiedy eden człowiek życzy dobrze drugiemu. Na większym dobrem człowieka est prawda ego życia. Zaś cała działalność nasza była właśnie ku temu zwrócona, aby Zwycięzcę wywieść z błędu o rzekomo ziemskim ego pochodzeniu, a więc życzyliśmy mu dobrze, czyli… — Oszalałeś, przecież Marek naprawdę z Ziemi do nas przybył! — przerwał Mataret, tamu ąc bystry potok słów nauczyciela. Ten się żachnął⁸⁶. — Ciężko myślisz ak zawsze. To cóż, że z Ziemi przybył? Choćby nawet i ze Słońca! Myśmy nie mieli obowiązku wiedzieć o tym z góry. Na lepie , abyś ty milczał zawsze, a mnie mówić pozwolił. ⁸⁴mimo śmieszne (…) postawy — dziś: mimo z D.; mimo śmiesznych postaw. [przypis edytorski] ⁸⁵sietniak a. sietniok (gw.) — idiota, debil. [przypis edytorski] ⁸⁶żachnąć się — wyrazić oburzenie, niezadowolenie, sprzeciw, gniew, zniecierpliwienie. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  — Będziesz łgał znowu o przy aźni… — To nie est łgarstwo, mówiłem. Jesteśmy w takim położeniu, w akim mogą być tylko ego na szczersi przy aciele. Przy echaliśmy na Ziemię w ego wozie i prosto od niego, a więc nie ako w ego poselstwie. A stąd wniosek, że musieliśmy być ego przy a- ciółmi. Czasem skutki wyroku ą o przyczynach. Nie krzyw się, a mówię poważnie. Być może, że sami nie wiedzieliśmy wprzód o te przy aźni. Mataret splunął i zeskoczył ze stołu. — Nie chcę się mieszać do tego wszystkiego. Rób sobie, ak ci się podoba, a ręce umywam. — Otóż tego pragnę tylko, abyś mi nie przeszkadzał. Dam sobie radę. Gdyby nie mo e energiczne wystąpienie wobec tego starego bałwana, który nas wodził na sznur- ku, bylibyśmy dziś może w akie klatce znowu siedzieli, a tak, dzięki mnie, widzisz, ak nas szanować zaczyna ą! Zobaczysz, że wkrótce będziemy tuta zgoła poważnymi osobi- stościami. Dobry estem, wyrozumiały i przebacza ący, ale ak tylko do dę do wpływu, każę tego ła daka, co nas w klatce zamykał, obłupić żywcem ze skóry albo głową na dół w piasku zakopać. We ście Jacka położyło kres wymowie mistrza księżycowego. Zerwał się raźno na ego powitanie, a nie ma ąc uż czasu zsunąć się z wysokiego fotela, co zawsze z wielkimi robił ostrożnościami, stanął na nim i chwyciwszy się edną ręką za oparcie dla utrzymania równowagi na miękkie poduszce, drugą oddał pokłon przybyłemu. — Bądź pozdrowiony, dosto ny panie! Jacek uśmiechnął się przy aźnie. — Panowie — rzekł — nie mogę dłuże się tuta zatrzymywać, ale w drodze będziemy mieli dość czasu na rozmowę. Sądzę bowiem, że zechcecie mi towarzyszyć i być gośćmi w moim domu? Roda skłonił się głęboko z wysokości swego fotelu, a Mataret rzekł z lekkim pochy- leniem głowy: — Wdzięczni ci esteśmy, panie. Zresztą pytasz niepotrzebnie; wszakże nie mamy wyboru, na łasce two e esteśmy. — Nie — odparł Jacek. — Obowiązkiem moim est, i miłym, służyć wam ako wy- słańcom mego przy aciela i starać się, abyście raczyli zapomnieć o tych przykrościach, akie was u wstępu na glob nasz spotkały. Wstyd mi. Wybaczcie Ziemi e barbarzyństwo i głupotę. To powiedziawszy, zwrócił się do Rody z miną asobliwą: — Mistrzu, listów nie znaleziono. Byłem sam na pustyni w Markowym wozie, ale tam nie zostały. Przetrząśnięto wszystko. Roda udał wielce zakłopotanego. — To fatalne! Chociaż treść listów, które nasz przy aciel Marek do wasze dosto ności pisał, znam dokładnie i będę mógł z pamięci powtórzyć… — W takim razie nie ma nieszczęścia… — O nie! Obawiam się tylko… bo wszak to było edyne nasze uwierzytelnienie… — Zbyteczne. Wierzę wam na słowo. Roda uderzył się ręką w czoło. — Teraz sobie przypominam. Rzeczywiście listy w wozie nie zostały. Odebrał mi e ten bałwan, który nas w klatce… — Niech pan uż nie wspomina o tym przykrym nieporozumieniu. Hafida poleci- łem uż szukać. Jeśli listów gdzie nie zaprzepaścił, odbierzemy e. Mnie ednak woła ą obowiązki i tuta uż nie mogę czekać na wynik poszukiwań… Chciałbym nawet odlecieć zaraz, eśli panowie nie macie nic przeciw temu, aby mi towarzyszyć. — Jesteśmy na rozkaz gotowi — rzekł Roda, kłania ąc się znowu. Za chwilę siadali uż do samolotu. Jacek, umieściwszy się na przodzie, rzucił eszcze okiem poza siebie, czy towarzysze ego dobrze się trzyma ą, i opuścił rękę na dźwignię, włącza ącą śrubę powietrzną w system akumulatorów. Zawarczały skrzydła e w szalonym obrocie, a z ubitego przed hotelem dziedzińca piasek prysnął w bok, wirem powietrza wyrwany. Samolot śmignął z mie sca w górę niemal pionowo. Roda krzyknął mimo woli z przerażenia i zamyka ąc oczy, chwycił się metalowych prętów przed sobą, aby w tył nie osunąć. J Ż  Stara Ziemia  Jacek obrócił się z uśmiechem. — Nie mie cie, panowie, obaw — rzekł — wszystko est w porządku. Mataret, pobladłszy, trzymał się również prętów kurczowo, ale oczu nie zamykał, sta- ra ąc się uporczywą wolą przemóc ogarnia ący go zawrót. Czuł lekkie kołysanie i świst wichru bijącego nań z góry, wprost spod skrzydeł rozpostartych, na czoło. Niebo miał przed oczyma. Kiedy głowę nachylił i spo rzał w dół, dostrzegł między swymi wznie- sionymi kolanami hotel wśród palmowego ogrodu, male ący z zadziwia ącą szybkością. Przypomniał mu się odlot z Księżyca i nagły dreszcz trwogi zatrząsł ego ciałem. Zwarł gwałtownie powieki i zęby zacisnął, żeby nie krzyczeć. Samolot tymczasem, przy ąwszy położenie więce poziome, wznosił się wciąż w górę linią spiralną, kręgi coraz szersze zatacza ąc pod niebem. Kiedy Mataret, paroksyzm strachu pokonawszy, oczy znów rozwarł, Aszuan był uż tylko małą kępką na bezmierne żółte płaszczyźnie przecięte Nilem akby wstęgą błękitną o zielonych brzegach. Kołu ący ruch samolotu sprawiał, że świat się zdawał kręcić z wolna na dole. Kiedy słońce Matareta w twarz uderzyło, zauważył, że est znowu wysoko na sklepieniu, chociaż uż zachodziło, kiedy z domu wychodzili. Barwę ednak miało złotą, akby świetlistym zno em dnia wyczerpaną, przebija ącą przez popiół akiś różowy, co z wolna na słoneczne tarczy osiadał, ćmiąc ą w oczach nad spada ącym w dół zaczerwienionym nieboskłonem. Słowa akieś wpadły Mataretowi w ucho. To Jacek, obrócony znowu, mówił doń. W pierwsze chwili nie mógł zrozumieć, o co go pyta ą. Spo rzał w bok odruchowo. Roda, wplótłszy edną dłoń między pręty siedzenie zabezpiecza ące, drugą kreślił szybko na czole, ustach i piersiach Znak Przy ścia, z którego szydził na Księżycu, i kłapał przy tym nielitościwie zębami. — Uspokó pan towarzysza — mówił Jacek. — Nic nam nie grozi. Roda rozwarł nagle oczy i zaprzesta ąc odżegnywań, zaczął wrzeszczeć. Mataret zro- zumiał, że wyklina Jacka w potocznym księżycowym narzeczu, grożąc mu, że eżeli na- tychmiast nie opuści się na ziemię, to on, Roda, udusi go własnymi rękami i połamie maszynę przeklętą. Jacek nie mógł tego wprawdzie rozumieć, ale Mataret zląkł się, aby mistrz, strachem opętany, nie popełnił rzeczywiście akiegoś szaleństwa. Chwycił tedy Rodę edną ręką za dłoń i syknął przez zęby: — Jeśli się nie uspokoisz natychmiast, zrzucę cię na łeb. I tak niewart esteś czego innego. W głosie ego była groźba nieubłagana. Roda zamilkł momentalnie i zęby eno dzwo- niły mu eszcze, kiedy osłupiałym i przerażonym wzrokiem patrzył na dawnego ucznia swego, który teraz tak mało dlań okazywał szacunku. Jacek uśmiechał się ciągle, patrząc na nich przy aźnie. — Jesteśmy około trzech tysięcy metrów nad powierzchnią morza — rzekł. — Teraz zaczniemy lot prosto ku domowi. To mówiąc, zwrócił maszynę ku północy i nadawszy e sterem położenie poziome, za pociśnięciem dźwigni przerwał działanie akumulatorów. Śruba powietrzna nabytym rozpędem warczała eszcze przez parę minut, ale ruch e stawał się coraz wolnie szym; oko mogło uż po kilku chwilach łowić e wiru ące śmigi — aż wreszcie zawahała się i stanęła. Samolot teraz ak latawiec albo ptak ogromny, na nieruchomo rozpiętych skrzydłach płynął ku północy samym działaniem siły ciężkości po równi pochyłe , płaszczyznami sterów ściśle określone . Drgania, ruchem śruby wywoływane, ustały zupełnie, a ponieważ w powietrzu na - lże szego wiatru nawet nie było, więc zdało się lecącym, że wiszą nieruchomie w otchłani nieba. Ale to złudzenie nie trwało długo. W miarę zwiększa ącego się pędu powietrze, skrzy- dłami spada ącego samolotu rozdzierane, smagać poczęło twarze podróżników akby wi- cher gwałtowny, a kiedy Mataret spo rzał znów w dół, spostrzegł, że tam nisko, nisko pod nimi świat ucieka z szalonym pośpiechem, wznosząc się ku nim równocześnie. Słoń- ce, ak olbrzymia kula sinoczerwona, leżało po lewe stronie gdzieś na piaskach dalekie pustyni. Od wschodu szła ku nim noc. J Ż  Stara Ziemia  Jacek, sprawdziwszy okiem eszcze raz położenie skrzydeł i steru oraz kierunek igły magnetyczne , zapalił cygaro i obrócił się w siedzeniu twarzą do swych towarzyszów. — Przed nocą będziemy nad Morzem Śródziemnym — rzekł. — Teraz mamy czas pogadać. Powiedział to zupełnie przy aźnie ze zwykłym na ustach uśmiechem, ale Rodę treść słów nagłym strachem prze ęła. Zdało mu się, że słyszy w nich akieś straszne i groźne szyderstwo, zląkł się, że Jacek, domyśla ąc się prawdy, zażąda teraz — między niebem a ziemią — od niego rachunku i strąci go może w tę przepaść, mroczącą się uż wieczor- nym cieniem pod ich nogami. — Litości, panie dosto ny! — krzyknął. — Przysięgam ci na imię Starego Człowieka, że Marek est Zwycięzcą i królem na Księżycu, a myśmy mu żadne krzywdy zgoła nie wyrządzili! Jacek spo rzał nań ze zdziwieniem. — Niech się pan uspokoi, panie Roda. Jest pan zbyt rozdrażniony tym przybyciem na Ziemię, a może i prze ściami ostatnich dni. Czyż mam powtarzać, że nie żywię żadnych złych zamiarów względem panów? Racze przeciwnie. Wdzięczny wam estem nadzwy- cza nie za tę bohaterską podróż przez otchłań międzygwiezdną na życzenie mego przy a- ciela, choć nie ta ę, że wolałbym zobaczyć tu ego samego. Wszak teraz, gdy wysłał wóz z wami, nie będzie uż miał sposobu powrócić… Te ostatnie słowa Rodę znacznie uspokoiły. Pomyślał, że kiedy Marek nie może po- wrócić z Księżyca, to wszystko est w porządku, gdyż nigdy się uż nie wykry e, że to, co on opowiada, est nieprawdą. Zyskał od razu pewność siebie — i poprawiwszy się w cia- snym siedzeniu, zaczął prawić Jackowi o przy aźni swe ze Zwycięzcą, bacząc eno pilnie, aby okiem w dół nie rzucić, gdyż za każdym razem przyprawiało go to o zawrót głowy. — Marek — mówił — nie ma zgoła zamiaru wracać. Tak dobrze, ak na Księżycu, nigdy na Ziemi mu nie było. Obraliśmy go bogiem i królem, a on sobie kupił mnóstwo młodych żon i zabrał na rzecz swo ą grunta co na lepsze. Ma też dużo psów. Właśnie pisał w listach, które Hafid nam ukradł, aby tuta na niego nie czekać… Długo nie mógł posłów wynaleźć, aż dopiero my, Ziemię radzi poznać, zgodziliśmy się wreszcie. Chcieliśmy coś zrobić dla niego… Lekki powiew wiatru od zachodu zakołysał samolotem, co przerwało nagle wynu- rzenia Rody. Po chwili, gdy równowaga została przywrócona, zapytał Jacka, czy nic nie grozi, a otrzymawszy odpowiedź uspoka a ącą, zaczął znowu mówić: — Podróż nasza była bardzo przykra i wylądowanie, ak pan sam wie, niebezpieczne wielce. Ja myślę, że powinni nas tu na Ziemi za to odpowiednio wynagrodzić. Ja estem wielkim uczonym, a towarzysz mó także nie est głupi, choć tak mało mówi. Jednak nie mamy żądań wygórowanych. Dla mnie wystarczy zupełnie, eśli dostanę akieś wybit- nie sze stanowisko… Przerwał mu Jacek pytaniem o akiś szczegół dotyczący Marka, a Roda łgał coraz straszliwie . Po pewnym czasie Jacek nie wątpił uż, że ma do czynienia z oszustem, który świado- mie prawdę ukrywa. Jak ednak ta prawda mogła wyglądać i akim ą wydobyć sposobem? Zadumał się. Zapewne nic tam dobrego Marka nie spotkało, kiedy przysłał wóz i po- słów… Może wzywa pomocy? Ale dlaczego takich właśnie posłów wybrał kłamiących i z akie przyczyny oni kłamią? Czy zgubili istotnie listy Marka, czy może ich wcale nie mieli? Czyżby Marek w akimś niebezpieczeństwie groźnym nie miał czasu ani możności listów przygotować? I znowu Jackowi na myśl przychodziło, że może zbyt czarne robi przypuszczenia. Mo- że temu bu nemu szaławile dobrze est istotnie na Księżycu — przecież to zgoła prawdo- podobne, że królem tam został i władcą między karłów społeczeństwem. Wieczór uż zapadał. Przemknęli nad piramidami, które błyszczały w dole, ak zwykle reflektorami elektrycznymi dla podziwu gapiów oświetlone, i płynęli teraz pod gwiaz- dami nad rozłożystą deltą Nilową. Samolot obniżył się znacznie ku ziemi, gdyż Jacek, puszcza ąc śrubę w ruch kilkakrotnie, lot tylko przyśpieszał, a szafował eszcze ciągle na- bytą w Aszuan wysokością… Mimo że paręset metrów teraz byli tylko nad powierzchnią, J Ż  Stara Ziemia  nic tam w dole nie było widać krom⁸⁷ światełek czasem niespodziewanie ukazu ących się i niknących rychło w pomroce… Były to lampy elektryczne, wskazu ące samolotom nocną porą żeglu ącym mie sca wylądowania: wioski i miasta, których nazwy oznaczone światłem ma aczyły z góry drobnym, asnym wężykiem na ziemię czarną rzuconym. Jacek milczał, a księżycowym podróżnikom powoli oczy zaczynały się kleić. Czasami tylko, kiedy śruba w ruch puszczona zatargała lekkim statkiem powietrznym lub wiatr od pustyni wie ący skrzydła ego przechylił, otwierali powieki przerażeni, nie umie ąc w pierwsze chwili zdać sobie sprawy, gdzie są i co robią tuta w czarne nocy zawieszeni. Po akimś czasie samolot niestrudzony zaczął chwiać się coraz więce i kołysać na boki. Mataret zauważył, że walczą z wiatrem, wznosząc się równocześnie znowu w górę po kręte wężownicy. Spo rzał w dół: mdłe światełka zniknęły gdzieś bez śladu, zdawało mu się natomiast, że słyszy w ciemności łoskot akiś ednosta ny, szeroki, nieustanny… — Gdzie esteśmy? — spytał mimowolnie. — Nad morzem — odparł Jacek. — Przelecimy e nocną porą, kiedy w górze cisza est na większa. Wydosta emy się właśnie z wiru wiatrów przybrzeżnych… Jakoż niezadługo, kiedy samolot wyże wybu ał, kołysanie ustało nagle i drżały tylko wiązania metalowego szkieletu od wiru śruby, wrzyna ące się szalonym obrotem w nocne powietrze. Gdy po akimś czasie, na wysokości uż snadź⁸⁸ będąc dostateczne , Jacek śru- bę zatrzymał, samolot począł płynąć w cichym na zupełnie przestworzu, nad morzem, z którego właśnie po prawe stronie podróżników wyzierać⁸⁹ poczynał późny Księżyc, czerwony i niecały. ⁸⁷krom (daw.) — oprócz. [przypis edytorski] ⁸⁸snadź (daw.) — widocznie, prawdopodobnie. [przypis edytorski] ⁸⁹wyzierać — wyglądać. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  CZĘŚĆ DRUGA I Do drzwi pracowni Roberta Tedwena zapukano lekko. Starzec wzniósł głowę znad karty papieru, po które kreślił znaki akieś i kolumny cy, i nadsłuchiwał przez chwilę… Pukanie powtórzyło się wyraźnie : siedem uderzeń, cztery z wolna po sobie następu ące i trzy szybkie. Uczony dotknął palcem umieszczonego w biurku guzika i drzwi rozsunęły się cicho, niknąc w ścianie. Przez rozchyloną ciężką portierę wsunął się Jacek. Podszedł ku siedzącemu w wysokim krześle starcowi i skłonił się przed nim w mil- czeniu. Sir Robert Tedwen, poznawszy go, wyciągnął dłoń. — A, to ty… Czy z ważną sprawą aką przychodzisz? Jacek zawahał się. — Nie — odrzekł po chwili. — Chciałem cię zobaczyć tylko, mó mistrzu… Lord Tedwen popatrzył badawczo na dawnego a ukochanego dotąd ucznia swo ego, ale nie nalegał pytaniami. Zaczęto rozmawiać. Starzec dopytywał, co słychać na świecie, gdy mu ednak Jacek odpowiadał, słuchał obo ętnie o wypadkach i zdarzeniach, nie przywiązu ąc w istocie zgoła wagi do tego wszystkiego, co się dzie e tam na zewnątrz, poza drzwiami metalowymi ego pracowni, wciąż niemal zamkniętymi. A przecież niegdyś trzymał w ręku los tego świata ruchliwego, o którym obecnie zaledwie raczył pamiętać, że istnie e. Sześćdziesiąt z górą lat temu, kiedy dochodził dopiero trzydziestki, był uż wybranym prezydentem Stanów Z ednoczonych Europy — i zdawało się, w dniu, kiedy zechce, dożywotnim samowładcą zostanie. Zadziwia ący geniusz administracy ny i praktyczny łączył się w nim z żelazną stanow- czością i wolą niezłomną, umie ącą prostą drogą a niechybnie dążyć do wytkniętego celu. Zmieniał śmiało istnie ące prawa, zakreślał losy narodom i społecznościom — nie cofał się przed niczym. W ogromne masie urzędnicze (a któż wówczas nie był urzędnikiem, akikolwiek zawód społeczny pełniąc?) wrogów miał zaciętych samowoli swe i bezwzględ- ności: szemrano powszechnie i czasem bardzo nawet głośno, lecz gdy Tedwen rozkazał, nie było, kto by śmiał nie posłuchać. Mówiono, że dąży do władzy nieograniczone i że koniecznością est usunąć go nie tylko od steru, lecz w ogóle od akiegokolwiek udziału w rządach, i wiedziano równocześnie, że w dniu, w którym mu się spodoba włożyć na głowę z muzeum akiegoś wygrzebaną koronę królewską, wszyscy się przed nim pochylą. Sir Robert Tedwen sam i dobrowolnie porzucił władzę. Tak nagle i bez widocznego powodu, z ednego dnia na drugi, iż długo nie mogli się ludzie z tym faktem pogodzić i łamali sobie głowy, doszuku ąc się dziwnych przyczyn i zawikłanych. A lord Tedwen tymczasem zaczął pracować. Przyrodnik eden z na większych, za mu- ący się osobliwie biochemią — a przy tym umysł o rozległym widnokręgu i niesłychane wiedzy ogólne — w ciągu lat kilkunastu od chwili swego ustąpienia rzucił ludziom garść wynalazków zadziwia ących i błogosławionych. W akiś czas zapomniano nawet, że bywał prezydentem Z ednoczonych Stanów Eu- ropy, a wiedziano tylko, że dzięki środkom ego, organizm odradza ącym, choroby istnieć przestały; że on za pomocą opanowania atmosferyczne elektryczności i władzy nad po- godą i ciepłotą, urodza e zbóż z góry ustanawia i karmi ludzkość głodną… I mnóstwo rzeczy eszcze większych i cudownie szych. To był drugi okres w życiu Roberta Tedwena. Zerwał z nim, nim doszedł lat pięćdzie- sięciu. Tak niespodziewanie, ak poprzednio stanowisko naczelne był porzucił, odstąpił teraz od „kuźni” swoich, skąd na świat rokrocznie nowe szły wynalazki, i zaniechaw- szy praktycznego wyzyskiwania wiedzy, ął się zawodu nauczycielskiego, przysposabia ąc uczniów wybranych do trudu na większego: dźwigania dorobku myśli ludzkie . Jednym z umiłowanych i na zdolnie szych uczniów ego był Jacek. Znał on go uż starcem i czcił nie tylko ako nauczyciela i mędrca na większego, lecz nadto ako przy aciela J Ż  Stara Ziemia  swego, który mimo ogromną różnicę lat gotów był zawsze myślą i sercem życie ego dzielić… Ale i ten czas, kiedy starzec zadziwia ący był wychowawcą i nie ako o cem „wiedzą- cych”, należał dziś uż do przeszłości. Z wiekiem coraz mnie uczniów przy mował i coraz skąpie udzielał im swe mądrości niezgłębione , aż dnia pewnego tych niewielu, których miał eszcze przy sobie, przychodząc doń, zastało drzwi ego domu zamknięte. Lord Tedwen przestał nauczać. Gdy błagano go o słowo wiedzy, wzruszał tylko ramionami i mówił ze smutnym na ustach uśmiechem: — Sam nie wiem nic… Blisko osiemdziesiąt lat życia strwoniłem; muszę teraz ko- rzystać z ostatnich dni, aby pracować dla siebie. Jakoż pracował. Umysł ego potężny, wiekiem nieosłabły, wgłębiał się w ta niki ist- nienia, snuł teorie ogólne a otchłanne, odkrywał prawdy nagie i tak straszliwe, że chociaż rzadko i tylko na zaufańszym rąbek ich odkrywał, dreszcz słuchaczy przechodził i zawrót ogarniał głowy na mędrszych, ak gdyby w przepaść z nagła spo rzeli. Legenda zaczynała się rodzić około olbrzymie , milczące postaci starca. Dawno uż w żadne czarnoksięstwa nie wierzono, a ednak stroniono przed nim z obawą ak przed czarnoksiężnikiem, gdy wyniosły, zadumany przesuwał się nad brzegiem morza w co- dzienne przechadzce. W domu nie przy mował nikogo, z wy ątkiem członków wielkiego bractwa uczonych, któremu przewodniczył, prośbom dawnych uczniów swych ulega ąc. Jacek, nazbyt dociekaniami własnymi i koniecznym eszcze w swym wieku urzędem społecznym za ęty, rzadko go nawiedzał. Za każdym razem ednak, gdy stanął przed nim, nie mógł się oprzeć zadziwia ącemu uczuciu: starzec zdawał się młodnieć wciąż duchem, akby myśl ego z biegiem lat nabierała owszem coraz straszliwsze asności i odwagi… A przy tym ten wzrok — spoko ny i chłodny — co przebiegał ludzkie sprawy, usiłu ąc udać, że go za mu ą, i padał gdzieś w przepaść bliską a niezgłębioną, która się otwiera tuż za wypowiedzianym słowem, tuż za promieniem światła, zawieszonym na pyłku powietrza, za drga ącą cząstką tak zwane materii, za na prostszym sprzężeniem te rzeczy niepo ęte , którą ochrzczono mianem siły — i biegnie aż poza gwiazdy, aż poza kres wszelkiego bytu, zarówno dusze człowiecze, głazy i nicość obe mu ąc. Nie dawał ednak lord Tedwen nigdy znać po sobie, że cośkolwiek est mu obo ętne lub niegodne uwagi. W chwili wolne od pracy umysłowe rozmawiał na pozór tak sa- mo chętnie z przechodniem na brzegu morza lub z dzieckiem muszle zbiera ącym, ak i z którym z członków stowarzyszenia mędrców… Zdawało się nawet czasem, że w rzad- kich godzinach wytchnienia chętnie myśl ku rzeczom drobnym, codziennym i prostym zwraca. I teraz, siedząc z Jackiem w cichym gabinecie, zwrócił wkrótce rozmowę, która o świa- towych zdarzeniach toczyć się ęła⁹⁰, na skromnie sze tory osobistych wypadków i zna- omości… Pytał o uczniów dawnych, którzy w zadziwia ące pamięci ego byli żywi, choć nie e- den z nich w grób się uż położył, przypominał z dobrym na ustach uśmiechem drobne okoliczności, temu lub owemu wypadkowi towarzyszące. Jacek, ku oknu twarzą zwrócony, głos tylko mędrca słyszał i miał złudzenie, że za mu- e go istotnie to, o co pyta. Kiedy się ednak przypadkiem obrócił i spo rzał w oczy ego, przerwał mimo woli obo ętne akieś opowiadanie… Oczy starca rozwarte, nieruchome, podobne były do dwóch otchłani bez dna, do promieni dziwnych, z nieskończoności bie- gnących, i ponad tym wszystkim, co się mówi i dzie e, szuka ących czego w bezkresie… Wstyd go ogarnął i wtłoczył mu słowa nazad w pierś. Zaległo krótkie milczenie. Lord Tedwen uśmiechnął się. — Z czym przybyłeś do mnie, synu? — powtórzył. — Mów teraz o sobie. To mnie za mu e naprawdę. Młody uczony poczuł rumieniec na twarzy. Miał zamiar istotnie mówić o Grab- cu, o tym ruchu, którego nieuchronne wszczęcie przeczuwał i rady starca, co mógł być władcą, zasięgnąć, o zdanie go zapytać. I naraz zrozumiał, że to wszystko tego dziwnego ⁹⁰jąć (daw.) — zacząć; jąć się czego: zabrać się za co. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  człowieka równie mało musi obchodzić ak liść suchy, który może spada w te chwi- li z drzewa przed ego domem albo równie wiele, gdyż on u rzy poza tym wszystkim czarnoksięskimi swymi oczyma eno ta emnicę bytu ob awia ącą się zarówno w ziarnku piasku, falą morza miotanym, ak w przewrotach na większych światów i ludzkości, ak w myśli na świetnie szym przebłysku. Schylił głowę. — Chciałem mówić rzeczywiście o pewnych sprawach, ale widzę w te chwili, że drobne są ostatecznie… — Nie ma rzeczy drobnych — odparł sir Robert. — Wszystko ma swo ą wartość i swo e znaczenie. Mów. Jął tedy mówić. Opowiadał o spotkaniu swym z Grabcem i o tym, aką on walkę, akie powstanie wzniecić zamierza na od dawna uspoko one Ziemi i ak chce wciągnąć w wir ten ich, mędrców i uczonych, aby mieli ako mózg świata przynależne im stanowisko. Starzec słuchał w milczeniu, z nieco pochyloną głową, patrząc spod krzaczastych, wysoko wzniesionych brwi nieruchomym wzrokiem prosto przed siebie. Czasem tylko po wygolone , bruzdami wieku zorane twarzy przebiegł mu około wąskich i zaciśniętych warg uśmiech przelotny i gasł szybko w zadumie. — O cze — ozwał się wreszcie Jacek, kończąc opowiadanie — ten człowiek wezwał mnie wprost, abym mu dopomagał, bym tę moc, aką wiedza nasza stanowi, rzucił na szalę… Lord Tedwen zwrócił nań teraz przenikliwe spo rzenie swych oczu. — A ty, coś mu odpowiedział? — Rzekłem, że moc wiedzy nasze est wszystka, uż podarowana, w rękach tłumu, i my nie mamy nic, kromia⁹¹ prawd na wyższych nieda ących się uż przekuć na złoto ani żelazo… Zaległo krótkie milczenie. Robert Tedwen skinął z wolna głową kilkakrotnie, szepcąc więce może do siebie niż do słucha ącego go ucznia: — Kromia prawd na wyższych… Tak, tak! Jeno że uż nie wiemy, co ten wyraz „praw- da” oznacza, tak dalece niczym est wszystko, co tym mianem zwiemy… Wzniósł głowę szybko i popatrzył na Jacka. — Daru , do myśli swoich wracam mimowiednie, ale to est za mu ące, coś ty mi powiedział. Jacek milczał. Starzec przy rzał mu się uważnie . — Nad czym dumasz? — Skłamałem w rozmowie z Grabcem. — A! — My mamy moc… Ja mam moc — poprawił się. Lord Tedwen nie odpowiadał. Wzrokiem nieco roztargnionym przebiegł po twarzy Jacka i wzruszył dziwnie ustami… — Masz moc… Mamy moc… — szepnął po chwili. Coś akby uśmiech po wargach ego przemknęło. — Tak — rzekł Jacek w zamyśleniu. Siedząc z pochyloną głową, nie zauważył uśmie- chu na twarzy nauczyciela. — Tak — powtórzył — mam moc. Zrobiłem odkrycie straszliwe. Czynię fizycznie to, co dotąd robiliśmy tylko myślą badawczą: rozprzęgam „materię” i gaszę ą w tak prosty sposób, ak podmuchem ust świecę się gasi zapaloną. Gdybym chciał… — Gdybyś chciał…? — Mógłbym grozą wymusić posłuszeństwo na zupełnie sze dla siebie czy dla tego, komu bym oddał swó wynalazek… Jednym ruchem palca, na przyrządzie nie większym niż zwykły aparat fotograficzny położonego, mogę unicestwiać miasta i burzyć kra e całe tak, iż ślad by nie pozostał, że były… — I co z tego? — spytał lord Tedwen, nie spuszcza ąc zeń oka. Teraz Jacek wzruszył ramionami. — Nie wiem, nie wiem! — Dlaczego nie oddałeś Grabcowi swego wynalazku? ⁹¹kromia (daw.) — właśc. krom, okrom: oprócz. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Szybkim ruchem wzniósł Jacek głowę. Patrzył przez chwilę na twarz starca, akby chciał z nie wyczytać znaczenie i zamiar tego pytania, ale oczy i rysy sir Roberta zarówno nic nie mówiły, ak obo ętny na pozór ton słów wypowiedzianych. — I tego nie wiem — rzekł wreszcie. — Miałem wrażenie, że powinienem to zostawić dla siebie i zniszczyć przed śmiercią albo użyć… w razie ostateczne potrzeby… tylko eden raz… — Zniszcz swó przyrząd dziś eszcze. Po co używać wysiłku na rozwianie fantomu, który nazwano materią, kiedy wcześnie czy późnie rozwie e się sam nieuchronnie? — Źle est tymczasem i podle… — Cóż z tego? Czyż przeto mamy fizycznie robić to, co w każde chwili, ak sam przyzna esz, myślą zrobić możemy, nie wytrąca ąc naszych bliźnich ze stanu, który dla nich może na lepszy est właśnie? Pamięta , że gdy z pęt fizycznych przez tak zwaną śmierć się uwolnimy, czyn nasze myśli będzie dla nas rzeczywistością edyną… — Trzeba wierzyć… — Tak. Trzeba wierzyć — powtórzył Tedwen poważnie. — A ten świat, ten świat dookoła, czyż ma się dale toczyć taką drogą, aką dotąd się toczy? Starzec oparł dłoń na ramieniu Jacka. — Twó wynalazek na właściwe tory go nie sprowadzi. — Gdyby władzę mieli na lepsi… — Chcesz władzy? — Nie złączyłem się z Grabcem. Nie wiem, czy umiałbym władzę wykonywać. Żal mi świata mo ego, w którym ży ę codziennie. Ale… — Co? — Zda e mi się, że dobrowolnie a niedołężnie poza życiem zosta ę, i wstydzę się tego czasem. Lord Tedwen milczał przez parę chwil. Oczy ego, szeroko rozwarte, zdawały się błą- dzić gdzieś po latach minionych, co ze wspomnień żywo przed nim wstawały… Otrząsnął się wreszcie i zwrócił ku Jackowi. — Cóż można zrobić dla tego życia, dla współżycia ludzi racze ? Wiesz o tym, że miałem a władzę, ak może nikt inny… — Tak. — I porzuciłem ą. Czy wiesz dlaczego? — Nie dawała ci, mistrzu, zadowolenia; wolałeś pracę ducha swo ego… Mędrzec potrząsnął głową z wolna, ale stanowczo. — Nie. To nie o to idzie. Przekonałem się eno, że dla ustro u społecznego nic zrobić nie można. Społeczeństwo nie est wytworem rozumnym i dlatego doskonałe nigdy nie będzie. Wszelka utopia, od na starszych platońskich począwszy, przez ciąg wieków aż po dni dzisie sze, aż po sen Grabca two ego, utopią na zawsze pozostanie: dopóki się roi po książkach, budu e się gmach z kart, nie dba ąc o prawo ciężkości, ale z chwilą gdy się rękę do dzieła przyłoży, widzi się nowe zło, które na mie scu dawnego, usuniętego powsta e. Współżycie ludzi doskonałe, ustró idealny to problemy z natury swe nieda ące się roz- wiązać. Zgoda est po ęciem sztucznym, wyrozumowanym; w przyrodzie, wszechświecie i ludzkie społeczności istnie e tylko walka i przemija ąca, pozorna równowaga prących na siebie sił przeciwnych. Sprawiedliwość est postulatem uwodzącym i niezmiernie po- pularnym, gdyż właściwie z ludzkiego stanowiska nic rzeczywistego nie oznacza i każdy może ą sobie inacze rozumieć, i słusznie, gdyż właściwie dla każdego powinna by być inna sprawiedliwość, a tymczasem społeczeństwo est edno lub chce być ednym przy- na mnie . W końcu to obo ętne, czy włada lud czy tyran, mędrcy wybrani czy szalona zgra a krzykaczy: zawsze ktoś est uciśniony, zawsze komuś est źle, zawsze akaś krzywda się dzie e. Ktoś zawsze musi cierpieć. W ednym wypadku większość cierpi, w innym nieliczni, ale może na lepsi, a zresztą chociażby eden tylko cierpiał pokrzywdzony, ten właśnie, któremu kazano być „równym”, gdy on się przypadkiem na samowładcę urodził. Któż oceni, kiedy większa krzywda się dzie e, i kto wymierzy prawo, akie człowiek każdy na J Ż  Stara Ziemia  świat ten ze sobą przynosi? Oddanie słuszności edne zasadzie est pogwałceniem drugie , nie mnie „sprawiedliwe ”, i tak zawsze, bez końca. Zamilkł na chwilę i przesunął dłonią po wysokim, zmarszczkami pooranym czole. — Nie znaczy to — pod ął znów, wzrok na milczącego Jacka zwraca ąc — abym sądził, że nie trzeba się starać o poprawienie istnie ących każdego czasu stosunków. Ale robić to mogą, nawet muszą, ludzie ma ący złudzenia, to est wierzący, że to, co zrobią, będzie lepsze od tamtego, co było. Takich nigdy nie braknie, leży to uż w ludzkie naturze. — Ty sam tak myślałeś, mistrzu — wtrącił Jacek. Tedwen skinął głową. — Ja sam tak myślałem, z górą pół wieku temu, kiedy młody byłem eszcze… A póź- nie , straciwszy tę wiarę, myślałem znowu, że kiedy nie można wszystkich zadowolić i idealnych „sprawiedliwych” stworzyć stosunków, to niechże przyna mnie będzie wiele, ak na więce dobra do podziału… Wiesz, że przez szereg lat „uszczęśliwiałem ludzkość” wynalazkami, ażem się w końcu przekonał, że i to est nic… Hawel hawolim, omar kohe- leth, hawel hawolim, hakol hawel… „Marność marności, powiedział kaznodzie a, marność marności, wszystko marność!”. I to nie est droga właściwa. Z wynalazków, z odkryć, do- brodzie stw, ułatwień, korzysta ą przede wszystkim ci, co i tak są syci, a na mnie warci w społeczności: większość olbrzymia, gnuśna i bezmyślna. Wynalazki wzmaga ą tylko te „zalety” tłumu… — Więc sądzisz, panie, że robić ich nie potrzeba, nie warto? — Czyż przeto mnie by się po awiały, gdybym powiedział, że nie potrzeba ich robić albo nie warto? Zawsze będą ludzie, których myśl z przyrodą się zmaga i zaprzęga ą do służby człekowi. Są oni pożyteczni, a nadto są ludźmi edynymi. Pomyślałem, że o nich chodzi przede wszystkim, a nawet może edynie o tych, co są mózgiem i duszą ludzkie społeczności. Stary uż byłem, kiedym się ął zawodu nauczycielskiego. Chciałem, aby ak na więce prawdziwych, myślących ludzi było na świecie. Znasz mnie z tych czasów; i tyś słuchał mych słów, synu ukochany. — Błogosławimy cię wszyscy, nauczycielu. — Niesłusznie. Jeszcze raz przytoczyć muszę kaznodzie ę: „Kto wiedzę mnoży, przy- czynia boleści”. Patrzę na was, ludzkości kwiat i światłość Ziemi, i widzę was dumnych, ale smutnych, wplątanych w kołowrót świeckich wypadków, wysila ących ducha na tak zwany pożytek tłumu przepaścią od was oddzielonego. Mo a to wina, że tę przepaść wi- dzicie i czu ecie, mo a wina, że myśl wasza znużona przelatu e nad pustką ostateczną, nie mogąc znaleźć odpocznienia, ak orzeł na szerokich skrzydłach nad wodami oceanu zbłąkany… A cóżem a wam dał w zamian? Jaką prawdę niewątpliwą? Jaką wiedzę? Jaką moc? Zaiste, że zbyt mało wiem a sam, abym mógł być nauczycielem… Wszystko, co wam mówiłem o wszechświecie i bycie, było tylko rozszarpywaniem rzeczywistości, aką oczy wasze zna ą, a niestety — niestety! — na żadne „dlaczego?” nie umiałem wam dać osta- teczne odpowiedzi. Dlatego to właśnie pewnego dnia zamknąłem się przed swymi uczniami, pragnąc znaleźć wpierw mądrość dla siebie, w tych dniach ostatnich, które mi eszcze do żywobycia zostały… Dzisia niewiele mi uż do stu lat niedosta e⁹²: od dwudziestu blisko pracu ę w samotności i skupieniu. — I co nam masz do powiedzenia dzisia , nauczycielu? — zapytał Jacek. Zdawało się, że lord Tedwen nie słyszy pytania. Wsparł czoło wysokie na dłoni i pa- trząc przez okno na szerokie, rozkołysane letnim wiatrem morze, mówił z wolna głosem rozpływa ącym się niemal w szepcie: — Trud życia est uż poza mną i wysiłek wszelki, aki myśl ludzka zdolna była po- nieść. Wychodziłem na szczyty na wyższe, kędy uż oku ginie oddalony świat i pustka est naokoło, i zaś zstępowałem w głębokości takie, kędy uż znowu pustka est eno. Nie uląkłem się żadnego pomyślenia i żadne istności nie uważałem za nietykalną, bada ąc ą owszem aż do ostatnich korzeni, rozrywa ąc na włókna na pierwsze… — I co nam powiadasz dziś, nauczycielu? — powtórzył Jacek, nalega ąc. Starzec zwrócił nań oczy szeroko rozwarte, spoko ne. ⁹²niedostawać (daw.) — brakować. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  — Nic. — Jak to: nic? — Wszystko, com odkrył, est tylko patrzeniem na znany nam świat z bliska, z wnę- trza kropli wody, z wnętrza atomu albo drga ące cząstki elektronu, lub z takie odle- głości, gdzie giną szczegóły i różnice, a byt w edno równomierne morze się zlewa. Nie wyszedłem nigdzie poza doświadczenie, nie odpowiedziałem sobie na żadne „dlaczego?”, i przeto nie mam wam i dzisia nic do powiedzenia. — Ale co, co odkryłeś? Mów! W głosie Jacka zadrgała nuta natarczywe ciekawości człowieka, co dążąc na górę wy- soką i niedostępną, spotyka na drodze podróżnika, właśnie ze szczytu e wraca ącego. Starzec zawahał się przez edną chwilę. Wyciągnął rękę i zgarnął leżące przed sobą papiery — przez pewien czas przebiegał eszcze okiem kolumny cy i znaki, i drobne, na brzegach kart w pośpiechu robione zapiski… — Nihil ex nihilo… — szepnął. — Zmysłowy świat naprawdę i dosłownie est niczym. Wzniósł głowę. Budził się w nim genialny odkrywca, budził się nauczyciel… — Stara, przed wiekami wysnuta teoria tak zwanego „eteru” — począł mówić — upadła wobec zasady względności ruchu, nie mogąc się pogodzić z drugim fantomem myśli człowiecze , akim est materia… Dzisia dzieci w szkołach uż wiedzą, że świa- tło rozchodzi się z ednakową we wszystkich kierunkach szybkością, bez względu na to, czy źródło ego w ruchu est, czy w spoczynku… Gdybyśmy chcieli ten fakt pogodzić z istnieniem eteru ako przewodnika drgań, musielibyśmy przy ąć nie eden, ale tyle ete- rów wszechogarnia ących, niepodzielnych i bezgranicznych, ile est ciał zmienia ących względem siebie położenie we wszechświecie… A przecież musi być akiś ośrodek, kiedy przezeń falami idą z gwiazdy na gwiazdę strugi światła i ciepła, i elektryczności, kiedy edno ciało niebieskie ciąży ku drugiemu… Powstał i począł chodzić po poko u, ręce w tył założywszy. Naraz stanął nad Jackiem i dłoń mu wsparł na ramieniu. — Eter est — ozwał się — bez względu na to, ak go nazwiemy, nie ma tylko materii. To, co zmysły nasze od wieków za edyną rzeczywistość uważa ą, nie est nawet skupieniem sił, nawet zagęszczeniem ni rozrzedzeniem stałym eteru, lecz tylko pozorem śmiesznym, falą edynie, która idzie przez eter podobnie ak fala głosu przez powietrze. Nie ma rzeczy stałe ani istotne , zarówno słońca i systemy słońc, ak każda drobina, każdy atom i elektron są falowaniem tylko, z awą niesamoistną i mknącą po eterze, który wobec badawcze myśli ludzkie sam w edno wszechogarnia ące i nieskończone nic się rozwiewa… Materia est eszcze mnie niż niczym. Usiadł teraz i podparł dłońmi obiema czoło zamyślone. — Wszystko płynie: panta rhei… Jak płomień gazowy, który dla oczu naszych trwa, mimo że składa ą się nań coraz inne cząstki węgla z tlenem się łączące! Ale po płomieniu ślad akiś zosta e w nowym ciał połączeniu; fala materii bez śladu przemyka po eterze. Słońce w przestrzeń pędzące w każde minucie, sekundzie i setne sekundy z innych ro- zedrganych, pozór mu da ących cząstek eteru się tworzy i gdyby to drganie powstrzymać, zniknęłoby bez śladu i reszty ak tęcza, gdy promień światła zagaśnie. Zasada niezniszczal- ności materii i energii est kłamstwem myśli nasze , za stałą goniące wartością: wszystko w nic się obraca, z niczego wszystko powsta e. — Więc gdzież est prawda? Gdzie byt niewzruszony? — szepnął Jacek pobielałymi wargami. Robert Tedwen opuścił dłoń na rozwartą starą księgę, co na stole obok leżała. — Tuta . Patrz, czyta . Jacek nachylił się i ął czytać w mroku zapada ącego wieczoru. Stare, przed wiekami ręką w bukowym drzewie rznięte czcionki na pożółkłym, nie- zniszczalnym papierze odbite… „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo. To było na początku u Boga. Wszystko się przez nie stało, a bez niego nic się nie stało, co się stało. J Ż  Stara Ziemia  W nim był żywot, a żywot był światłością ducha. A światłość w ciemnościach świeci, a ciemności e nie ogarnęły…”. Oderwał oczy od kart i spo rzał ze zdumieniem w twarz mędrca posiwiałego. Wargi starca poruszały się z wolna, akby szeptem powtarzał zdania przeczytane: „Na początku było Słowo… ”. — Nauczycielu…? Zwrócił głowę w ego stronę. — Tak est. Wiedza mo a cała, które życie poświęciłem, zdolna była tylko edno wykazać: iż nie ma przeszkód, aby wierzyć. Te wszystkie śmieszne mary, te „oczywisto- ści”, które rzekomo Ob awieniu się sprzeciwia ą, tak się przed myślą mo ą badawczą roz- wiały, ak sen gorączkowy parną nocą śniony: przed pustką stanąłem, pustką niepo ętą, a wszystkorodną, którą Słowo edno wypełnić i zapłodnić est zdolne… Jedyną prawdą i rzeczywistością wśród płynące fali est duch. Z niego, dla niego i przezeń wszystko est: Słowo stało się ciałem. — Amen! — odpowiedział głos akiś z proga. Jacek wzniósł oczy. Pod ciężką kotarą drzwi, do dalszych izb gdzieś wiodących, stał ksiądz młody w czarne sukni, o suche zastygłe twarzy. W białych dłoniach książkę trzymał niewielką z krzyżem w pośrodku i ze srebrnym na rogach okuciem. Skinął głową i wskazał ręką okno otwarte, przez które właśnie wpadać poczynał odgłos bijącego gdzieś z dala dzwonu. Lord Tedwen powstał. — Oto mó nauczyciel — rzekł. — Na starość znalazłem źródło Mądrości i Prawdy, którą Bóg zsyła na świat ten przez usta pokornych… Jacek spo rzał na księdza, a chociaż mu się zgoła nie wydało, aby ten kapłan o tę- pych, twardych rysach był sługą Prawdy pokornym, nie rzekł ani słowa, głowę eno nieco pochyliwszy. Starzec tymczasem żegnał się z nim spiesznie. — Daru , lecz sam muszę pozostać; godzina codzienne modlitwy nadchodzi… Mrok uż gęstniał, kiedy Jacek wracał zadumany nad brzegiem morza do samolotu swo ego. Teraz dopiero przyszło mu na myśl, że właściwie stary nauczyciel nie dał mu żad- ne odpowiedzi ani nie usunął dręczące go wątpliwości, ak się ma zachować wobec ruchu, który za poduszczeniem Grabca lada dzień się rozpocznie… Przypomniał sobie także, iż eszcze wiele pytań miał zadać, że chciał opowiedzieć o przybyciu dziwnych z Księżyca posłańców, powtórzyć wieści o Marku, prawić o niepo ętym czarodzie u Nyanatiloce, ale brakło mu akoś czasu na to. Zresztą tam — wobec tego starca — zgubiło się to wszystko w ego własne świadomości… Przez chwilę myślał, czyby nie wrócić lub do następnego dnia nie poczekać, aby eszcze z sir Robertem pomówić. Uśmiechnął się sam do siebie i wzruszył ramionami. — Na co? Po co? Przecież i tak nic mi nie odpowie. Stary uż est i wiekiem przy- tłoczony… Przykrość mu sprawiało wspomnienie młodego księdza, którego widział tam — we drzwiach pracowni uczonego, zwłaszcza iż czuł, że włada on teraz duszą mędrca niepo- dzielnie. — Stary est i myśl ego osłabła… — szepnął znowu. Ale w te że chwili przypomniał sobie to, co mu ten starzec mówił o swoich odkry- ciach, przypomniał sobie pokryte cyami karty ego rękopisu, który miał w dłoniach; odwagę ducha, co się nie zawahał przed postawieniem teorii na pozór szalone i niepraw- dopodobne ; i wytrwałą bystrość asne myśli, która do ostatka ą prześledziła i niewąt- pliwym, dowodnym poparła rachunkiem — i uczuł, że nic uż nie rozumie… Usiadł na kamienne ławce na wybrzeżu i wsparłszy brodę na ręku, zapatrzył się w nie- bo pociemniałe nad morzem, kędy uż gwiazdy pierwsze błyskać poczynały… Myśli snuły mu się uporczywie około punktu ednego: J Ż  Stara Ziemia  — Ten ksiądz, ten młody, zastygły, nieznany nikomu ksiądz, który zawładnął umy- słem mędrca sławnego. Przeżuwał w duszy długo tę zagadkę niepo ętą dla siebie, aż naraz ak gdyby światło akieś, racze przeczucie… Nie ksiądz! Nie ten lub ów człowiek ułomny i niedoskonały, ale coś ogromnego, coś niewyrażonego, co z rozumem ludzkim zgodzić się nie chce, a w ludzkich duszach trwa i w tęsknotach, i w pragnieniach: Ob awienie…! Jakie? Czy e? Komu dane? Czemu to, a nie inne? Może to wszystko edno? Posiwiały mędrzec powiedział, że cała nauka i wiedza ego zdołały eno, ako czyn na większy, rozkruszyć rzekome oczywistości, co niby na przeszkodzie sto ą Ob awienia i wiary… Może w istocie nauka nie robi nigdy nic innego, ak tylko to, że zwite zmysłami naszymi sieci pozorów rozsuwa, aby światło mogło przez nie przeniknąć? Twórcza moc est gdzie indzie i o tym, co ona tworzy, wiedzieć nie można — w to tylko można wierzyć. Tworzy ludzki duch i duch wszechświata tworzy… „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo… ”. I pod ciężarem Słowa na bardzie znikoma nicość eteru rozfalowała się w siły, świa- tłem rozbłysła i ciepłem, zadrgała elektrycznością i poczęły iść przez nią dreszcze materii: elektrony, atomy, drobiny, w kosmiczny pył się zbija ące, w gwiazdy i słońca, i systemy słońc… i w gromady systemów, w mleczne drogi, w wszechświat. Słowo! „Wszystko się przez nie stało, a bez niego nic się nie stało, co się stało… ”. Błogosławieni ci, którzy wierzą! Błogosławieni, owszem, którzy nie widzieli, a uwierzyli! Jak wzbudzić w sobie ten płomień, mówiący ustawicznie „tak!” — edynie twórczy i da ący moc prawdziwą a spokó ? Wiara i czyn są ponad myśleniem i wiedzą, ale tak trudno, tak trudno, tak trudno rękami e z zewnątrz dosięgnąć, gdy się nie obudziły w duszy same. A zresztą — może to wszystko śmieszne są rzeczy, tęsknoty rozbudzone fantaz i eno, które nie należy dawać do siebie przystępu? Odrzucił w tył głowę. Nad morzem rozkołysanym, na niebie pośród gwiazd smuga światła olbrzymia, wo- dotrysk białego ognia, ginący mgłą rozperloną gdzieś u zenitu, asną głową nieomal o widnokrąg na zachodzie oparty… Kometa, która po awiła się niespodziewanie przed kilku dniami i za kilka dni, o Słońce się otarłszy, zniknie z ego pobliża na wieczność, na wieczność, na wieczność całą! Świecące nic, na miliony kilometrów przestrzeni rzucone, symbol i żywy obraz świata całego… Mimo woli przypomniał sobie, ak przed wiekami dawnymi obawiano się komet, ma ąc e za zwiastuny nieszczęścia lub wo ny, i w te chwili przyszedł mu na myśl Grabiec… Czyżby to była ego kometa…? Jego, który z czynem na świat ten chce iść, wzgardziw- szy dumnie wszystkim, co est tylko samym myśleniem? Kometa wiodła pono niegdyś Aleksandra i Cezara, Atyllę, Wilhelma Zdobywcę, Napoleona… Igraszka cieniów, cieniów bó , zwycięstwa cieniów… Jedyną prawdą est duch! Zamyślił się, twarz w dłoniach obu ukrywa ąc. II Właśnie pan Benedykt siedział w swoim gabinecie przy biurku zarzuconym fotografiami Azy, kiedy przyrząd automatyczny, od dawna uż zastępu ący niezręcznych a kosztownych loka ów, ozna mił mu, że ktoś pragnie się z nim widzieć. Zacny staruszek nierad był natrętowi. Po owym niefortunnym za ściu w Aszuan zmu- szony był zerwać wszelkie stosunki ze śpiewaczką, która więce na oczy nie chciała go wi- dzieć. Przez akiś czas nie mógł sobie dać rady zupełnie. Nazbyt przywykł do próżniacze włóczęgi po świecie i towarzyszenia divie, która wprawdzie nigdy przesadnie dlań łaskawą J Ż  Stara Ziemia  nie była, ale przyzwyczaiwszy się nawza em widzieć go koło siebie, nieraz kpiny przy a- znym osładzała uśmiechem. Nie wiedział po prostu, co ma teraz robić ze sobą i z czasem swoim, którego naraz zaczął mieć bardzo dużo. Zbyt cenił swą wartość — chociaż byłby w kłopocie, gdyby mu kazano określić, na czym ona polega — aby nie być przekonanym, że wcześnie czy późnie Aza zatęskni za nim i błąd swó uznawszy, w skrusze a pokorze zawezwie go znowu do siebie. Ale tymczasem tygodnie mijały w próżnym oczekiwaniu, a śpiewaczka znaku życia nie dawała. Wreszcie brakło mu cierpliwości i postanowił się zemścić. „Ożenię się — pomyślał — i o nie nie chcę uż wiedzieć!” Nie wiadomo dlaczego zdało mu się, że e to straszną przykrość sprawi. Zatarł ręce zadowolony. Wyboru wprawdzie eszcze nie zrobił, ale to była uż rzecz na mnie sza. Tyle est dziewcząt młodych i biednych, do ciężkie pracy albo do występów gdzieś na małe scence zmuszonych, które będą szczęśliwe, gdy bogaty emeryt raczy im mie sce u boku swego ofiarować… Zabrał się zaraz do dzieła, to znaczy postanowił Azę zawiadomić o swoim postano- wieniu… Zapytał w centralnym biurze adresowym o mie sce e pobytu i kupił melancholijną, liliową ćwiartkę listowego papieru. Przyszło mu na myśl, że razem z listem należałoby Azie zwrócić e fotografie. Nie był tylko pewien, czy wraz z nielicznymi, które z rąk e własnych różnymi czasy otrzymał, ma e też odesłać to mnóstwo skupowane po sklepach, którym stroił dumnie ściany swego gabinetu i szuflady biurka zapełniał? Po głębszym namyśle dla większego wrażenia postanowił przesłać e wszystko razem. Skrzynka była uż przygotowana i właśnie żegnał się z fotografiami, układa ąc w myśli zwroty listu, aki miał napisać, gdy gość mu się ozna mił. Pan Benedykt zaklął z cicha, ale nie mnie przeto siarczyście. Nie miał sposobu ukryć rozrzuconych portretów. Składanie ich do szuflad zbyt wiele by czasu za ęło, a nie chciał ich oddać na pastwę oczom przybysza… Kręcił się tedy przez chwilę niezaradnie, aż nagle pomysł genialny strzelił mu do głowy: zd ął pokrowiec wzorzysty z obok sto ące so i przykrył nim całe biurko wraz z fotografiami. Po czym poszedł ku drzwiom i otworzył, naciska ąc równocześnie guzik, wprawia ący w ruch windę elektryczną. Za chwil parę w drzwiach przedpoko u stanął Łacheć. — Ach, to ty… — Tak, to a. Uśmiechnęli się oba kwaśno. — Dawno cię nie widziałem. — I a również dawno nie widziałem wu a… Przeszli do gabinetu. Łacheć przybył do pana Benedykta z myślą wprost rozpaczliwą wyciągnięcia od niego eszcze akie ś pożyczki. Po owe nieszczęśliwe grze w Aszuan zostało mu tyle grosza zaledwie, że mógł na tańszym pociągiem wrócić do Europy. Zniknął też tak nagle, że ani Halsband, nierad go z rąk wypuszczać, ani szuka ący go Grabiec nie wiedzieli, gdzie i kiedy się zgubił… Od samobó czych myśli, pod wpływem rozdrażnienia w nim wybu ałych, ocaliła go akaś wewnętrzna, uparta, chłopska tężyzna, a nade wszystko pomysł nowy dzieła muzycz- nego, zwycięski, tryumfalny, mocy pełen i pełen śmiechu bogów, rodzący się w duszy nie wiadomo skąd w chwili na większego zgnębienia… Odkąd pierwsze twórcze zary- sy w głowie mu zama aczyły, nie był uż zdolny myśleć o niczym innym. Wszystko mu znikło sprzed oczu oprócz ednego wielkiego pragnienia: stworzyć, napisać, usłyszeć! Parę tygodni, parę miesięcy spoko u! Trochę możności skupienia się i pracowania, bez konieczne pamięci o tym, że trzeba eść, mieszkać, zarabiać! Wiedział, że od wspaniałomyślnego Halsbanda każde chwili w formie zaliczki akąś sumkę podłą może dostać, ale wiedział również dobrze, iż w takim razie edne godziny spoko u mieć nie będzie, nagabywany wciąż: „co robi?”, „czy wnet uż skończy?”, „kiedy do obowiązkowych za ęć powróci?”. Pomyślał o wu u Benedykcie ako ucieczce ostatnie i postanowił go złupić za wszelką cenę. Myśl o te operac i konieczne nie była mu przy emna. Miał wstręt nieprzezwycię- Pieniądz, Nienawiść J Ż  Stara Ziemia  żony i aż bolesny przed wszelkim poniżaniem się, prośbą, dziękczynieniem — i przez dziwaczną „konsekwenc ę” duszy ludzkie uczuł z góry nienawiść do wu a za to, że ma zamiar pieniędzy odeń pożyczyć. Teraz, siedząc naprzeciw niego po drugie stronie biura, pokrowcem ze so ścią- gnionym przykrytego, patrzał nań z wściekłością nielicu ącą zgoła z zamiarem, aki go tu sprowadził, i poruszał żuchwami, akby miał ochotę zacnego staruszka zemleć w zębach bez litości. — Jakże się miewasz? — ozwał się pan Benedykt po głębszym namyśle. — Jak na gorze — zgrzytnął Łacheć. Pan Benedykt uczuł ochotę powiedzenia siostrzeńcowi czegoś przy emnego. — Podobała mi się muzyka two a dla pani Azy napisana. Łacheć podskoczył na krześle. — Podobno zarobiłeś mnóstwo pieniędzy? — Przegrałem wszystko. — O! Wzniósł brwi wysoko i patrzył przez chwilę na kuzyna, kiwa ąc głową smutno i z wy- rzutem. A potem rzekł niespodziewanie: — Żenię się. — Czy wu osza…! Urwał w połowie wyrazu i wypluł ze siebie niby uprze mie: — Winszu ę. A z kim, eśli wolno zapytać? Pochylił głowę, aby ukryć uśmiech złośliwy, i w te chwili wzrok ego padł na połowę twarzy Azy, spod pokrowca na biurku wygląda ącą. Oddech mu zaparło dzikie pode rzenie; chwycił pokrowiec oburącz, aby go odrzucić, ale pan Benedykt czuwał. Przyparł dłońmi tkaninę i tak mocowali się przez parę chwil, aż wreszcie muzyk zwyciężył. Za zdartą szmatą posypały się fotografie na podłogę całą kupą. Pan Benedykt, zarumieniony ak młodzieniaszek, schylił się, aby e zbierać, a Łacheć pobladł. Wbił oczy w tę twarz, z setki kawałków kartonu doń wygląda ącą, i zacharczał głosem stłumionym: — Z kim? Z kim się wu żeni? — Nie wiem eszcze! Czyś ty zwariował? Po co to rozsypałeś? Muszę odesłać… Ożenię się w na bliższych dniach, ale nie wiem eszcze z kim. Łacheć wybuchnął śmiechem. — A, tak to co innego! — Jak to co innego? — sapał zaczerwieniony z wysiłku emeryt. — Pomóżże mi zbierać. Licho cię nadało czy co! Przecież a to muszę odesłać! Muzyk zmieszał się nagle i onieśmielił… Potrąca ąc krzesło, przypadł na kolana i po- czął zgarniać niezgrabnie fotografie rozsypane, bąka ąc akieś wyrazy usprawiedliwienia wobec zrzędzącego wciąż staruszka. Wreszcie robota była ukończona. Usiedli znowu na- przeciw siebie i rozpoczęli dziwnie za mu ącą rozmowę, podczas które każdy z nich myślał co innego, niż mówił. Panu Benedyktowi świrowało wciąż w głowie, po kiego licha sio- strzeniec nawiedził go o te porze mało właściwe , a Łacheć, opowiada ąc akąś wymyśloną historię, grał w myśli ze sobą w cetno i licho: „pożyczy czy nie pożyczy?”. W końcu nie mógł uż wytrzymać. Przerwał zdanie w połowie i zagadnął niespodzie- wanie: — Wu u, estem w nędzy. Pomocy mi trzeba… Pan Benedykt zamilkł. Przez pewien czas przypatrywał się gościowi, rusza ąc brwiami białymi i głową kiwa ąc poważnie, aż się tamtemu to nareszcie znudziło. Zagadnął po raz drugi: — Czy nie mógłby mi wu … dopomóc? I teraz pan Benedykt nie od razu odpowiedział. Powstał naprzód, przeszedł się po poko u i chrząknął parę razy. — Mó drogi — zaczął — powinien bym ci właściwie robić wyrzuty, że esteś lekko- myślny… Istotnie w Aszuan nie trzeba było grać, lecz grosz zarobiony tak niespodziewanie schować dobrze… Łacheć powstał, ażeby ode ść. Pan Benedykt dostrzegł ego zamiar i u ął go kordialnie za ramię. Uśmiechnął się nawet dobrotliwie. J Ż  Stara Ziemia  — Siada , siada ! Przecież ci nie odmawiam! Żenię się, ak powiedziałem. Chciałbym zatem i tobie dla pamięci sprawić przy emność… Podszedł do biurka i wysunął edną z szuflad. Przerzucał coś długo, aż wydobył wresz- cie parę ćwiartek zapisanego papieru. Przebiegł e szybko oczyma. — Jesteś mi winien dwa tysiące sto szesnaście sztuk złota… Oto two e rewersy. — Tak. Gdyby teraz eszcze taką sumę… choćby połowę… — Na bieżącą srebrną monetę to zamieniwszy, będziemy mieli… — Gdyby teraz choć czwartą część tego… — Powiedziałem ci uż, że się żenię. Nie chciałbym, aby w takie chwili coś między nami… Two a matka była mi akąś siostrą cioteczną… Pan Benedykt był istotnie roztkliwiony. Przełknął ślinę i rozwarł szeroko wilgotne oczy. Bohaterskim a serdecznym ruchem wyciągnął dłoń z kwitami w stronę zdumionego Łachcia. — Masz! Od te chwili nic mi uż winien nie esteś! Darowu ę ci dwa tysiące sto szesnaście złotników. Przy mij to dla pamięci matki twe . Głos mu zadrgał ze wzruszenia. Łacheć oniemiał, zupełnie oszołomiony takim niespodziewanym obrotem rzeczy. Widział, że wu stoi i czeka, aby on mu się rzucił na szy ę lub przyna mnie podziękował, bąknął tedy coś niezrozumiałego i wsunąwszy własne rewersy do kieszeni, ak gdyby one rzeczywiście akąś wartość miały dla niego, zaczął się zbierać do ode ścia. Pan Benedykt poruszył się niecierpliwie. Znać było, że est zdumiony chłodnym za- chowaniem się siostrzeńca wobec swe ho ności i ma eszcze ochotę coś powiedzieć… Jakoż zatrzymał go na progu. — Słucha — rzekł, nieco ta emniczego podźwięku słowom swoim nada ąc — ale tyś mi przez trzy lata nie płacił zgoła procentu… Kapitał ci podarowałem, ale procent… wi- dzisz… a się teraz żenię, będę miał znaczne wydatki… Jeśli nie masz przy sobie, to przyślij mi za kilka dni procent zaległy. Niech uż między nami wszystko będzie wyrównane! Uścisnął go serdecznie i wrócił do poko u. Nie mógł zgoła zrozumieć, dlaczego się Łacheć nie cieszył, lecz owszem, wychodząc, takie na niego rzucił spo rzenie, akby go chciał wzrokiem uśmiercić. Westchnął głęboko i boleśnie nad ludzką niewdzięcznością, uśmiechnął się łzawo do własne szlachetności i z uczuciem spełnienia dobrego czynu siadł przy biurku, aby pisać list do Azy. Tymczasem Łacheć, wyszedłszy z domu wu a, począł się włóczyć po ulicach miasta bez myśli i celu. Ogromne lampy elektryczne, błękitnym oszkleniem złagodzone, zalewały światłem chodniki szerokie, pełne przechadza ących się wieczorem tłumów… Od dawna zniesiono uż stary i śmieszny zakaz otwierania sklepów nocą. Obecnie magazyny zamykane bywały od edenaste do piąte po południu, a za to do północy i dłuże świeciły rozlśnionymi wy- stawami, pełne ruchu, gwaru i przesypu ącego się ciągle wraz z ludźmi złota. Złoto sypało się zresztą wszędzie, płynęło rzeką, to rozprysku ąc się na boki, ak woda w kroplach, to spływa ąc w innym mie scu w edno szersze koryto… Dźwięk ego nieustanny słychać było u we ścia do olbrzymich, licznych teatrów, sal koncertowych, cyrków i bio-fono-skopów — we drzwiach kawiarni, gdzie w przerwach między głosem fonografu (Halsband and Co, Ltd.), wykrzyku ącego na przemian ostatnie depesze i arie na modnie szych śpie- waków, niby skromnie odziane, a ednak obrzydliwie nagie tancerki wierzgały nogami w czarnych, siatkowych trykotach; w bankach, na intensywnie teraz pracu ących; w za- mtuzach, urządzonych z niesłychanym przepychem i przeto wyższych ponad wszystkie ograniczenia polic i publiczne obycza ności; i wszędzie, wszędzie, gdzie tylko było oko zwrócić lub stopę. Krążącym tłumem potrącany, spychany z chodnika i znów ustępu ący z drogi licz- nym samochodom, środkiem ulicy pędzącym, szedł Łacheć, dokąd nogi go niosły, nie wiedząc zgoła, gdzie idzie i co utro będzie robił. Nie umiał uż nawet myśleć o swoim położeniu. Poprzez gwar rozmów, krzyku, nawoływań, świstu syren i wrzasku trąbek sa- mochodowych, chrapania obrzydliwego samogra ów i zgrzytu kół hamowanych wpadały w uszy Łachcia akieś okruchy, strzępy oderwane muzyki ego własne , co, zda się, z du- szy mu wybuchła, otacza ąc na chwilę dobroczynną falą głowę ego umęczoną… Stawał J Ż  Stara Ziemia  wtedy na moment w tłumie ulicznym, setki mil odeń myślą odległy, i chwytał dźwięki przelatu ące, nim zginą, nim e rozgwar zwycięski porwie i zagłuszy. Lecz oto znowu ktoś go potrącił, ktoś nazwę świeżo wyszłego dziennika w ucho mu wrzasnął albo stróż porządku publicznego iść mu dale kazał, by nie tamował ruchu swobodnego, więc znów się zbierał pospiesznie i szedł przed siebie, ak gdyby rzeczywiście dokądś zdążał wśród tego zamętu. Stanął nareszcie we wnęku⁹³ akie ś bramy, nie wiedząc właściwie, dlaczego sta e. Miał wrażenie, że się zna du e kędyś w dobrze sobie znanym mie scu. Wzniósł głowę. Przed nim, po drugie stronie ulicy, widniał napis olbrzymi, ozdobnie i poniekąd zalotnie z ko- lorowych lampek ułożony: „Halsband and Co, Ltd. — Udoskonalone Gramofony”. Żachnął⁹⁴ się ak koń, którego spłoszy nagle pęka ąca pod nogami petarda. Z okien gmachu ogromnego brzmiała straszliwa kakofonia setki instrumentów dla próby snadź w ruch puszczonych: każdy z nich wygrywał co innego, edne śpiewały, inne, w których pokutowała akaś uwięziona orkiestra, ęczały rozpaczliwie, akby prosząc o litość nad własnym losem, a były i takie, co udawały równocześnie głosy zwierząt lub pijane krzyki kłócących się robotników na przedmieściu. Łachciowi włosy stanęły na głowie. Chciał uż uciekać od tego straszliwego piekła i więzienia swo ego, gdy nagle wpadł mu w uszy zwycięsko z gardzieli akiegoś potęż- nie szego instrumentu dobywa ący się, akby szyderstwo straszliwe, ego własny Hymn o Izydzie. Poznał słowa Grabca dosto ne a mocne i burzę swych dźwięków, i Azy głos… zniekształcony, sponiewierany w blaszane gardzieli… W oczach mu pociemniało; wsparł się plecami o mur i począł patrzeć na dom z tak straszną nienawiścią, z takim wrogim zapamiętaniem, że aż wargi mu drżały ponad od- słoniętymi zębami i ręce zwijały się w pięści, mocno, coraz mocnie , do bólu… Przez myśl przelatywały mu ak błyskawica różne straszne a niewykonalne pomysły: wysadzić budę w powietrze, potrzaskać wszystkie przyrządy. Halsbandowi gardło poderżnąć albo wsa- dziwszy mu w uszy dwie na głośnie ryczące machiny, na śmierć go nimi zawrzeszczeć… Naraz uczuł całą bezsilność swo ą i wtulił, akby zawstydzony, głowę między wyso- kie ramiona. Brwi mu się ściągnęły — patrzył teraz ponuro przed siebie akimś tępym, zmartwiałym wzrokiem… Trwał tak długo bez myśli prawie, gdy nagle poczuł, że ktoś mu kładzie dłoń na ramieniu. Odwrócił się. Obok niego stał Grabiec. — Szukam pana od dawna… Pó dź pan ze mną. Łacheć mimo woli posłuchał tego głosu rozkazu ącego i nie pyta ąc nawet, dokąd go wiedzie, zapuścił się z Grabcem w sieć słabie oświetlonych bocznych uliczek. Szli przez długi czas w milczeniu. Minąwszy dzielnice ro ne i gwarne, pełne skle- pów błyszczących, przedostawali się właśnie ku ogromnym fabrykom na krańcach miasta, gdzie noc i dzień za czarnymi murami gorączkowa wrzała robota. Drogi tu były i dziedziń- ce przeważnie niebrukowane, lecz tylko okruchem i żużlem węgla na pewną wysokość pokryte; mie sce łagodnych świateł ze śródmieścia za mowały nieosłonięte lampy łukowe, wygląda ące na wysokich masztach ak gwiazdy zawieszone na szubienicach. W askra- wym, zimnym ich blasku cienie padały czarne od kominów fabrycznych; od przesuwa ą- cych się raźno po szynach wagonów, od ludzi krążących. Ogromne okna zabudowań, na drobne, od pyłu wiecznego mętne szybki podzielone, buchały żarem światła, ak czeluście pieców akichś piekielnych. Grabiec przystanął z milczącym wciąż Łachciem w załomie muru. Była właśnie pora, kiedy robotnicy w edne z fabryk zmienili się po zwykłe dwugodzinne pracy, ustępu ąc mie sca świeżym zastępcom. Przez szeroko rozwarte drzwi wpłynęła fala ludzi milczących, w spodnie szare i bluzy płócienne eno odzianych. Widać ich było doskonale, ak rozsuli się po hali ogromne , sto ąc w gotowości tuż za za ętymi przy maszynach robotnikami. Ten i ów zakasał rękawy, roztarł dłonie stwardniałe… Zabrzmiał pierwszy dzwonek; twarze oczeku ących przy ęły wyraz tępy a czu ny. Na drugi znak setka ludzi nagle od maszyn odstąpiła i w te że same chwili, bez sekundy przerwy, sto nowych rąk opadło na dźwignie, pochwyciło ręko eści regulato- ⁹³we wnęku — dziś r.ż.: we wnęce. [przypis edytorski] ⁹⁴żachnąć się — okazać oburzenie, zniecierpliwienie, gniew, niecierpliwość; obruszyć się. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  rów, wparło opuszczone czopy. Uwolnieni, gromadząc się w pośrodku, przeciągali teraz wolno i leniwie mięśnie znużone, akby z kataleptycznego snu akiegoś zbudzeni, słowa urywanych rozmów towarzyszom rzucali, stawali się ludźmi na powrót. Przy maszynach niestrudzonych stały uż nowe manekiny. Z otwartych drzwi poczęła się fala ludzi wysypywać na dziedziniec obszerny. Grabiec przebiegał bystrym okiem mija ących go robotników, aż naraz postąpił ku ednemu z nich. — Józwa! Zagadnięty obrócił się i zatrzymał. Chłop ogromny, ryży, o ponurym we rzeniu. W młodych oczach tlił się dziwny płomień uporu i stanowczości. — To wy, Grabiec? — Tak. Robotnik spo rzał pode rzliwie na Łachcia. — A kto to przyszedł z wami? — Nowy towarzysz. Mnie sza o imię. Pó dźmy. Wysunęli się z mija ące ich gromady, zwraca ąc kroki ku wielkie tawernie w pobliżu, gdzie nocną porą po pracy zbierali się robotnicy na odpoczynek i zabawę. W obszernych izbach tłumnie było i gwarno. Łacheć patrzył z za ęciem i nie bez Rewoluc a pewnego podziwu na twarze te i postacie ędrne, silne, zwaliste, tak inne od tych, które widywał przez całe życie swo e w śródmieściach, na teatrze, na ulicy, w biurach urzęd- niczych i w kawiarniach. Przepaść oddziela ąca masy robotnicze od reszty społeczeństwa wzrosła w ciągu wieków tak dziwnie i niepo ęcie, że tam „na wyżynach” cywilizowanego motłochu nie wiedziano prawie o ich istnieniu… Usiedli w kącie przy osobnym stoliku. Korzysta ąc z chwili, kiedy się Józwa oddalił dla wydania służącemu poleceń, czy też rozmowy z akimś zna omym, Grabiec zagadnął Łachcia, głową na tłum wskazu ąc: — Czy wie pan, co to est? Łacheć spo rzał mu w oczy. — Morze, morze, które trzeba rozkołysać, rozwichrzyć, wzdąć i zalać nim świat… W głowie Łachcia, dotąd oszołomione , nagle coś błysnęło, zdawało mu się, że zaczyna rozumieć… — I pan chce…? Grabiec skinął głową, wzroku zeń nie spuszcza ąc. — Tak. — I pan mnie wezwał…? — Tak. — Aby uż nie było Halsbandów, gramofonów, starych emerytów? — Tak est. Aby nie było nic z tego, co est. Jeno wielkie morze, chłonące brud ziemi, a nad nim rozkazu ący falom bogowie. Józwa zbliżył się do nich i usiadł ciężko na krześle. Zaczęli rozmawiać, pochyla ąc głowy ku sobie. Początkowo Łacheć tym, co mu Gra- biec rzekł, oszołomiony, nie mógł powiązać treści dolatu ących go słów. Patrzył tylko na te dwie głowy ku sobie pochylone, tak bardzo różne, a edną akąś myślą w te chwili ob ęte. Oczy Józwy otwierały się ciężko, gdy mówić zaczynał, i trwały nieruchomie roz- warte, uporczywe, twarde. Słowa wypowiadał wolno, każde z osobna, z na zupełnie szym, niemal obo ętnym spoko em na pozór, ale chwilami znać było, że drga gdzieś pod nimi nieubłagana, obłędna nienawiść i moc, wysiłkiem woli tylko od wybuchu powstrzymy- wana… Twarz o niskim czole pod okrągłą czaszką wydawała się na pierwsze we rzenie tępą i niemiłą. Gdy e się ednak Łacheć po kilku chwilach lepie przypatrzył, przyszło mu do głowy, że ten człowiek nie może być tylko robotnikiem… Zaczął zwracać uwagę na ego słowa. — Grabiec — mówił Józwa, pięściami obiema wsparty na stole — czy wy myślicie, żem a po to zszedł między robotników i dziesięć lat życia spędził w ogłupia ące pracy fabryczne , aby dzisia spełniać czy ekolwiek życzenia? Słucha cie mnie, Grabiec, mnie dobro niczy e zgoła nie obchodzi, utopii nie piszę, o przyszłości ludzi nie marzę. Ja tylko wiem, że trzeba, aby czasem na wierzchu było to, co przez wieki całe bywało na dole, aby ognie podziemne wybuchały na zewnątrz… Co utro będzie, utro pokaże. J Ż  Stara Ziemia  — Jednakże nie wzbraniacie się iść ze mną? — wtrącił Grabiec. Po szerokich wargach Józwy uśmiech przebiegł nieznaczny. — Nie ma powodu wzbraniać się — odparł. — Na razie cel est wspólny. Jeno że wy chcecie nas, dzicz, ak myślicie w duchu, użyć za narzędzie, a a się śmie ę i z tego, i z was. Na lepie sprawę postawić asno i otwarcie. W waszym przekonaniu ze zwycięstwa, z naszą pomocą otrzymanego, skorzystacie wy, mędrcy, uczeni, artyści i coś tam podobnego. A a wam powiadam, że nie my wam, lecz wy nam późnie służyć będziecie, o ile naturalnie przy dzie nam ochota korzystać z tego, co wy możecie dać. — Czas to pokaże. Wyzyskać was nie chcemy. — Chcecie. Ale mnie sza o to. Macie słuszność, że czas wszystko pokaże. Na razie nie ma o czym mówić. Teraz nam i wam chodzi tylko o edno: o zniszczenie tego, co est, o zgnębienie rozpanoszonego środka, o przewrót. Idziemy razem… Gruzy zostaną tam, gdzie prze dziemy, zgliszcza i krew. Łacheć słuchał z zapartym oddechem — myśli akieś nowe, winu mocnemu podobne, do głowy mu uderzały. III Była godzina południowa, kiedy samolot Jacka, wraca ącego od lorda Tedwena, opadł na platformę dachową domu ego w Warszawie. Jacek wyskoczył szybko z siedzenia i za- dzwoniwszy na mechanika, aby się za ął maszyną, zbiegł po schodach na dół. Ogarniał go dziwny niepokó , którego sobie nie umiał wytłumaczyć: pilno mu było do pracowni. Miał wrażenie, akby się tam stało coś pod ego nieobecność… Myśl ta dręcząca naszła go w pewnym momencie podczas drogi, gdy wysoko ponad ziemią w powietrzu zawieszony na próżno eszcze śledził okiem we wschodnich krańcach widnokręgu miasta rodzinnego. Od te chwili pędził też z zawrotną szybkością, na większą, na aką stać było lotny ego po azd. Warczenie śruby, rozdziera ące oszalałymi śmigłami powietrze, łączyło się ze świstem wichru nieustannym; Jacek musiał założyć maskę na usta, aby umożliwić sobie w tym pędzie niesłychanym oddychanie… Krew biła mu w skroniach, pulsa⁹⁵ bolały po prostu od tętna przyspieszonego. Doznał pewne ulgi, gdy zobaczył, że dom ego stoi na dawnym mie scu niewzruszony. W wielkim, azbestowymi dywanami o świetnych barwach zasłanym przedsionku, tuż u drzwi pracowni spotkał służącego, który na łoskot opada ącego samolotu z dalszych wybiegł pokoi. — Co słychać? — Nic nowego, Ekscelenc o. Czekamy waszego przybycia. Jacek pomacał się po kieszeni, gdzie klucz miał od drzwi swo e pracowni. — Nikt o mnie nie pytał? — Nie. W ciągu tych dwóch dni nie było nikogo. — A przybysze z Księżyca? Służący uśmiechnął się. — Ma ą się dobrze. Tylko ten rozczochrany… Urwał. — Co takiego? — Ekscelenc a kazał zadowalać wszystkie ich życzenia. Ten rozczochrany wyda e ciągle rozkazy. Podołać im nie można. Mówi przy tym dziwnym ęzykiem, który doprawdy mało polszczyzny ma w sobie, i gniewa się, że go nie rozumiemy. Jacek skinieniem dłoni oddalił loka a i odkłada ąc na późnie przywitanie z karłami, włożył klucz do ta emnego zamka. Kilka naciśnień⁹⁶ i obrotów i drzwi rozsunęły się nagle na obie strony, ciemną czeluść otwiera ąc za sobą. Metalowe zasłony na oknach były pospuszczane; Jacek wyszukał dłonią guzik w uszaku drzwi i włożywszy w otwór poniże mały kluczyk, nacisnął. Fala światła wpadła przez naraz odsłonięte okna, ćmiąc mu źrenice. Raźnym krokiem przeszedł pierwszy okrągły gabinet, w którym zazwycza przy biurku pracował, i otworzywszy eszcze edne metalowe drzwi w ścianie ukryte, szy ą wąskiego ⁹⁵pulsa — dziś popr. forma M.lm: pulsy. [przypis edytorski] ⁹⁶naciśnienie — dziś: naciśnięcie. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  korytarza udał się do laboratorium swego prywatnego, które tym ednym prze ściem tylko przez gabinet ego ze światem się łączyło. Stanąwszy na progu drzwi, wydał mimo woli lekki okrzyk. Nad przyrządem, w którym zamkniona⁹⁷ była straszliwa ta emnica ego wynalazku, siedział nieruchomo człowiek akiś pochylony… Jacek ednym skokiem był przy nim. Człowiek powstał z wolna i odwrócił się. — Nyanatiloka! Patrzył przez edną sekundę w twarz buddyście, a potem nie pyta ąc nawet, ak się tu dostał przez zamknięte żelazem drzwi i okna, schylił głowę nad przyrządem… Jeden z drutów, przewodzących prąd elektryczny, był przecięty. Jacek spo rzał na wskazówkę zegara, natężenie prądu notu ącego — i zmartwiał! Drut został przerwany właśnie w te chwili, kiedy prąd, z niewytłumaczone przyczyny ponad miarę wzmożony, dochodził tego natężenia, że przyrząd mógł samorzutnie wybuchnąć… Jeszcze edna cząstka sekundy, a nie tylko dom ego, lecz miasto całe byłoby się zamieniło w kupę gruzów na poryte ziemi. — Już nie ma niebezpieczeństwa — rzekł Hindus, uśmiecha ąc się. — Prąd est przerwany. — Ty to zrobiłeś? Nyanatiloka nie odpowiadał. U ął Jacka za rękę i z wolna poprowadził do gabinetu z powrotem. Uczony dał się wieść ak dziecko, myśleć prawie niezdolny. Chaos akiś w głowie mu kotłował; bał się po prostu pytać Tró światowiednego, co się stało, tak mu się to wydawało nieprawdopodobnym i wywraca ącym wszelki porządek ludzkiego myślenia. Po akimś czasie dopiero, kiedy siedział uż w wygodnym fotelu przed swoim biur- kiem, ocknął się z oszołomienia i począł patrzeć na Nyanatilokę, akby ze snu zbudzo- ny, szeroko rozwartymi oczyma. Miał ochotę wyciągnąć rękę i dotknąć ego burnusa dla przekonania się, że ten człowiek stoi przed nim rzeczywiście, ale akiś wstyd go powstrzy- mał… Nie wiadomo, czy Nyanatiloka zaczątek ruchu ego zauważył, czy przeczuł myśl… — Czy sądzisz — ozwał się — że zmysł dotyku est pewnie szy od zmysłu wzroku? Przecież mnie widzisz oczyma. — Skąd się tu wziąłeś? — Nie wiem — odparł Hindus zupełnie szczerze. — Jak to, nie wiesz? Przecież to niepo ęte! W chwili, kiedym zamykał pracownię, przed dwoma dniami, wiem na pewno, że nikogo w nie nie było… — Wczora eszcze byłem na wyspie Ce lonie w towarzystwie mych braci… — Nyanatiloko! Mie litość nade mną! Mów prawdę! — Prawdę mówię. Dziś, przed godziną czy może przed dwiema, modląc się, uczułem nagle, że w pracowni two e dzie e się coś strasznego. Mimo na większego wysiłku nie zdołałem zrozumieć, co to est, nie mogłem więc powstrzymać katastro z odległości, a czułem, że nie ma chwili do stracenia. Jackowi kroplisty pot wystąpił na czoło. — Mów, mów dale ! — Niewiele est uż do powiedzenia. Zamknąłem wszystkie zmysły, aby mi pozór świata zewnętrznego nie przeszkadzał, i zapragnąłem znaleźć się tuta . Gdym oczy otwo- rzył, zobaczyłem drut przyrządu twego przed sobą: przeciąłem go. — Gdybyś się był zawahał przez edną ćwiartkę sekundy, byłbyś pod wpływem wy- buchu wraz z domem całym zamienił się w edno nic po prostu. Nyanatiloka uśmiechnął się, patrząc mu w oczy. — Nie wierzysz? — rzucił Jacek. — Czy wybuch maszyny two e zdolny est zamienić w nic to edno, co naprawdę est, ducha? Jacek zamilkł. Białymi dłońmi przetarł czoło kilkakrotnie i powstawszy, zaczął chodzić po poko u. Po chwili dopiero odezwał się: ⁹⁷zamkniony — dziś: zamknięty. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  — Nie mogę dziś mówić z tobą. Zbyt wielki chaos czu ę w głowie i estem po prostu myśleniem znużony… Dziwną rozmowę uż miałem wczora wieczorem, która mi eszcze z myśli nie wyszumiała. Urwał i przystanął — a potem naraz zwrócił się żywo ku Nyanatiloce. — Słucha ! Mów mi, co est duch! Ciągle, ciągle słyszę to słowo… Wiem wiele, a o tym ednym nie mam po ęcia, chociaż to est na bliższe, choć to est mną! I nikt o tym nie wie, nikt o tym nigdy nie wiedział! Czyż naprawdę zawsze tylko wierzyć w to trzeba, co est w człowieku głębią na istotnie szą? — Wierzyć, to mało — szepnął Nyanatiloka, patrząc przed siebie szeroko rozwartymi oczyma. — Trzeba wiedzieć koniecznie. — A ty wiesz? — Wiem. — Skąd? Jak? — Bo chcę. Jacek wzruszył ramionami z wyrazem zawodu w twarzy. — W błędne koło wchodzimy. Tak różny est sposób myślenia mó a twó , że snadź⁹⁸ nigdy nie do dziemy do porozumienia. Czyż wiedza może być od woli zawisła⁹⁹? — Tak. Jest od woli zawisła. Zaległo na chwilę milczenie. Jacek usiadł znów i wsparł głowę na dłoniach. — Dziwnie mi prawisz. Trudno mi uznać wyniki twego, tak niepo ętego dla mnie rozumowania. A ednak pociąga mnie to wszystko, ta wiedza two a spoko na i pewna, na akcie woli oparta. Mówże mi, czym est ten duch dla ciebie? — Duch est tym, co est. Wszystko się stało przez niego, a bez niego nic się nie stało, co się stało. Jackowi zama aczyła w oczach ogromna siwa głowa lorda Tedwena, nad księgą Ewan- gelii św. Jana schylona. — Więc i ty, i ty to samo… — szepnął. Nyanatiloka zdawał się nie słyszeć. — Świat powstał z ducha — prawił dale — duch est światłością życia i prawdą ego edyną, a co naokół niego, to pozór edynie zeń wysnuty i na razie przemija ący. Duch stał się ciałem… — A eśli zamrze wraz z ciałem? — wtrącił Jacek mimo woli. Wschodni mędrzec uśmiechnął się. — Jestżeś zdolny¹⁰⁰ boda na chwilę tak przewrotną rzecz przypuścić? — Nie wiem nic. Przed tobą przyzna ę się otwarcie do tego, że nie wiem. Są ludzie, co twierdzą, że tak zwane ciało, bez względu na to, czym ono est, nie zaczątkiem, ale ostatnią fazą est ducha, który się weń ścina, aby się nareszcie uwolnić od prężności własne i zginąć z nim razem. — Nie ginie duch. Nie może zginąć to, co naprawdę est. — Więc aki ego los po śmierci ciała? Po stracie tych zmysłów, którymi widzi, czu e, słyszy, po stracie mózgu, za pomocą którego myślał? Nyanatiloka nie spuszczał oka z mówiącego. — Wolny wtedy est. — I co? — Jest. Jedyną prawdę czerpie wtedy ze siebie, zamiast ulegać z winy zmysłów tak często innych duchów prawdzie lub śnieniu. — Nie rozumiem. — I rozumieć nie potrzeba, eno wiedzieć. Co robisz, gdy zamkniesz zmysły? — Śnię. — I duch, ostawszy sam, śni, eno że sen ten est wówczas dla niego rzeczywistością niewątpliwą i edyną, bo nic mu się z zewnątrz nie przeciwstawia. Skąd przypuszczasz, że to życie, w którym esteśmy oba obecnie, inną ma podstawę? Że est czymś… mnie niż ducha pomyśleniem: boć to przecie na wyższe! Może w życiu akimś innym, gdyśmy ⁹⁸snadź (daw.) — widocznie, prawdopodobnie. [przypis edytorski] ⁹⁹zawisły — tu: zależny. [przypis edytorski] ¹⁰⁰jestżeś zdolny — konstrukc a z partykułą -że; znaczenie: czy (czyż) esteś zdolny. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  się innego, choć również z woli wysnutego pozoru ciała zbywali, myśl nasza ostatnia zawiązkiem tego życia się stała, co trwa… — Tak, przypuśćmy. Ale dlaczegóż myślimy wszyscy to samo i podobną rzeczywistość duchem dla siebie tworzymy, bo przecie widzę to samo a, co i ty? — Bo duch w zasadzie est eden i przez przemiany różne do ostateczne dąży ed- ności, która snadź była kiedyś na początku, choć nie wiem, czy ten początek można brać w czasowym znaczeniu. — A to życie przyszłe? — Wiem, że będzie, dopóki się ze złud ostatnich, z obłędów woli, różności żądne , nie wyzwolimy; lecz nie wiem, akie. Może myślą swą ostatnią przed zmysłów zatrace- niem to nowe życie dla siebie stworzymy i każdy będzie miał w nim to na razie, w co wierzył, czego pragnął, spodziewał się lub czego się właśnie obawiał… Pomyśl, aka rzecz piękna i straszliwa zarazem: móc stworzyć życie nowe z ostatnie myśli swo e , rozwijać ą, wypełniać, urzeczywistniać! I ak trzeba pilnować te myśli ostatnie , aby nie była podłym strachem lub męką, bo w akimż piekle nieodwołalnym wtedy człowiek się pogrąża! — A wyzwolenie? — Nie pragnąć niczego! Święte i wielkie słowo, aż nazbyt często i świętokradzko nadużywane, byt wszechogarnia ący, niezmienny, pełny, istotny, błogostan ostateczny, pierścienia przemian zamknięcie: Nirwana. Bóg est otchłanią, otchłań est Bogiem, i my do Boga wrócimy! Jacek po chwili zamyślenia powstał i otrząsnął się. — Niepotrzebnie mówię z tobą dzisia o tych rzeczach — rzekł. — Myślenie nuży mnie teraz i do ostatnich granic wyczerpu e. Mam wrażenie, żem stracił chwilowo zdol- ność sądzenia: słowa two e w dziwny stan mnie wprowadza ą. Nie mów, nie mów mi więce . Bo ę się! Gdzie indzie muszę myśl teraz zwrócić… a głowę mam oszołomioną, niemocną… Tarł czoło rękami. Hindus powstał. — Pó dę — rzekł. — Odwiedzę cię kiedy indzie . Jacek zaprzeczył żywo. — Nie, nie! Pozostań. Wiele est rzeczy, co do których właśnie chciałem ciebie spytać o radę… Tylko teraz muszę nieco ochłonąć. Dotknął ręką dzwonka, wzywa ąc służącego. — Trzeba się przede wszystkim posilić — rzekł z wymuszonym uśmiechem. Służący właśnie wchodził. Jacek zatrzymał go we drzwiach skinieniem dłoni. — Przygotu nam śniadanie i poproś posłów z Księżyca, żeby tu do mnie przyszli… Po ode ściu loka a Nyanatiloka podniósł oczy na Jacka. — Jak zamyślasz postąpić wobec tych wieści o przy acielu twoim, Marku? Jacek tak uż był przyzwycza ony, że ten niepo ęty człowiek myśli ego czyta, nim w słowach się po awią, iż nie zdziwił się nawet, skąd może wiedzieć o wydarzeniach ostatnich tygodni. Wzruszył tylko ramionami i rozłożył ręce szeroko. — Nie wiem eszcze. Pode rzani mi są ci karzełkowie. Zda e mi się, że trzeba będzie nowy wóz zbudować i echać na Księżyc… Błysnęła mu akaś myśl. Urwał i spo rzał na Nyanatilokę. — Słucha , przecież ty byś mi mógł powiedzieć, co się z Markiem dzie e… „Bikhu” potrząsnął głową przecząco. — Nie wiem. Mówiłem ci uż raz, bracie, że wola ludzka nie posiada granic w swoim działaniu, ale wiedza est ograniczona i świadomość nie wszędzie dotrzeć zdoła. Zasady pozna e na głębsze, lecz wiele szczegółów est przed nią zakrytych, bo z obcych wynika ą źródeł. — A ednak wiesz zazwycza , co a myślę. — Gdy mówisz do mnie myślami, wiem. Uderzasz mimo woli myślami ducha mo- ego. Położył dłoń na ego ramieniu. — Da my temu ednak pokó w te chwili. Sam mówiłeś, że esteś znużony… J Ż  Stara Ziemia  Jacek uczuł, że nagle pod wzrokiem buddysty myśli poczyna ą mu się mieszać i coś, akby dziwnie słodka obezwładnia ąca mgła, całą istotę ego ogarnia… Błysnęło mu eszcze w świadomości, że on go wolą swo ą usypia; szarpnął się buntem wewnętrznym, chciał krzyczeć, uciekać i naraz cień go ogarnął nieprzemożny, gasząc świadomość ego do małe , maleńkie iskry, tle ące tym tylko uczuciem, że w cieniu istnie e… Stracił zupełnie poczucie czasu i mie sca, w którym się zna du e. Stan ten mógł trwać zarówno sekundę, ak tysiąclecie… Nie pragnął niczego, o niczym nie wiedział, nie czuł nic z zewnątrz siebie. Powoli, powoli akiś dźwięk, akaś mgła, zrazu tak gęsta i szara, że od ciemności róż- niąca się zaledwie, potem coraz aśnie sza, srebrna, w tuman obrzasku nieokreślonego się rozwiewa ąca. Dziecięca, bezinteresowna, prawie nieosobista ciekawość zaczęła się w nim budzić. Coś mu błysło przed oczyma niby zarysy kra obrazu dziwnego: zielone pola, nisko zawie- szonym słońcem oświetlone… Po akimś czasie zauważył, że nie umie ąc zgoła określić mie sca w przestrzeni, kędy sam się zna du e, widzi ednak dokładnie kotlinę obszerną, za- sianą stawkami okrągłymi o dziwne , nieznane u brzegów roślinności. Kotlina zamknięta była ze wszech stron niby pierścieniem olbrzymimi górami o śnieżne , poszarpane pile szczytów. Począł się zastanawiać, gdzie est i co tuta robi? Męczyło go to, że chłonąc na wy- raźnie wrażenia wzrokiem, nie może dostrzec ani poczuć siebie samego, własnego ciała, ak gdyby był czymś nieważkim i nieuchwytnym zgoła. Myślał właśnie o tym, gdy naraz poznał, że i przez słuch mimo swą niematerialność może odbierać z zewnątrz wrażenia. Dźwięk go akiś uderzył, coś akby zamęt bitwy: strzały, ęki, okrzyki. Teraz dopiero spostrzegł, że w pośrodku ogromne kotliny na turni wysokie wznosi się miasto. Naokoło walka wrzała rzeczywiście. Garstka ludzi szła prze- bo em przez napada ące ą zewsząd, z powietrza i z ziemi, chmary niby ptactwa, niby płazów skrzydlatych… Potwory czterookie na szeroko rozpiętych błonach unosiły się całym stadem, rażąc z góry pociskami odstrzeliwu ących się ludzi… Zdało się naraz Jackowi, że głos zna omy posłyszał. Nagłym wysiłkiem woli rzucił świadomość swo ą w tamtą stronę. — Marek! Tak, zobaczył go całkiem dokładnie, ak biegł na czele szeregów — dziwnie olbrzy- mi przed skarlałymi towarzyszami. Jakąś broń o kształcie atagana długiego miał w ręku i wskazywał nią na mury miasta, czerwone od ostatnich słonecznych promieni… Chciał krzyknąć, chciał nań zawołać. Szum, zamęt, łoskot ak gdyby walącego się świata błyskawica czarna, wszystko na eden moment pochłania ąca. Otworzył oczy. Przed nim, po drugie stronie biurka w ego gabinecie siedział Ny- anatiloka z brodą na dłoniach opartą i wpatrywał się weń uporczywie. — Spałem? — Tak, bracie. Zasnąłeś na chwilę. Cóż widziałeś? Jacek naraz zrozumiał. — Byłem na Księżycu⁈ — Chciałem, abyś był. Nie wiem, czy mi się udało. Nie esteś martwym przedmiotem, lecz świadomym duchem, ak i a. Duch duchowi nigdy bezwzględnie nie podlega, lecz walkę z nim toczy… — Tak est. Byłem na Księżycu. Widziałem Marka. Miasto tam akieś na dziwnych potworach zdobywa. Jest może królem istotnie. Ale mało wiem, mało! Zbyt rychło się obudziłem. Czy nie mogłeś mnie dłuże w tym stanie utrzymać? — Nie zdołałem. Zwłaszcza że musiałem baczyć, byś nie zaprzestał myśleć po swo e- mu, swoimi patrzeć oczyma, a nie przez mo e. Jacek chciał coś odpowiedzieć, ale w te chwili drzwi się otworzyły: służący ozna mił przybycie wezwanych karlików. Weszli oba , pogląda ąc nieufnie na Nyanatilokę, Roda zląkł się nawet niepomiernie, gdyż stró Hindusa, prosty burnus biały, przypomniał mu akoś Hafida, który w klatce J Ż  Stara Ziemia  ich woził. Jacek nie dał mu ochłonąć. Otrzeźwiony uż ze snu zupełnie, żywym krokiem ku Księżyczanom postąpił i zapytał wręcz: — Dlaczego mówiliście nieprawdę, że Marek panu e spoko nie nad ludem księżyco- wym, gdy on właśnie w te chwili walczy z potworami we wnętrzu wielkiego pierścien- nego łańcucha gór? Roda pobladł i zaczął się trząść na całym ciele. — Panie na dosto nie szy! Wo nę on toczy rzeczywiście… Przerwał. Przyszło mu na myśl, że przecież Jacek żadnym sposobem wiedzieć nie może, co się tam na Księżycu dzie e, więc nie ma zgoła powodu, aby go o istotnym stanie rzeczy powiadamiać. Odął¹⁰¹ wargi mięsiste i głowę hardo w tył rzucił. — Boleśnie mi ednak, panie — kończył niby zdanie rozpoczęte — że z lekkim sercem kłam mi zada esz. Do obowiązków i zwykłych za ęć króla należy wo na; cóż więc dziwnego, gdyby się Marek obecnie rzeczywiście na wyprawie zna dował, o czym zresztą ani ty, ani my w te chwili wiedzieć nie możemy. Jacek patrzył przez akiś czas na karzełków w milczeniu, wreszcie odezwał się: — Chciałem wam powiedzieć, że postanowiłem w nowym wozie udać się na Księżyc za moim przy acielem. Czy zechcecie mi towarzyszyć? Chwilowa pewność siebie włochatego „mędrca” znikła w ednym momencie. Nogi poczęły znów pod nim drżeć, wybełkotał akieś słowa niezrozumiałe… Ach! Tak, na Księżyc! Powrócić na Księżyc, znaleźć się znowu w mieście przy Ciepłych Stawach, wśród uczniów swoich w pośrodku uwielbia ących go członków Bractwa Praw- dy! To było tęsknotą ego od pierwsze chwili, kiedy nogę na Ziemi postawił — ale ciarki go przechodziły na samą myśl, że mógłby się znaleźć na Księżycu w towarzystwie Jacka i może eszcze innych akich ludzi, którzy rychło by poznali wszystkie ego kłamstwa i podstępy… Nie wiedział, co robić, aką dać odpowiedź, gdy naraz spostrzegł, że Mataret, sto ący dotąd za nim, wysuwa się naprzód. Straszne przeczucie czegoś niedobrego ścisnęło go za gardło — chciał eszcze dać ręką znak towarzyszowi, powstrzymać go, ale uż było za późno. — Panie — rzekł Mataret poważnie, głowę na Jacka podnosząc — zda e się, że uż czas, abyśmy prawdę wyznali… — Milcz, milcz! — zakrzyknął Roda rozpaczliwie. Mataret nie zważał nań zgoła. Śmiało patrzył w oczy Jackowi i mówił: — Marek nie wysłał nas wcale tuta . Myśmy sami podstępem wóz ego opanowali i nie chcąc prawie tego, przybyli na Ziemię. Jacek pobladł gwałtownie. — A Marek! Marek… czy ży e? — Walczy z szernami, ak sam, nie wiem skąd, domyśliłeś się, panie, przed chwilą. I zaczął opowiadać, ak po przybyciu Marka, którego lud księżycowy od razu za- powiedzianym przez proroków Zwycięzcą okrzyknął, oni za oszusta go uważa ąc, walkę z przewagą ego rozpoczęli i ak gromadzili nieuzna ących go towarzyszy około siebie. Mówił o walkach z potwornymi pierwobylcami, szernami, toczonych, o klęskach i zwy- cięstwach, i o tym wreszcie, że oni wozem zawładnęli racze z myślą sprowadzenia pomocy z tamte , niedostępne strony Księżyca, skąd, ak sądzili, Marek pochodził, niźli w zamia- rze uniemożliwienia mu powrotu do o czyzny. Nie wspomniał tylko, że ego to był zamiar wyłącznie, a nie Rody, chcącego edynie pognębić znienawidzonego przybysza. — Spadliśmy niespodziewanie na Ziemię — kończył — a co dale było, wie pan zarówno dobrze, ak i my sami. Kłamaliśmy w strachu, aby się tuta na nas nie mszczono; byliśmy słabi wobec was, bezradni i osamotnieni. Teraz zna pan uż całą prawdę. Niecha pan uczyni, co pan uważa za stosowne, eśli pan ednak ma istotnie zamiar udać się na Księżyc, to niech to pan robi spiesznie, bo Marek może naprawdę potrzebować pomocy. W milczeniu wysłuchał Jacek długiego opowiadania. Brwi z wolna ściągnęły mu się ponad oczyma, aż sparły się w łuk twardy i nieruchomy. Wargi zacisnął, oczy wytężył przed siebie… — Po edziecie ze mną na Księżyc — rzekł naraz, do karłów się zwraca ąc. ¹⁰¹odąć — dzis: wydąć. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Mataret przyświadczył ruchem głowy. — Tak, panie, po edziemy. Roda pochylił się również na znak zgody, ale w duszy zaprzysiągł sobie, że wszyst- kich środków racze uży e, niźli zgodzi się dobrowolnie na tę drogę, podczas które byłby na zupełnie w mocy człowieka mogącego się mścić na nim. Niedługi pobyt na Zie- mi wystarczył mu uż, aby zrozumiał, że tuta chroni go bądź co bądź prawo równe dla wszystkich i żadna krzywda stać mu się nie może, dopóki mu winy ktoś nie dowiedzie, ale tam — lecieć samotrzeć¹⁰² przez otchłań wszechświata z przy acielem wroga swo ego…! W głowie Jacka tymczasem myśli wartkim prądem płynęły. Obe rzał się pomimowol- nie na Nyanatilokę, ale ten znikł kędyś, cicho z poko u się wysunąwszy, więc nie ma ąc mówić do kogo, u ął skroń w obie ręce i zadumał się głęboko nad losem przy aciela, nad zamierzoną podróżą, nad tym, co tuta zostawia i tam co zastać może. Wir, który się tuta zerwie lada chwila! Nie chciał w nim brać czynnego udziału, a ed- nak dziwne ogarniało go uczucie, że ze dzie stąd, ulatu ąc w przestrzeń akby w ucieczce przed walką, przed grozić mogącym niebezpieczeństwem, przed ostatecznym zmaganiem się sił… A eśli tu będzie potrzebny? Jeśli tu czyn ostatni, straszny, który dla siebie samego zachowu e, nie chcąc broni w obce dać ręce, spełnić wypadnie, a ego tu nie będzie, aby rzucić grom? — Cóż mnie to wszystko obchodzi? — szepnął z cicha do siebie. — Ode dę. Niecha się dzie e, co chce. Tam przy aciel edyny mnie woła… Powstał właśnie, kiedy na progu z awił się znów służący z listem na tacy. — Od pani Azy — rzekł, kładąc na stole kopertę. Jacek rozerwał ą szybko i przebiegał pismo oczyma, zapomina ąc o obecności karłów księżycowych, którzy z za ęciem śledzili zmianę na ego twarzy… Usiadł z wolna w krześle i ćwiartkę papieru zapisaną przed sobą położył. Aza do- nosiła mu, że przy eżdża wkrótce do Warszawy na czas dłuższy, odpocząć po występach i tryumfach… „Chcę, abyś był wtedy w domu, mó przy acielu — pisała, o przelotnym, dawnym nieporozumieniu snadź¹⁰³ uż zapomniawszy — gdyż pragnę o wielu rzeczach z tobą pomówić i czas wyłącznie w twoim spędzić towarzystwie… Może się nie edno zmieni w moim życiu: ty pierwszy będziesz o tym wiedział…”. — Mam eszcze czas — rzekł do siebie po chwili, prawie głośno — nim wóz mi zbudu ą, a potem… Urwał i dawszy ręką znak służącemu, aby się wraz z karłami oddalił, podszedł ku oknu i wsparł o szybę czoło zamyślone i smutne. IV — Pani musi za wszelką cenę wydostać ta emnicę Jacka. Jest nam nieodzownie potrzebna. Mówiąc to, Grabiec usunął akby mimo woli rękę, którą właśnie dłoń Azy dotknęła. Śpiewaczka zauważyła ten ruch i cofnęła się wstecz. Brwi zbiegły się nad e oczyma. Uraził ą suchy, rozkazu ący niemal ton ego słów. — A eśli nie zechcę mieszać się w to wszystko? — rzuciła wyzywa ąco. Grabiec wzruszył ramionami. — To trudno. Zna dę inny sposób i wynalazek ów mieć będę. Pani zaś dale będzie śpiewała… Urwał i począł się oglądać za kapeluszem i rękawiczkami. Znalazłszy e, skłonił się szybko przed milczącą kobietą. — Żegnam panią… — Nie! Zostań pan eszcze! Nagłym ruchem przystąpiła doń z roziskrzonymi oczyma. — Panie! Gra my w otwarte karty. Co mi pan da e za… ową… ta emnicę? Cofnął się z wolna ode drzwi i usiadł na na bliższym krześle. — Nic, tak dalece. Mówiłem uż pani. Sam nie wiem, co będę miał… ¹⁰²samotrzeć — samemu z dwoma towarzyszami; we trzech. [przypis edytorski] ¹⁰³snadź (daw.) — widocznie, prawdopodobnie. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  — Więc czemuż a się mam narażać? — Bo pani chce. Zaciekawia panią i pociąga to wszystko, co się stanie, co się stać może, właściwie: rada pani wziąć udział w te na większe i ostateczne może uż walce, która zatarga trzewiami ludzkości. Zaśmiała się. — I to uż wszystko? Gotów pan wmówić we mnie, że to a właśnie proszę was o pozwolenie zrobienia wam przysługi na większe …! — To obo ętne, ak się rzeczy brać będzie. Pani chce władać i wie pani, że edynie w naszych szeregach i po nasze stronie est mie sce dla królów. Usiadła naprzeciw niego i wsparłszy łokcie na kolanach, brodę między dłonie rozło- żone wsunęła. — Czy pan nie pomyślał, że mogłabym… wynalazek Jacka… użyć dla siebie same ? — Nie pomyślałem tego i nie pomyślę. Zbyt dobrze sądzę o pani, abym miał przy- puszczać, że pani miewa zamiary tak niepraktycznie zabawne. Sama niczego pani dokazać nie zdoła. — Więc może z Jackiem na współkę? Grabiec spo rzał na nią z mimowolnym zaniepoko eniem, lecz w te że chwili uśmiech- nął się. — Niech pani spróbu e. Może on się zgodzi. Lekkie szyderstwo brzmiało w ego głosie. Wstała, dotknięta znowu, i zbliżyła się o krok. — Czy pan myśli, że nie mam uż innego sposobu panowania nad światem i wami, ak tylko przez wyłudzenie od kogoś przepisu na środek wybuchowy? Ogarnął ą chłodnym, badawczym spo rzeniem. Milczał przez akiś czas, wodząc oczy- ma po e twarzy, ramionach, biodrach, akby ą oglądał i cenił. — Tak — wyrzekł nareszcie — pani est piękną i przeto pani się zda e… Nie, pani droga! Pani, ak dotąd, nie włada, ale służy ludziom swo ą pięknością. Żachnęła się gwałtownie. Przypomniało się e , że to samo zdanie niedawno z ust Jacka słyszała. Zdławiony śmiech zadrgał e w krtani. — A ednak dzie e się wszystko, co a tylko zechcę! I pan przyszedł do mnie z prośbą… Przerwał e ruchem ręki. — Pani Azo, da my teraz pokó roztrząsaniom. Ja czasu mam niewiele; czeka ą na mnie. A więc słowo ostatnie: czy się pani pode mie wydostać ta emnicę Jacka dla niczego innego, ak tylko po to, aby mieć prawo stanąć po edne stronie z nami? Mówiąc to, powstał był znowu, ku drzwiom uż połową ciała zwrócony. Zawahała się na edno mgnienie oka. — Tak! Bo wy wszyscy w końcu mnie służyć będziecie. Grabiec uśmiechnął się. — Być może. Na razie dzięku ę. Wybór środków naturalnie uż od pani zależy. We drzwiach odwrócił się eszcze. — Pospieszyć się pani musi — rzekł. — Jacek gotów nam ulecieć… Spo rzała nań pyta ąco. — Czy pani nie wie, że budu e wóz…? — Wóz? — Tak. Aby się udać w nim na Księżyc, za owym Markiem, co posłów przysłał wła- śnie. Czasu nie ma do stracenia. Wyszedł z lekkim ukłonem, pozostawia ąc Azę samą i zadumaną. Od czasu przybycia karłów z Księżyca raz tylko zapytała, akie wieści od Marka przynoszą… Powiedziano e , wierząc eszcze wówczas kłamstwu przybyszów, że dobrze mu się powodzi i nie ma zamiaru powracać na Ziemię… Chciała eszcze spytać, czy dla nie listu akiego lub słowa boda nie przekazał, ale wstyd ą zd ął dumny i zęby eno zacisnęła. Miała wrażenie w owe chwili, że nienawidzi Marka tak samo, i gorze nawet, ak tych ludzi wszystkich, co płaszczą się około e nóg, ślizga ąc lubieżnym spo rzeniem po ciele e niedostępnym; ak tych artystów i poetów, co kłamiąc, ak ona sama, o sztuce, wywyższenia tylko pragną za e pomocą i władzy, i dostatku; ak Jacka wreszcie, tego ohydnego człowieka z mózgiem potężnym i sercem miękkim ak u kobiety, niezdolnego zażądać i zdobyć, i mieć… J Ż  Stara Ziemia  Jeno że Markiem nie mogła gardzić tak, ak tamtymi. Bunt się w nie odzywał, że kochała go niegdyś naprawdę. I smagała się sama szyderstwem i z niego szydziła, że dla gwiezdnych mrzonek akichś, dla śmiesznego na Księżycu królestwa, zapomniał o nie , szczęściu na wyższym i na większe rozkoszy — głupcem go nazywała i narwańcem, ale mimo to nie mogła się oprzeć uczuciu podziwu, że zdołał zrobić to wszystko i poszedł od nie tam — na wieczność… Coś akby pragnienie zemsty nieokreślone pierś e rozpierało. „Będę tuta władczynią, będę! — myślała — tuta na Ziemi, a ty siedź sobie ak Twardowski na Księżycu”. Żywa w nie zawsze i przemożna żądza władzy i panowania nową w te myśli znalazła podnietę. To stało się też poniekąd przyczyną, że mimo wahań do zwolenników Grab- ca przystała, wierząc, że wcześnie czy późnie sama wszystkich u nóg swoich zobaczy. A choć się przekonała wkrótce, że Grabiec sam, wyniosły i chłodny, nie bardzo się do roli poddanego nada e, trwała dale w sprzysiężeniu, zwłaszcza gdy się dowiedziała, że Ja- cek nie chce do niego przystąpić. Miała wrażenie, że poza innymi rzeczami est to eszcze gra pomiędzy nią a tym młodym i pięknym ak dziewczyna mędrcem, i chociaż kromia¹⁰⁴ dobra niczego odeń nie doznała, pragnęła instynktownie racze niźli rozumowo, aby go za wszelką cenę pognębić. Urządzała u siebie na zlecenie Grabca zebrania sprzysiężonych i wedle możliwości brała udział w przygotowaniach, nie zastanawia ąc się nawet zrazu, dlaczego ą w to wszystko wciągnięto. Teraz dopiero zrozumiała, że ma być eno narzędziem dla zdobycia zazdrośnie strzeżone potęgi Jacka. W pierwsze chwili oburzyło ą to i mało brakowało, a byłaby się cofnęła od dalszego współudziału. Wysiliła swą moc, aby Grabca usidlić z myślą, że parsknie mu w twarz śmiechem szyderczym i wzgardliwym, kiedy do nóg e się osunie i odwróciwszy się, pó dzie swą drogą, lecz Grabiec dziwny spokó wobec nie zachował. Zaczęła wierzyć, że ten człowiek niewzruszony i pewny siebie rzeczywiście gotów nad światem zapanować. Źle by było zrywać z nim przedwcześnie. Zgodziła się więc na pode ście Jacka, na „wyrwanie mu żądła”, ak myślała, którego zresztą on, „niedołężny”, nigdy by sam nie użył. „Wybór środków do pani należy” — powiedział Grabiec. Uśmiechnęła się w myślach. Tak, niewątpliwie zna dzie środki — wcześnie czy póź- nie . Teraz rozumie, dlaczego Jacek milczał tak długo, nie da ąc nawet na listy e odpo- wiedzi! Na Księżyc uciec przed nią zamyślił, ak tamten! A chociaż e na nim, tak ak wówczas na tamtym, nie zależy, to przecież chce, aby pozostał i służył e . Na edno mgnienie oka myśl e gorącą falą do piersi uderzyła, aby rzucić ten próżny zamęt życia tu na Ziemi i z Jackiem razem lecieć na gwiazdy za edynym królewskim kochankiem… Przymknęła oczy — usta e drgnęły żądzą prawdziwą i słodką: paść pod stopy ego mocarne, lico ego roześmiane raz eszcze zobaczyć… Otrząsnęła się rychło z te „dziecinne słabości”. Drapieżny uśmiech błąkał się znów po e wargach czerwonych, twarde spo rzenie oczu szło w dal gdzieś poza chwilę obecną, wypadki dni wyprzedza ąc… Zawołała na służbę i kazała przebierać się, kiedy e ozna miono, że przyszedł Łacheć. Spo rzała na zegar: była godzina czwarta. — Zapomniałam zupełnie — szepnęła. Nie kończąc stro u, narzuciła tylko na bieliznę suknię szeroką, domową, z mieniącego się edwabiu, i włosy bu ne pośpiesznie w węzeł zawiązawszy, wyszła tak do gościa. Od owego przelotnego spotkania w domu gry nie widziała Łachcia. Słyszała ednak o nim często i z coraz większym zdumieniem słuchała tego, co e donoszono. Łacheć na pozór przyna mnie przestał się za mować muzyką. Zniknął na akiś czas, że nikt nie wiedział, gdzie się zna du e, aż naraz wypłynął na ednym z tych zgromadzeń ludowych, które coraz częście odbywały się po świecie… Mówił płomiennie, dziko, porywa ąc za sobą tłum. Wzywał do wywrócenia wszystkiego, co istnie e, do stworzenia nowego po- rządku na Ziemi. Aza, czyta ąc o tym, sądziła zrazu, że to ktoś inny o tym samym imieniu, ale gdy ą po raz drugi i trzeci podobne wieści doszły, z wyraźnym dodatkiem, że tym ¹⁰⁴kromia — właśc. krom, okrom: oprócz. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  podżegaczem szalonym est muzyk, dotąd skromne stanowisko w oficynie Halsbanda za - mu ący, nie mogła uż wątpić. Nie znała wszystkich członków sprzysiężenia (Grabiec zbyt był ostrożny mimo pozorów dumne i wzgardliwe beztroski), domyślała się więc tylko, że owe wystąpienia muzyka ma ą związek z tym, co się właśnie na świecie rozgrywa. Władze Stanów Z ednoczonych Europy, przyzwycza one od dawna z pobłażliwym lekceważeniem patrzeć na wszystkie „rozruchy” i „niepoko e”, niepociąga ące uż od wie- ków żadnych skutków poważnych za sobą, i teraz przez długi czas w niczym nie prze- szkadzały Łachciowi. W ostatnich tygodniach dopiero zaczęto nań zwracać bacznie szą uwagę. Zbyt powszechnie go słuchano i nazbyt wiele wpływu zyskiwał — to zaś, z czym do ludu przychodził, zgoła dla rządu miłe nie było. Wydano wreszcie rozkaz polic i, aby go uwięziła. Tuta ednak stała się rzecz nieocze- kiwana. Ludność, która tak ufała i tak czciła powagę służby bezpieczeństwa, że nigdy we śnie nawet nie ośmieliła się przeszkodzić e w czynnościach, tym razem awny opór stawiła, wyrywa ąc Łachcia przemocą z rąk władzy. To było uż niepoko ące. Rząd dla samego utrzymania powagi musiał zwyciężyć za wszelką cenę. Postanowiono muzyka niebezpiecznego u ąć przy na bliższe sposobno- ści i przykładnie ukarać, atoli okazało się, że łatwie to było postanowić, niż wykonać. Podżegacz przepadł ak kamień w wodzie — i eno¹⁰⁵ co pewien czas w mie scach nie- prawdopodobnych po awiał się nagle, przemawiał, mącił, porywał i nikł znowu, nim go zdołała dosięgnąć „ręka sprawiedliwości”. Aza z za ęciem śledziła w pismach codziennych tę niebezpieczną grę w chowanego z przemożnym rządem europe skich Stanów Z ednoczonych i powoli w umyśle e muzyk niepokaźny urastał do kształtów ba eczne akie ś postaci. Zadrżała też mimo woli, gdy dnia wczora szego zetknęła się z nim niespodziewanie na ulicy. Poznał ą pierwszy i skłonił się głęboko, przemyka ąc się między krążącym gęsto tłumem. Aza zatrzymała natychmiast swó automobil, wolno w ciżbie się posuwa ący. Muzyk zauważył to i przystanął. Przez krótką chwilę znać było w ego twarzy wahanie: wszak narażał się na u ęcie, gdyby go poznano… Przyskoczył ednym susem do po azdu. — Pani chciała mi co rozkazać? Lecz ona zrozumiała uż niebezpieczeństwo, akie mu przez nią groziło. — Przy dź pan utro, o czwarte ! Rzuciła mu adres swego mieszkania, nie wiedząc nawet w te chwili, dlaczego mu przy ść nakazu e i co mu powie, gdy przy dzie. Muzyk zniknął w tłumie, a ona rychło o spotkaniu zapomniała, innymi za ęta sprawa- mi. Teraz dopiero, gdy szła do salonu, aby go powitać, stanęła e ta scena żywo w pamięci. Była nieco zakłopotana; nie wiedziała, ak go ma przy ąć, co mu powiedzieć. Wyobraźnią własną stawiała go na pewne wyżynie bohaterstwa i niezwykłości i obawiała się, że ten śmieszny niegdyś, choć genialny artysta zechce odpowiednio z tych wyżyn do nie mówić — i zła uż była prawie, iż go do siebie nie wiedzieć po co zaprosiła. Z twarzą wyniosłą i chłodną, z lekko namarszczonymi brwiami stanęła na progu. Muzyk zerwał się z krzesła i zbliżył się ku nie cicho, z głową kornie pochyloną. W oczach przepaścistych, po dawnemu zalękłych, miał nieme błaganie i dziękczynienie zarazem, że wolno mu na nią patrzeć, przy nie być… — Witam pana. Nie dosłyszał nawet tych banalnych aż do okrucieństwa słów. Ruchem akimś sa- morzutnym osunął się przed nią na kolana i przypadł twarzą do e sukni. Cofnęła się, naprawdę przestraszona. — Co pan robi? Co pan? Wzniósł na nią oczy smutne i wstał z wolna. — Przepraszam panią. Źle zrobiłem. Jeżeli pani każe, ode dę natychmiast. Mówił z gorzką akąś pokorą — drżącymi wargami, nerwowo, nieporadnie dłonie cisnąc do piersi. Cień niesmaku przebiegł po pięknych ustach tancerki. Patrzyła nań długo i chłodno. — To pan przemawia na zgromadzeniach? ¹⁰⁵jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  — Tak. — Szuka ą pana? — Tak. — Co panu grozi? Ruszył ramionami. — Nie wiem. Przypuszczam, że zamknięcie, może dożywotnie, w akim domu pracy… — Pan się naraża na u ęcie, przychodząc tuta we dnie… Zawahał się na mgnienie oka. — Tak. Wiem o tym. Śledzą mnie. — Czemu pan przyszedł? Łacheć naraz wzniósł głowę, ak gdyby się żachnął pod uderzeniem tego zimnego py- tania. Lękliwość dotychczasowa znikła mu z twarzy; patrzył na Azę dumnie, wyzywa ąco. — Mógłbym odpowiedzieć: ponieważ mnie pani wezwała — zaczął z wolna — lecz to nie byłoby prawdą. Przyszedłem, bo mi się tak podobało, bo chciałem panią zobaczyć za wszelką cenę, choćby mi życiem przyszło za to płacić… Uśmiechnęła się wzgardliwie. — Dziwnie pan do mnie przemawia. Mogę panu kazać wy ść zaraz… Łacheć przeląkł się nagle i znowu spokorniał — oczy eno¹⁰⁶ płonęły mu gorąco i za- pamiętale. — Kocham panią — mówił głosem stłumionym — kocham, nie wiedząc nawet, kim Kobieta demoniczna pani est właściwie, ani co pani zrobi z mo ą miłością, na nic zresztą pani niepotrzebną! Mówię to, bo mi trzeba wszystko wypowiedzieć… Nie wiem, ak długo będę eszcze żył i czy panią kiedy zobaczę… — Dlaczego mnie pan kocha? — Na cóż to pytanie! Przecież a od pani nie żądam niczego… Przerwała mu ruchem ręki. Okrucieństwo niebaczne zadrgało e w oczach. Osunęła się z wolna na fotel i spod powiek, nieco spuszczonych, patrzeć ęła na niego, z lekka usta w uśmiechu rozchyla ąc. — A gdybym a była gotowa… oddać panu… wszystko? Muzyk cofnął się o krok; w pierwsze chwili zdumienie na wyższe i obłąkanie w źre- nicach ego się odbiło. Natychmiast ednak pochylił głowę i rzekł cicho, ak gdyby tonem za treść słów o przebaczenie błaga ąc: — Odszedłbym stąd… — Pan by odszedł? Pan by mną wzgardził? — Nie. To by nie była wzgarda… Ja wiem, że pani dla żartu tylko spytała, ale a odpowiadam poważnie… Czy pozwoli mi pani mówić? — Niech pan mówi — rzekła z za ęciem rzeczywistym czy też udanym. Usiadł na niskim taborecie nieopodal e nóg i zaczął opowiadać, w oczy e zapatrzony. — Widzi pani, całe życie mo e dotąd było edną uporczywą walką, aby móc tworzyć… Po co powtarzać, com przeszedł, akie upadki, akie klęski, akie upokorzenia! To wszystko est uż poza mną. I teraz… — Teraz rzucił pan muzykę — wtrąciła. Potrząsnął głową i uśmiechnął się. — Nie, pani. Nie rzuciłem muzyki. Tylko mi oczy otworzono. Człowiek, który rękę mi podał, czy też przypadek, sam nie wiem doprawdy. Zrozumiałem, że złą szedłem drogą. Nie pracować i mrzeć trzeba, ażeby tworzyć, ale żyć! — Żyć… — Tak! Ja pani tego lepie nie ob aśnię; nie umiem, nie potrafię. Wiem tylko, że dla mnie skończyła się uż ta walka podła i bez chwały, którą wiodłem. Z głodu przymie- ram, upadam ze znużenia, szczuty estem ak zwierz w kniei, niepewny dnia ani godziny, a przecież serce w piersi mo e z radości się śmie e! Parłem się niegdyś w górę i kopa- no mnie, zeszedłem teraz w dół i podnoszę się! Byłem między ludźmi „cywilizowanymi” i nie rozumieli mnie, anim a ich nie rozumiał, dzisia z „dziczą” przesta ę i czu ę każde drgnienie ich serc, ku światłu się rwących, przez pożar i gruz, ale ku światłu, i wiem, że oni głosu mego słucha ą! I wie pani, że teraz dopiero rodzi się w duszy mo e wielka, ¹⁰⁶jeno (daw.) — tylko, edynie. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  wielka pieśń! Jeśli przeży ę te dni, co oto nadchodzą, zahuczę nią ponad zniszczeniem ak wicher, zagrzmię takim hymnem tryumfu ponad skowytem ludzkie nędzy, że serca człowiecze będą pękać z nadmiaru życia, z obłędu rozkoszy! Zerwał się — oczy zapłonęły mu szeroko rozwarte: — Do diabła teatry! — krzyknął — precz z kulisami, z malowanką, ze światłem sztucznym i z tą orkiestrą bezduszną, nazbyt uczoną, a tchórzliwą! Morze zagrać mi musi, wichry na skałach, gromy na niebie, lasy żywiczne i stepy! Pani, pani mo a! Dożyć a chcę te pieśni, stworzyć ą chcę! Tworzyć uż dla nie słuchaczy, oczyszczam świat, aby się po nim mogła rozhulać szeroko, gdy z piersi mo e wybiegnie…! Pięści zaciśnięte wsparł na piersiach, zza szerokich warg, w uśmiechu rozchylonych, zęby mu białe błyszczały… Aza — nieruchoma — patrzyła nań spoko nie spod spuszczonych powiek. — Panie… Oprzytomniał i pochylił głowę. — Przepraszam panią. Zbyt głośno mówię… — Niech pan tu przy dzie bliże . Tak. Pan est dziwny, dziwny człowiek. W panu się pali duch. Ale niechże mi pan powie nareszcie, co to wszystko ma ze mną wspólnego? Dlaczego by pan… uciekł… gdybym dłoń wyciągnęła… Twarz Łachcia roz aśniona sposępniała nagle. — Kocham panią. Zaśmiała się głośno. — To uż wiem. — Nie, nie wie pani. Pani nie może nawet wiedzieć, co to znaczy; gdy myślę o pani, świat mi się cały gubi sprzed oczu. O! Jak to dobrze, że a nie mogę mieć żadne nadziei! Ukrył twarz w dłoniach i trwał tak chwilę w milczeniu. Ona patrzyła nań teraz z istotnym zaciekawieniem. — Niech pan mówi dale . Chcę wszystko wiedzieć. — Dobrze. Będzie pani wiedziała. Oczy na nią znowu zwrócił, zapamiętaniem miłosnym aż obłąkane, i mówić ął szybko, popędliwie: — Nie wiem, czy to miłość zawsze taka bywa, ale a nienawidzę panią ednocześnie! Bo ę się, nawet nie pani, ale siebie samego się bo ę. Czu ę, że gdybym raz boda do ręki pani przylgnął ustami, to byłby koniec wszystkiego, wszystkiego… Ja uż bym się od nie nie zdołał oderwać. — Nie ma obawy. Sama bym ą panu wyrwała, gdyby było potrzeba. Błysnął oczyma niesamowicie. — Zabiłbym panią. — To się tak mówi… Igrać z nim poczynała, ak kot bawiący się myszą. — Nie, pani. Ja eżeli mówię… Ach! Gdybyż to pani mogła wiedzieć, ile a razy o tym myślałem, patrząc na panią z ukrycia, chłonąc panią oczyma! — Aby mnie zabić? — Tak. Pani powinna być zabita. Pani na ten świat przyszła na nieszczęście ludzi! — Ja i szczęście dać umiem. O! Jeszcze akie szczęście! Dreszcz gwałtowny wstrząsnął postacią Łachcia. — Ja wiem, domyślam się, czu ę. I właśnie dlatego… Szczęście obłędne, które łamie, niweczy… Być mocnym na tyle, zdobyć się na to: palce około białe szyi pani owinąć i ściskać, ściskać, aż dech ostatni uleci! A przedtem nawet ust pani nie dotknąć… Dziwna, aż bolesna rozkosz przebiegła Azę dreszczem po grzbiecie. — Dlaczego… przedtem… moich ust nie dotknąć? Czy pan nie widzi… akie są krwa- we? Czy pan nie czu e z daleka, akie są gorące? Łacheć, wyczerpany wzruszeniem, oparł się plecami o ścianę i patrzył na nią w mil- czeniu nieprzytomnymi oczyma. — Co by się stało, gdybym a pana pocałowała? — Nie wiem, nie wiem. Ja muszę uż iść. Zerwał się pospiesznie. — Zostań… J Ż  Stara Ziemia  — Nie chcę. — Musisz. — Niech pani… niech pani… — Słucha , patrz na mo e usta. Powiadasz, że to zatracenie? Niech będzie. Czy ty czu esz, że eden mó pocałunek więce wart niż te wszystkie śmieszne zbawiania ludzkości, te walki, te wielkie słowa i czyny, sztuka cała, całe życie? Czy ty nie czu esz? — Czu ę. Ale… dlatego… ode dę… — Nie. Zostaniesz. Póki a zechcę! Łacheć uczuł e wzrok palący na sobie i zachwiał się naraz na nogach. Miał wrażenie, że mięśnie się w nim wszystkie rozluźnia ą, w oczach mu pociemniało, w głowie szum i bezwładność… Ostatnim zdławionym wysiłkiem wyrzucił eszcze: — Ode dę… Zaśmiała się głośno, tryumfalnie i nim spostrzec mógł, co się dzie e, przypadła dra- pieżnymi wargami, co tak bosko miłość udawać umiały, do ust ego rozpalonych. V Blady, cichy świt wstawał ponad Tatrami… Nyanatiloka siedział nieruchomy, akby za- stygły, twarzą ku zachodzącemu Księżycowi zwrócony. Oczy miał przymknięte, dłonie zaplecione około kolan. Zimna rosa poranku pokrywała ciało ego na wpół nagie i lśniła, ścieka ąc kroplami po długich, czarnych włosach. Kilka świerków rozłożystych chwia- ło się nad nim w wietrze zawiewa ącym czasem od turni, których szczyty poczynały uż różowieć w pierwszych promieniach wschodzącego gdzieś za skałami słońca. Cisza była doskonała, świat cały obe mu ąca; zdawało się, że usnął w nie nawet potok daleki, nie śmie ąc szmerem mącić te przedziwne godziny łaski zamyślenia. Nyanatiloka, nie wznosząc powiek, poruszał z wolna wargami, akby się modlił szep- tem Istocie wszechrzeczy. — Bądź pozdrowione, niebo — mówił cicho — bądź pozdrowiona, Ziemio i duszo mo a, które wszystkie ednym esteście, pomyśleniem stworzone, w pomyśleniu żywe… Dzięki ci, duszo mo a, że czu esz niebo i ziemię, dzięki ci, żeś zrozumiała swó pra- początek i wiesz, że końca ci nigdy nie będzie! Wraca wszystko do morza, do obfitości i mocy i kropla żadna nie est stracona, choćby na piasek padła lub skały, ale długa e droga i praca mozolna. Nie skróci się obieg rzeczy doczesnych, bo niczym est czas, i żywot ponadeń est wzniesiony — nie zmnie szy się brzemię pracy ani mąk, bo nie tam patrzy dążący do prapoczątku swego duch. O, duszo mo a, bądź pochwalona w przedwieczne i niezniszczalne , wszechogarnia- ące istocie swo e , że nauczyłaś się patrzeć ponad czas i męczarnię bytowania ku morzu i źródłu wszystkiego — ednemu! Kamień gdzieś zerwał się u szczytu skał i runął w przepaść, lawinę całą głazów po- ciąga ąc za sobą. Załoskotało dalekie echo i zgasło w wąwozach. Blask słoneczny opadał coraz niże ; złociły się w nim uż rozległe pola piargów ponad halami i wierzchołkami na wyższych limb, do skrzesanego zbocza poprzyczepianych. W toni fioletowe stawu przeglądało się niebo coraz aśnie sze i złote na nim kawały górskich czół… Nyanatiloka z wolna rozwarł oczy. Tuż u stóp ego przy ognisku wygasłym leżał Jacek w płaszcz przed nocnym chłodem owinięty i spał. Włosy ego kędzierzawe rozrzucone były po mchu wilgotnym, zgiętym ramieniem zakrył oczy, ale usta widać było rozchylone w sennym oddechu, od chłodu nieco przybladłe. Buddysta patrzył nań długo z dziwną, smutną serdecznością w zadumanym wzroku. — Gdybyś ty wy ść mógł poza ciało swo e — szeptał znów — gdybyś zdołał zro- zumieć, aka est two a droga… Tak mi się zda e, żem ako perłę znalazł duszę two ą, a powinienem ą uczynić kroplą wody przeczyste , w słońcu mgłą się na wszechświat roz- pływa ące . A nie przeto, iżbym miał akikolwiek inny obowiązek oprócz dbania o rozwó własny, lecz że żal mi piękności przyćmione i pochowane mocy na wyższe … Nad nimi, na skałach wysoko, odzywały się wróble skalne, dziobiące do rzałe siemię górskich ziół. Gdzieś na zboczu przeciwległym zabrzmiał ostry, porywczy gwizd ukrytego w trawach świstaka. J Ż  Stara Ziemia  Tró światowiedny poruszał eszcze akiś czas ustami bez głosu, akby tylko myśli mo- dlitewne drżeniem warg wtóru ąc, aż wreszcie wyciągnął rękę i dotknął lekko ramienia śpiącego. Jacek zerwał się szybko i usiadł, przeciąga ąc członki zesztywniałe. Naraz obe rzał się dokoła z wyrazem zdumienia na wyższego. — Gdzie my esteśmy? — Na stokach Żabiego. Patrz, Tumie Mięguszowieckie przegląda ą się w Morskim Oku… Stał uż na nogach. — Skąd a się tuta wziąłem? Zama aczyło mu akby przez sen przypomnienie, że dnia wczora szego wieczorem we własnym domu rozmawiał z Nyanatiloką o ukochane puszczy tatrzańskie … Dłońmi przycisnął czoło. Tak, pamięta dobrze! Miał wrażenie, że wsparty o biurko swo e zasy- pia, a potem śnił mu się ogień w żywicznym lesie rozłożony i Księżyc płynący ponad szczytami… Śniło mu się… a teraz… Po rzał po sobie. Płaszcz mu opadł z ramion; odziany był, ako przyszedł był wczora do domu: w ubranie mie skie, codzienne… Rzucił okiem, czy nie do rzy gdzie samolotu swego, którym by go Hindus przewieźć mógł we śnie. Pusto było naokół; zioła esienne, rosą zimną pokryte, stały równo — nie znać było na nich nawet śladu stopy, ak gdyby oni, przychodząc tuta , nogami ziemi nie tykali. — Skąd a się tuta wziąłem? — powtórzył. — Mówiliśmy wczora o Tatrach — rzekł Nyanatiloka skromnie, a nieco wymija ąco. — Zmarzłeś. Pó dźmy się ogrzać ku schroniskom w dole. Jacek nie ruszał się z mie sca. — Czyż mówić o czym wystarcza…? — Nie. Ale myśleć. Duch stwarza sobie otoczenie, którego chce. Pomyślenie est prawdą edyną. — Przeniosłeś mnie tuta wolą swo ą? — Nie sądzę, bracie, aby tak było. Zda e mi się, owszem, że bezwzględnie rzecz biorąc, esteśmy tam, gdzieśmy byli. Zmieniła się tylko rzeczywistość zmysłów naszych… To mówiąc, Nyanatiloka szedł raźno naprzód, roztrąca ąc nagimi kolanami zioła bu - ne i strząsa ąc czołem rosę z obwisłych smrekowych gałązek. Jacek postępował za nim w milczeniu i szukał mimo woli akiegoś wybiegu dla siebie, którym by mógł wobec własnego rozumu upozorować to niepo ęte przeniesienie się nie wiadomo kiedy z dale- kich równin Mazowsza w serce tatrzańskich gór. Uderzył się w czoło kilkakrotnie, aby się upewnić, że nie śpi — próbował wiązać szeregi myśli logiczne i subtelne, zupełne wymaga ące trzeźwości. Posłyszał głos, mówiący doń: — Czy nie chcesz, bracie, abyśmy tuta zostali? Mówiłeś wczora w pracowni swo e , że to mie sce edyne, gdzie mógłbyś być i rozmyślać, i sobą samym żyć… — Bo ę się, żem ednak eszcze nie do rzał do tego — szepnął Jacek. — Oto strach mnie prze mu e na samą myśl… Wzrokiem obe mował wszystko niezmiernie wyraźnie, asno i dziwił się eno¹⁰⁷, że gdy usta otworzy, słyszy swó głos akby z dala skądś przychodzący… Czuł, że Nyanati- loka zatrzymał się i patrzy nań teraz — i ogarnął go wstyd, żeby myśli ego uta one nie spostrzegł tymi czarodzie skimi oczyma… Schylił się dla ukrycia twarzy i zerwał rosnącą u nóg gałązkę goryczki, kwiatem ciemnobłękitnym pokrytą. „Aza miała być dzisia u mnie — myślał — tak w liście pisała…” Żal mu się zrobiło, że nie est teraz w swo e pracowni, chociaż wczora uciec był rad przed zapowiedzianą wizytą. Wyprostował się z gałązką zerwanego kwiatu w ręce i oczy wzniósł. Zdumienie piorunu ące, straszne, z przerażeniem graniczące schwyciło go za pierś. Był w swoim poko u, przed stołem zarzuconym papierami, wobec książek swoich i obrazów. — Nyanatiloka! ¹⁰⁷jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Nikt mu nie odpowiadał; sam był. Przez rolety podniesione wpływało zimne światło poranne, gwar rozbudzone uż ulicy dochodził z dołu. — Śniłem! — szepnął Jacek z ulgą i wzniósł rękę do czoła. — Zasnąłem był widocznie przy rozmowie wczora w fotelu i… Skoczył w tył. Do rzał we własne dłoni, na wysokość oczu wzniesione , kwitnącą gałązkę goryczki świeżą, błyszczącymi kroplami rosy eszcze pokrytą… Palce rozwarł z przerażeniem tak szybko, że kwiat z nich wypuszczony upadł na dywan tuż obok stóp ego, odzianych w buty przemoczone i zwalane. Lśniły na czarne ich skórze rosą przykle one drobne listeczki borówek i iglice smreków uschnięte… Ubranie ego całe miało ostry zapach żywicznego dymu, ak kiedy się noc przy watrze¹⁰⁸ z kosodrzewiny przepędzi. Postąpił ku fotelowi i usiadł na nim z wolna, głowę wspiera ąc na ręku. „Czymże est — myślał — wszystko, co widzimy, czymże est tak zwana rzeczywistość życia, eśli a siedzę tuta w te chwili z górskim kwiatem w ręce i nie wiem po prostu, co się stało i ak to było możliwe…? Mówił Nyanatiloka (wszakże mnie się nie śniło⁉), że nie my się w takich wypadkach z mie sca na mie sce przenosimy, lecz stwarza sobie duch otoczenie wedle woli; ale przecież a przed chwilą nie duchem eno byłem w Tatrach, lecz z ciałem mym i z tym ubraniem nawet, które mam na sobie rosą pokryte i kawałkami zielska leśnego, przesiąkłe żywicznym dymem watry na noc rozpalone …? Czyż est na świecie akakolwiek teoria, która by mogła usprawiedliwić to zamieszanie i nieporządek ten w wypadkach? Lord Tedwen istnienie świata fizycznego ako pozoru tylko złudnego udowodnił po prostu, ale nie odebrał przeto temu, co się sta e, niewzruszonych praw, nie wyrwał z głębi naszych człowieczych dusz przekonania o porządku istnienia i stawania się… Nie wiem nic! Nie wiem zgoła nic!” Ścisnął głowę rękami i trwał tak przez akiś czas w milczeniu, usiłu ąc uż nie myśleć nawet o tym. Zachrzęściła poza nim w ścianie metalowa skrzyneczka, którą mu z centralnego urzę- du wprost do domu ranną pocztę przesyłano. Wstał i aby myśl rozerwać, dotknął sprę- żyny, skrytkę zamyka ące . Paczka papierów wysypała się na stolik — były to przeważnie karty niewielkie, na których obok nazwiska zapisano tylko numer akiś i godzinę, o które wysyła ący pragnie rozmówić się z Jego Ekscelenc ą telefonicznie… Jacek przerzucał te karty prędko, nie myśląc prawie o tym, co robi. Myśl ego wbrew woli wracała uporczy- wie do zdarzeń nocy ostatnie , niezdolna zatrzymać się na doniesieniach mnie i więce ważnych, które miał w ręku. Nareszcie edna rzecz za ęła go żywie . Było to codziennie przysyłane mu sprawozdanie kierownika zakładów, którym polecił wedle planów na ściśle szych nowy „wóz księżyco- wy” dla siebie zbudować. Dyrektor donosił, że robota postępu e z wolna, ale pewnie, i on spodziewa się za dwa lub trzy miesiące oddać Jackowi po azd do drogi gotowy. Dwa lub trzy miesiące! Drgnął niecierpliwie. Tak długo czekać wprost niepodobna! Jeżeli Marek tam, na Księżycu, pomocy ego potrzebu e, to może ona być uż spóźniona — a przy tym… co tu może za ść w tym czasie, nim on zdąży wy echać! Czyż nie ma uż innego środka nad ten wóz, w przestrzeń ścieśnionymi wyrzucony gazami? Obe rzał się. Za nim siedział w fotelu Nyanatiloka milczący, spoko ny ak zawsze. Jacek przywykł uż był tak do ego niespodziewanego i dziwnego po awiania się w róż- nych mie scach i na częście wtedy, gdy o nim myślał, że nie okazał uż nawet zdziwienia. Przystąpił eno żywo ku niemu. — Mówiłeś kiedyś — zaczął bez wstępu — że dla woli nie ma przeszkód mnie szych lub większych, że eśli pokonała eden milimetr przestrzeni, to uż pokonać potrafi i tysiące mil… — Tak myślę, bracie. — Byliśmy dziś w nocy w Tatrach, nie rusza ąc się niby stąd… — Tak myślę. — Byliśmy tam naprawdę. Leży na mym stole łodyga goryczki, kwiatem okryta świe- żym… Jestem pewien, że ą zerwałem dziś rano na stokach Żabiego… Nyanatiloka! — Słucham cię, bracie. ¹⁰⁸watra (gw.) — ognisko. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  — Ja chcę być na Księżycu, dzisia ! Za godzinę, natychmiast! Być nie we śnie, ale rzeczywiście, ak w Tatrach dziś byłem, i móc tam działać. — Nie wiem, czy zdołasz tego dokazać. — Zrób to ty! Dopomóż mi! Nyanatiloka potrząsnął głową z wolna i stanowczo. — Nie. — Dlaczego? Ja chcę, a cię proszę o to! — Nie. Nie teraz… — Więc nie możesz zrobić tego widocznie! Snadź mądrość two a cała i potęga polega ą edynie na robieniu figlów i sprowadzaniu omamień. Urwał. Wstyd mu się zrobiło tego, co mówił — spo rzał na Nyanatilokę z obawą. Mędrzec buddy ski spo rzał nań pobłażliwie i uśmiechał się nieznacznie. — Daru ! — szepnął Jacek. — Nie mam ci nic do darowania, bracie mó … — Uniosłem się… — Przecież to zabawne — dodał po chwili, siada ąc z wolna na krześle — że mówię do ciebie tak, akbym ci właśnie miał za złe, że cudów działać nie możesz… Zamilkł szybko, przypomniawszy sobie, że ednak to, co ten buddysta uż nie edno- krotnie przed oczyma ego czynił, cudem bywało ednak… — Nic nie rozumiem! — rzekł głośno, chociaż mówił tylko do siebie samego. Nyanatiloka spoważniał. — A ednak mógłbyś to, bracie, zrozumieć tak łatwo, gdybyś tylko chciał… — Działasz cuda! — Nie. Cudów nie działam. Nie działa cudów w ogóle nikt z te proste przyczyny, że nie est zgoła cudem panowanie ducha nad pozorem i nie wykracza poza zakres praw Bytu odwiecznego… A eśli ci odmawiam… — Tak, dlaczego mi odmawiasz? — powtórzył Jacek. — Posłucha mnie. Nyanatiloka przysiadł się ku niemu i dłonie obie wsparłszy na poręczy krzesła, mówić począł, oczu od twarzy ego nie odwraca ąc: — Chcesz się dostać bezzwłocznie na Księżyc za przy acielem swoim na skutek posły- szanych wieści. Dopomogłem ci uż raz myślą tam być i patrzeć duszy oczyma na czyny twego przy aciela, ale ciebie to nie zadowala. Chciałbyś tam być tym kształtem marnym owinięty, który nazywasz swym ciałem, z możnością udzielania się innym, wykonywania pewnych ruchów, słowem: działania, tak ak ty eszcze działanie w te chwili rozumiesz. Nie sądzę, aby to było potrzebne i duszy two e pomogło, a przecież o co innego zgoła nie chodzi. — Owszem, chodzi o przy aciela mo ego, który pomocy me potrzebu e. — Co mu ty pomożesz? Czy weźmiesz z sobą maszynę swo ą zabó czą i zniszczysz Księżyc cały, aby ego ocalić, eśli mu co zagraża? Czy ty zresztą wiesz, co się tam dzie e naprawdę? Mówiłeś wczora w przytomności mo e z karłami i wniosku esz z tego, coś od nich usłyszał, że przy aciel twó Marek z zamiarem czy wbrew zamiarowi wdał się niespodziewanie w los księżycowego ludu i wpływa osobą swą na ego dzie e. Cóż chcesz teraz zrobić? Stanąć przy nim i dopomóc mu, aby się prędze stało na Księżycu wszystko tak, ako est na Ziemi⁈ Czy sądzisz, że dobre est rzeczywiście to, co est u was? — Może Marka trzeba z niebezpieczeństwa wybawić — wtrącił Jacek wymija ąco. — Po co? A eśli taki los ego, który wziął uż na siebie? Nie przeszkadza mu umrzeć, bo może właśnie tego est mu potrzeba. Jestżeś pewien, że przy aciel twó więce zdziałać może żyw i sam niźli asna aka o nim legenda, która z pokoleń pó dzie w pokolenia? Czy chcesz ą przerwać w zaczątku? Zniweczyć? Uniemożliwić? Podszedł ku siedzącemu ze schyloną głową Jackowi i dłonie mu obie z tyłu wsparł na ramionach. — Słucha mnie! Nie myśl o Księżycu, nie myśl o globach zaziemskich: dość rychło e poznasz! Nie przeszkadza temu, co się dzie e, choćbyś nawet miał moc! Nie trzeba przeszkadzać niczemu, bo nie o to chodzi, co się dokoła nas dzie e, lecz o to, ku czemu we wnętrzu własnym dążymy… J Ż  Stara Ziemia  Jacek uniósł głowę. Czuł za sobą postać sto ącego Nyanatiloki, ale oczu nie odwracał ku niemu, eno wytężył e kędyś w zamyśleniu na ścianę przeciwległą, kędy¹⁰⁹ portretów kilka wisiało. — Skąd ty wiesz, że nie idzie mi o siebie samego? — rzekł. — Może a właśnie chcę uciec? — Nie ucieczesz¹¹⁰. W twarz trzeba po rzeć wszystkiemu i wszystko prze ść, nie od- wróciwszy się. Bez wysiłku, bez radości nawet. Być sobą. Pochylił się eszcze więce . Jacek nie był uż pewien, czy głos ego słyszy, czy tylko szelest myśli własnych, tamtego dziwną podnietą wzbudzonych. — Osiąga się wszystko wtedy dopiero, gdy się nie żąda, nie pragnie niczego. Bezna- miętnym trzeba się stać ak wszechświat, ak światło niezatroskanym; wiedzącym, a nie bada ącym, ak Bóstwo! Myśli Jacka szły gdzieś w dal nieokreśloną i rozwiewną. Wiedzącym, a nie bada ącym! Stworzycielem prawdy własne , będące zarazem prawdą wszechświata, który się za- mknął w człowieku. Zamiast poszukiwaczem cudzych prawd, co niczym się okazu ą, i pustką, i pozorem…! A prawda własna — to wiara! Jakakolwiek wiara, ale twórcza, mocna, stworzona w duchu i niewątpliwa — a właśnie przez to prawdą niewzruszoną będąca! To znaczy: wiedzieć, a nie badać! Tworzyć, a nie szukać. Myśleć, a nie wątpić. Nie poddawać się, a czuć; nie pragnąć, a chcieć! Gdzie droga do cudu takiego? Nyanatiloka powiedział raz: „Trzeba się nauczyć być samotnym w pośrodku gwaru i ciżby¹¹¹, ako na puszczy głuche eszcze samotnymi być nie umiecie”. Nad Nilem to mówił, kiedy od zwalisk chramu¹¹² Izydy powracała Aza… — Ekscelenc o… Drgnął i zerwał się żywo. Loka stał we drzwiach nieruchomy, wyprostowany. — Co tam? — Niepokoiliśmy się, że Ekscelenc a na noc nie zeszedł do swo e sypialni… Jacek rzucił ręką niecierpliwie. — Co słychać? — Pani Aza… — Co? Przybyła? — Tak est. Osobnym pociągiem dziś rano. Chcieliśmy zbudzić Ekscelenc ę wedle polecenia, ale sypialnia była pusta, tu zaś nie śmieliśmy wchodzić. — Gdzie est pani Aza? — Wskazano e przygotowane od paru dni poko e. Kazała oświadczyć, że za godzinę będzie na śniadaniu i spodziewa się spotkać Waszą Ekscelenc ę… Po ode ściu loka a Jacek zwrócił oczy na twarz Nyanatiloki. Patrzył nań pilnie, ak- by chcąc wybadać, akie na nim zrobiła wrażenie ta wieść o przybyciu w odwiedziny śpiewaczki sławne , ale lico ego spoko ne było, pogodne i zastygłe, ak zawsze. Zwykły uśmiech nawet nie schodził mu z warg, w oczach nie było oburzenia, smutku ani nawet pobłażania… — Czy ze dziesz zaraz na dół, bracie? — zapytał głosem zgoła obo ętnym. Aza czekała uż tymczasem w sali adalne , rozgościwszy się swobodnie, akby we wła- snym domu. Zrzuciła podróżne ubranie i w lekką suknię ranną odziana, z wonną przy ustach cygaretką siedziała w głębokim, skórą krytym krześle z poręczami. Przed nią na stole, nakrytym lnianym, wzorzystym obrusem kilkuwiekowym, lśniła srebrna zasta- wa do herbaty i kryształowe, grube, rżnięte czary z różnym owocem i słodyczami. Ona ¹⁰⁹kędy — gdzie. [przypis edytorski] ¹¹⁰ucieczesz — dziś popr. forma: uciekniesz. [przypis edytorski] ¹¹¹ciżba — tłum. [przypis edytorski] ¹¹²chram — świątynia. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  odsunęła dłonią filiżankę z niedopitą chińską herbatą i odrzuciwszy głowę na oparcie fo- telu, patrzyła przymrużonymi oczyma na błękitny dymek egipskiego tytoniu, co się snuł z wolna ku rzeźbionemu stropowi. Przegub stopy wsparła na kolanie drugie nogi; wśród rozrzuconych fałdów asnego edwabiu widniały dwie łydki smukłe i ędrne w czarnych, lśniących pończochach i stopy drobne, złotymi obute trzewikami. Od czasu odwiedzin Łachcia i śmierci ego niespodziewane Aza porzuciła uż zupeł- Kobieta demoniczna, nie dawne swo e mieszkanie, w którym i tak dotąd, włócząc się po świecie, gościem eno Pożądanie, Samobó stwo, rzadkim bywała. Dziwne to wszystko na nie zrobiło wrażenie. Ginęli dla nie ludzie nie- Śmierć ednokrotnie — pod drzwiami e i z dala — na kraniec świata niby przed nią ucieka ąc — ginęli cicho, bez słowa ednego, bez skargi, bez wyrzutu albo też listami sążnistymi zapo- wiada ąc e dzień i godzinę swo e śmierci, obwinia ąc ą lub błogosławiąc nieszczerze i po błazeńsku za „bolesne szczęście”, akie im dała — a ona przechodziła zazwycza nad tym wszystkim do porządku dziennego — ak nad szpilką zgubioną, złamanym w gorsecie fiszbinem… O Łachciu nie mogła myśleć spoko nie. Ile razy z domu wychodziła, zdawało się e zawsze, że widzi na progu od ulicy tego trupa skurczonego, o przeraża ąco białe , męką przedśmiertną wykrzywione twarzy, którego nie wiadomo po co e przyniesiono… Zatrzęsła się teraz na samo przypomnienie. Wiedziała, że zginął dla nie i przez nią. Myśl e , przeciw nieokreślonym wyrzutom zbuntowana, zżymać się zaczęła. Przecież ona nie wyrządziła mu żadne zgoła krzywdy. Czegóż mógł chcieć? Cóż, że go pocałun- kami oszalałymi doprowadziła do obłędu, a w chwili ostatnie , kiedy się ośmielił sięgnąć po nią, ak psa odepchnęła? Czyż dlatego zaraz życie sobie odbierać! Lub eszcze gorze : tak e ważyć na śmierć dobrowolnie i widocznie? Zama aczyły e w pamięci oczy ego, w pierwsze chwili obłąkane zdumieniem i stra- chem, a potem smutne tak przeraźliwie i akby gasnące… Leżał złożonymi ramionami na e kolanach i ku twarzy e wyciągał głodne usta — prawie piękne w tym momencie. Kazała mu bluźnić. Przeklinać mu kazała sztukę swą i to odrodzenie przez czyn, którym się chełpił; głośno musiał zaprzeczyć wszystkiemu, co poprzednio ośmielił się był przeciw nie powiedzieć — i powtórzyć wyraźnie, że niczym est on wobec nie i niczym est wszystko wobec ednego ust e pocałunku… Ha! Przecież go nawet w pierś nie pchnęła, kiedy w na wyższym obłędzie miłosnym ob ąć ą chciał rękami; uderzyła go tylko wzrokiem i tymi słowy chłodnymi: „Cóż ty esteś wart dla mnie — marny, podły i bezsilny, ak inni, chociaż ak inni chełpliwy…?”. A on rzekł, odchodząc: „Nie dlatego, żem cię nie posiadł, lecz że owszem usta two e pocałowałem, żem przestał wierzyć uż w siebie…”. Śmieszna historia! Rzuciła precz dopalony papieros i stopy w złotych trzewikach wyciągnęła na pu- szystym dywanie. Zła była na siebie, że myśli wciąż o rzeczy wedle przekonania swego drobne i niewarte pamięci i tak na dnie gdzieś w duszy śpiącą słabość swo ą potwierdza, kiedy by właśnie mocną być winna, mocną i nielitościwą, ak leśny ryś w gałęziach drzewa ukryty, co nad puszczą całą panu e. Odwróciła się na szelest drzwi otwieranych. Na progu stał Jacek — przybladły nieco, i kłaniał e się głęboko, przeprasza ąc za spóźnienie. Nie wsta ąc z krzesła, wyciągnęła ku niemu dłoń lewą, wypieszczoną, z długimi, różowymi paznokciami. Jacek pochylony dotknął e lekko drżącymi, gorącymi wargami — i w te chwili Aza, spo rzawszy z góry ponad ego głowę, dostrzegła we drzwiach dziwną postać półnagiego buddysty. Drgnęła mroźnym, niewytłumaczonym przestrachem i oczy rozwarła szeroko… Ta twarz wydała e się znaną skądś, tak dobrze, tak dobrze znaną… Powstała z wolna i podczas gdy Jacek, zdziwiony e zachowaniem, na bok nieco ustą- pił, ona wytężyła oczy i pamięć… Coś akby mętne przypomnienie, kiedy małą eszcze była dzieweczką: sala olbrzymia, ludźmi zapchana, estrada w światłach roz arzona, a na nie postać ta sama, te same dłonie o długich, subtelnych palcach, które teraz widzi na klamce drzwi — i ta twarz, długimi czarnymi okolona włosami… I skrzypce czarodzie skie, w żywy chór aniołów dotknięciem dłoni tych zamienione, śpiewa ą. Czu e w dziecinne piersi oddech zaparty: gra on, mistrz nad mistrze, skrzypek J Ż  Stara Ziemia  niezrównany, pan strun i złota, i serc, wielbiony, sławny, potężny, kochany, bogaty, piękny — ak bóg… — Serato! Tró światowiedny głowę z lekka pochylił. — Rzeczywiście, niegdyś nosiłem to imię — rzekł bez śladu zakłopotania zwykłym, spoko nie brzmiącym głosem. VI Dniem i nocą przemyśliwał Roda nad tym, ak by uniknąć grożącego mu niebezpieczeń- stwa. Nie chciał w towarzystwie Jacka echać na Księżyc i postanowił racze wszystko uczynić, aby do tego nie dopuścić. Zdawał sobie ednak zupełnie asno sprawę z tego, że to „wszystko”, co w mocy ego leży, est właściwie bardzo niewiele, i drżał na samą myśl po awienia się z Jackiem w mieście przy Ciepłych Stawach. Już nawet nie tyle gnębiła go obawa zemsty za Marka ze strony uczonego, któremu mimo całą pobłażliwość ego nie bardzo dowierzał, co strach przed wstydem, na aki by się musiał na Księżycu narazić… To by uż było naprawdę ironią losu nie do po ęcia! On — Roda — przewodniczący Bractwa Prawdy, który przez całe życie zwalczał „ba ki” o ziemskim ludzi pochodzeniu, powraca ący teraz właśnie z Ziemi i zmuszony zaświadczyć, że est zamieszkana i pod względem urządzeń od Księżyca o niebo całe doskonalsza. Roda bowiem stał się zapamiętałym wielbicielem zwłaszcza techniczne kultury na Ziemi. Poznał ą doskonale — przyna mnie w powierzchownych ob awach. Jacek, ma- ąc niewzruszony zamiar wziąć obu „posłów” ze sobą na Księżyc z powrotem, chciał, aby przedtem — o ile się da — ak na więce skorzystali z pobytu na Ziemi, i na ął prze- wodników, z którymi zwiedzali różne kra e i miasta, patrząc się i ucząc z każdym dniem więce . Początkowo odbywał tę podróż Roda wspólnie z Mataretem, ale późnie zdołał Jacka uprosić, że go od towarzysza uwolnił. Od owego pamiętnego dnia, kiedy Mataret wyznał prawdę niepotrzebnie, stosunki między nim a mistrzem były uż tak naprężone, że nie mówili prawie do siebie, chyba żeby sobie rzucać oskarżenia i obelgi nawza em. W po- dróży ten stan pogorszył się eszcze, o ile to było możliwe. Innymi oczyma patrzyli na świat; Mataret, cały cud postępu ziemskiego uzna ąc, nie przestawał być i tuta po stare- mu sceptykiem, który i na odwrotną stronę medalu nie ma oczu zamkniętych. Podczas gdy Roda zachwycał się i chwalił ustawicznie, on — ziemski świat pozna ąc — coraz czę- ście uśmiechał się szyderczo i wzruszał eno ramionami, gdy go pytano, czy ednak nie lepie i nie doskonale tu niż na Księżycu? Przychodziło stąd do zażartych kłótni między oboma członkami Bractwa Prawdy, które w końcu tak się stały nieznośne, że musieli się rozdzielić. Pozbawiony towarzystwa swego rodaka Roda czuł się wprawdzie nieco osamotniony, ale ostatecznie to, co widział i słyszał, tak go pochłaniało, że nieczęsto brak ten odczuwał. Korzystał zaś wiele i prawdziwie. Bystry z natury, chwytał w lot formę ziemskich urządzeń i wkrótce uż zdawał sobie sprawę z panu ących stosunków. Ponieważ zaś nie- pokoiła go ciągle myśl o możliwym, a byna mnie niepożądanym uż teraz powrocie na srebrny glob rodzinny, więc szukał wśród nich wy ścia dla siebie ak na dogodnie szego. Jasno określonego planu nie posiadał eszcze, ale ma aczyły mu uż w głowie akieś niewyraźne zarysy, z których mogło się coś z czasem utworzyć. Z pobytu na świecie dowiedział się o wrzeniu coraz wyraźnie szym i bardzie zde- cydowanym, w domu swego opiekuna spostrzegł, że tuta est nie ako węzeł akiś tego ruchu. Niewiele mu stosunkowo czasu było na to potrzeba, aby odgadnąć, że o ta emnicę tu chodzi akiegoś wynalazku straszną i potężną, która posiadaczowi zapewnić by mogła bezkarność, moc i przewagę. Zrozumiał, że wydobycie te ta emnicy było celem kilkakrotnych odwiedzin Grabca, a także niewątpliwie i tego przedłuża ącego się pobytu Azy w domu uczonego. Roda wbrew dotychczasowym swoim zwycza om milczał, patrzył i czekał. „Przy dzie mo a godzina! — myślał. — Jako tamtemu opanowałem wóz, tak spróbu ę przy sposobności i temu wydrzeć ego maszynę”. J Ż  Stara Ziemia  Rzeczywiście wszyscy o tę maszynę walczyli. Grabiec, niepo ętą dla siebie śmiercią Łachcia dotknięty i w działaniach swych osłabiony, tym więce parł na Azę, aby się śpie- szyła… Pragnął mieć w ręku straszną, niszczącą potęgę i stawiać warunki społeczeństwu, światu — bez walki zwyciężać. Bo mimo wszystko w chwilach spoko nego rozmysłu strach go ogarniał przed tą burzą, którą oto rozpętywał. Poruszył podziemne moce, rzucił zarzewie w olbrzymie masy zastygłego w fizyczne pracy robotnika — i uż dziś przed wybuchem zląkł się, widząc, ak fala się wznosi, wydyma, rośnie. Chciał to morze na smycz nie ako wziąć i w służbie wiedzących tego świata puścić na ohydną, cywilizowaną trzodę ludzką — a uczuł rychło, że gdy ono się raz rozpęta, nie będzie miał nad nim władzy nikt, gdy się rozwichrzy i rozkołysze, nikt go na powrót między połamane tamy nie wciśnie. Pewnego esiennego popołudnia, przeleciawszy z Józwą w parę godzin szmat kra u, odwiedziwszy po drodze ogniska ruchu, podsyciwszy tu i owdzie ogień uż płonący, za- żegłszy go gdzie indzie , opuścił się na puste, słońcem spalone wzgórze ponad Wiecznym Miastem. Rozmawiali przez akiś czas o dziennych sprawach rozszerza ącego się wciąż sprzysiężenia, ale słowa padały im z ust leniwie, aż wreszcie umilkli oba , w przedziwny gród, tam, pod stopami swymi zapatrzeni. Jasne, złote słońce wisiało na niebie; powietrze samo, nasycone pyłem świetlnym, oczy niemal ślepiło. A pod tą błękitną i złotą śreżogą¹¹³, pod tumanem prze asnym i opalowym, co brzegi widnokręgu zacierał i chłonął, spało w ciszy miasto Grabca ukochane, edyny, wieczysty, królewski Rzym. Tam, na północy daleko, na wschodzie i na zachodzie, dwa były centra życia, dwa czerwoną i złotą krwią tętniące serca lądu europe skiego: Paryż i Warszawa. Dwa węzły potworne wszystkich sieci i dróg, dwa ośrodki tego, co tłum powszechnie nazywał kul- turą, olbrzymie polipy, chłonące tysiącem ramion soki wszystkie ziemi, stolice rządów i kupców, i przemysłowców, ogniska zabaw, grzechu, podłości, miernoty. Na wzór tych dwóch miast na większych rozwijały się, rosły i przemieniały inne, nie mogąc im zresz- tą nadążyć, dawne stolice dawnych państw europe skich, zawsze ogromne, potworne, ruchliwe, a ednak przez tamte dwa „słońca” do drugie zepchnięte rangi. Rzym pozostał tym, czym był przed wiekami: miastem edynym. Dziwnym cudem akimś uchował się przed niwelu ącą wszystko, barbarzyńską ręką „postępu” i „cywiliza- c i”. Stały po dawnemu nietknięte ruiny na Forum: nad resztkami złotych domów na Palatynie chwiały się na wietrze cyprysy sędziwe i kwitnęły krwawe róże pod drzewami pomarańczowymi. W kościele Świętego Piotra dzwony biły po dawnemu i w Watykanie siwy starzec w potró ne koronie — białą, słabą ręką bezludny żegna ąc dziedziniec — dumał o tych czasach, kiedy stąd ego poprzednicy ruchem palca dźwigali narody Ziemi, a zaś głowy królewskie w pył uginali… A na Kapitolu, na Kwirynale, a pałacu tysiącletnim u św. Jana Laterańskiego, w gi- gantycznych resztkach dawnych łaźni, teatrów, cyrków, w krużgankach bazylik, pod ko- pułami kościołów, w gmachach świt Odrodzenia pamięta ących, w ogrodach, na placach, nad fontannami — stały posągi białe, bóstwa z dawien nieczczone, odłamy snów mar- murowych, strzępy bu ne minione , twórcze młodości… To miasto edyne wymarzył sobie Grabiec na przyszłą dumną stolicę duchową odno- wionego świata. Pochylił głowę i patrzył w słońcu na setkę kopuł wydyma ących się ku niebu, pokry- tych złotozielonawą patyną wieków, na obeliski stare i strzeliste, na poszczerbioną turnię Cyrku Flawiuszów. Dosto eństwo spoko ne a mocne biło od tego miasta, co tysiąclecia przetrwało i nie uznało za stosowne zmienić się za przykładem innych. Grabiec śnić począł… Tam, na północy, na wschodzie czy na zachodzie, niecha sobie będą wielkie „współ- czesne” metropolie, ogniska pracy, ruchu, codziennych drobnych zabiegów, niech się ro ą ak ule, niech huczą ak kuźnie, byle gwar ich dale nie dochodził, ak po krańce te ¹¹³śreżoga — rozedrgane powietrze nad rozgrzaną powierzchnią, tworzące wrażenie mgły np. nad asfaltem w upalny dzień. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  wyzłocone słońcem i esienią Kampanii, byle nie mącił zadumane ciszy pod cyprysami na ruinach… Tu będzie mózg i dusza ludzkości, nieprzemija ąca świątynia „ziemskich bogów”, siedlisko a stolica wiedzących, co będą zarazem królami świata. Niegdyś, kiedy cezarowie w marmurowych domach na palatyńskim wzgórzu miesz- kali, okrąg świata słał miastu temu pszenicę, wino, oliwę, kruszec kosztowny i drogie kamienie, niewolników, kobiety i bogów nawet — okrąg świata mu służył, woli ego podlegał, za rac ę bytu swego miał po prostu istnienie, rozkwit i blask tego miasta edy- nego. Teraz ma się to powtórzyć. Co tylko kra e i ziemie, i morza wydać mogą na lepszego, tuta ma spływać; tuta ma być na nowo środek świata, myśl ego i wola. Wieści po lądach szerokich — po wyspach morza dalekich będą chodziły, że est gród święty, do którego wstęp wybranym eno est dozwolony. Opowiadać o nim będą matki swym dzieciom, akby starą baśń aką wschodnią, że est tam moc wszystka i wszystko piękno, światło, mądrość i życie, ale w nieprzebytych murach bramy są wysokie i nie giąć się trzeba, lecz racze na miarę ich wzróść, aby wnijść¹¹⁴ do wnętrza. O, miasto wyśnione, miasto ukochane! Krótki, twardy śmiech Józwy wyrwał Grabca z zamyślenia. Odwrócił żywo głowę i spo rzał na towarzysza. Stał on z pięściami wspartymi na akimś starym, połamanym uż i w zielsko wrosłym sarkofagu, z czołem akby do uderzenia pochylonym, z namarszczonymi brwiami. — Józwa, tyś się śmiał? Przywódca rzucił w tył głową. — A co? Śmiałem się. Zakreślił ręką szerokie koło. — Przecież to zabawna rzecz pomyśleć, że po te burzy nasze będą tu tylko gruzy bez kształtu i kamienie, na których zielsko porośnie, i krzewy, i potem las… Damy my radę, o! damy tym gmachom, co wieki przetrwały, tym starym sklepieniom połatanym sztucznie cementem, kolumnom tym, żelaznymi prętami związanym. O! Będą się tu w proch sypały te kopuły, będzie trzęsienie ziemi, akiego od stworzenia świata nikt pono eszcze nie widział! Rozśmiał¹¹⁵ się znowu drapieżnie, a potem, zwraca ąc się wprost do Grabca, dodał: — Słucha cie, Grabiec, wy coś kręcicie… Jak się ma naprawdę sprawa z ową maszyną Jacka? Grabiec nie miał ochoty odpowiadać. Ostatnie blaski zachodzącego słońca, tak po- dobne do królewskie aureoli, miasto otacza ące , zmieniły mu się w oczach nagle na pożar; zdawało mu się, że widzi wieczny Rzym, walący się w gruz bezpowrotnie — i dzi- ką, od dawnych hord barbarzyńców strasznie szą tłuszczę, co idzie przez zgliszcza i przez zwaliska — niepowstrzymana, szalona… Dopiero gdy Józwa po raz drugi natarczywie powtórzył pytanie, Grabiec zwrócił oczy na niego. Zawahał się edną chwilę. Czyż mu ma powiedzieć prawdę, że straszny wynalazek Jacka, eśli się do ręki ego dostanie, to służyć mu będzie zarówno do pognębienia roz- wielmożnionego dzisia społeczeństwa ludzkie trzody, ak do utrzymania w tamach i… w niewoli nowe rozpętanych na eden dzień mas roboczych? Czy mu to ma szczerze i bezczelnie powiedzieć? I dodać eszcze, że dopóki on żyw, to racze wszystko się zwali na świecie, nim tu eden kamień ze szczytu starych kolumn opadnie? Patrzył na Józwę i myślał, akie by to na nim zrobiło wrażenie. Tak, ten człowiek — usłyszawszy to — nawet by się nie żachnął, nawet nie oburzył, roześmiałby się tyl- ko szerokimi ustami, białe, drapieżne i mocne zęby odsłania ąc, tak pewien, że potęgą ostateczną i niezmożoną będzie zagłada i będzie zniszczenie, które on właśnie wiedzie za sobą. — Posłałem Azę do Jacka — rzekł Grabiec na pozór spoko nie i obo ętnie, w inną patrząc stronę — ona uczyni, co się da… ¹¹⁴wnijść (daw.) — we ść. [przypis edytorski] ¹¹⁵rozśmiać się — dziś: roześmiać się. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  — Głupstwo! — syknął Józwa pogardliwie. — Nie rozumiem tych półśrodków! I na co tuta kobieta? akaś komediantka? co ona potrafi? Lepie by było rozbić ten dom ego w Warszawie na piargi i wziąć, co trzeba, przemocą. — Nie należy zapominać, że Jacek może się bronić! Jednym ruchem palca wysadzić zdoła całe miasto. Józwie oczy zabłysnęły. — To cóż! Właśnie prześliczny początek! Warszawa, Paryż, a potem te inne, mnie sze wrzody na zarażonym cielsku Europy… — Na to by uż kole nie przyszła — rzekł Grabiec, akby do siebie. — W tych warunkach razem z Warszawą przepadłaby też i ta emnica piorunu ące maszyny Jacka. — Więc co? — Musi on nam swó wynalazek oddać dobrowolnie, zwłaszcza że bez ego wskazó- wek, kto wie, czybyśmy sobie umieli poradzić! Józwa wyciągnął ręce żylaste, potężne. — I to zresztą niekonieczne — rzekł po chwili. — Niech diabli mędrców wezmą z ich maszynami! Mam a u siebie składy potężnie szych a żywych materiałów wybuchowych! Niech się tylko wszyscy moi ruszą, niech taniec zawiodą, a duszą wam ręczę, Grabiec, że ani śladu, ni wspomnienia z tego ślicznego świata nie zostanie. Grabiec usta uż otwierał, aby odpowiedzieć, ale naraz zrozumiał, że wszelkie słowa są tuta próżne i stracone. Po rzał w oczy Józwy, płonące zaciekłą, nieubłaganą nienawiścią do wszystkiego, co było i est — po prostu dlatego tylko, że est i że było — i po raz pierwszy w życiu zimny strach go ob ął. Przez edno okamgnienie myślał, czyby nie pchnąć zawczasu noża w tę szeroką pierś, ale zbuntował się rychło sam przeciw te myśli, podłe i tchórzliwe . To by znaczyło przed podróżą roztrzaskać okręt, do nowych kra ów wiozący, z obawy przed burzą, która może pokonać siły i mądrość sternika… Patrzył na Józwę. To nie był przecież człowiek tępy ani ślepy, nienawidzący dlatego, że przypadkowo urodził się i żył w ciężkich warunkach, na ręczną i ogłupia ącą pracę losem skazany… Przeszedł on owszem ongi wszystkie stopnie szkół publicznych i miano go nawet dla wielkich zdolności posłać na koszt państwa do Szkoły Mędrców, gdy on nagłe przepadł, ak kamień do wody rzucony. Rychło się w zamęcie życia zapomina o przepadłym człowieku, nikt też wkrótce nie pamiętał, że Józwa żył, a tym mnie rozmyślał nad tym, co się z nim stało. A on tymcza- sem, doszedłszy pewnego dnia do przekonania, że złe est to, co est, w poszukiwaniu siły zstąpił w głąb i zbierał moc, wiedziony edynym, obłędnym pragnieniem zniszczenia… — Dziwna, żem a go spotkał¹¹⁶ i poznał — szeptał Grabiec do siebie, zwraca ąc oczy na słońce zachodzące w krwawych blaskach nad Rzymem. VII Potrząsnął z wolna głową i uśmiechnął się. — Nie — zaczął, nie patrząc na Azę, akby nie na e odpowiadał pytanie — nie wyrzekałem się niczego, żadne mnie nie spotkały zawody, nie byłem zgoła na nic rozgo- ryczony, niczym rozczarowany. Jacek poruszył się niecierpliwie na krześle. — Więc czemuż… Urwał nagle i zamilkł, wstydem akimś ogarnięty, że pyta o to, co by powinien uż był może zrozumieć. Nyanatiloka podniósł nań oczy spoko ne i asne. — Tamto było mało. Poszedłem dale , chciałem żyć. — Żyć…! — szepnął Jacek do siebie, ak echo. W edne chwili stanęło mu żywo w pamięci wszystko, co słyszał o tym człowieku dziwnym, eszcze ako chłopiec nieletni, i co wiedział o nim teraz. „Chciałem żyć” — mówił Serato-Nyanatiloka, on, którego imię było niegdyś syno- nimem życia samego, rozpętane mocy, szczęścia, rozkoszy, władztwa. Mówiono o nim wówczas ak o bożyszczu. Kędy się po awił ze skrzypcami czaro- dzie skimi, ludzie ak obłąkani padali przed nim na kolana, a on robił z nimi po prostu, ¹¹⁶dziwna, żem ja go spotkał — dziś: dziwne, żem (…). [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  co chciał. Jeśli można było kiedykolwiek rzec o akimś artyście, że władał, a nie służył sztuką swą tłumowi, to o nim niewątpliwie. W przesławnych, nieporównanych i edy- nych improwizac ach swoich chwiał słuchaczami ak trzciną nadbrzeżną; ednym ruchem smyczka, ednym palca przesunięciem rzucał ludzi z obłędu radości w smutek i przygnę- bienie, szeptał im baśnie cudowne, przerażał ich i unicestwiał, pod nogi swo e miotał lub w te że chwili, mocą cudotwórczą, podłych z adaczy chleba przemieniał na rozszalałych, z wichrami pędzących bogów życia. Przypomniało się Jackowi, co mawiał o nim biskup eden, dzisia uż nieży ący: — Ten człowiek, gdyby chciał, mógłby skrzypcami swymi nowe stworzyć ob awienie, a ludzie poszliby za nim, choćby ich wiódł do piekła. Kapłan mówił to z lękiem i krzyż kreślił na czole, a w oczach Jacka, młodego chłopca podówczas, rosła postać skrzypka do fantastycznych, nadludzkich rozmiarów, stawała się akimś symbolem wywyższenia, władania, królewskości i pomazaństwa. Nie można było powiedzieć, iż Serato est bogaty, gdyż to określenie zbyt słabe nie malowało dosadnie te potęgi złota, która przez palce ego nieopatrzne płynęła. Nie było myśli, które by nie mógł urzeczywistnić, ani tak fantastycznego zamiaru, którego wyko- nać by nie zdołał. Jeden koncert przynosił mu więce , niż wynosiły niegdyś listy cywilne królów i cesarzy, dopóki eszcze w Europie istnieli. Piękny, zdrowy, niezatroskany, życiem ak burza huczący pił rozkosz istnienia pełnymi piersiami i naprawdę nie było rzeczy, które by mu los odmówił. Kobiety drżały, patrząc nań, i mógł wśród nich wybierać, ak sułtan z baśni Tysiąca nocy, pewien, ak ów sułtan, że żadna wezwania ego nie odrzuci, chociażby wiedziała, że śmierć ą czeka naza utrz z ego ręki. Nikt nie widział nigdy Seraty smutnym ani przygnębionym; mówiono o nim, że się tak śmie e, ak słońce świeci na niebie. I gdy pewnego dnia wieść się rozniosła, że ten człowiek zginął kędyś nagle i niepo ęcie, przypuszczano powszechnie zbrodnię i szukano długo e śladu — tak dalece nie mógł nikt pomyśleć, aby on sam dobrowolnie odwrócił się od tego życia, które chciwymi usty z pełne dotąd pił czary. Mimo woli wzniósł Jacek oczy i zwrócił spo rzenie na twarz siedzącego przed nim pustelnika. I to est on! On sam — Serato…! Nyanatiloka, Tró światowiedny. Półnagi, spoko ny, użebranym chlebem ży ący, a boski… „Chciałem żyć” — mówi. Chciał żyć…! Więc czymże było tamto — ten szał bu ny, kipiące mocą sztuki, sławy, miłości? Nie byłoż to właśnie życiem, które emu, Jackowi, błyska czasem ak ogień przelatu ący przed mózgiem, zmęczonym mądrością? I możnaż było tamto wszystko rzucić tak niepowrotnie a lekko… — Nie żal ci…? Dawny skrzypek wzniósł powoli głowę. — Czego? Czy patrząc na mnie, możesz przypuścić, że było tam coś poza mną, czego bym mógł w obecnym stanie swoim żałować? Nie cofnąłem się od niczego, nic nie od- rzuciłem, enom poszedł dale i wyże . Tamto mogło być coś warte, lecz to, co mam teraz, warte est bez porównania więce . Sławę miałem, bogactwo, władzę. Cóż mi to znaczy, co inni myśleli o mnie, wobec tego, że dzisia za to, bez cudzego zdania, wiem a sam, czym estem? Bogatszy estem dziś niż kiedykolwiek, bo nie mam pragnień niezaspoko onych wobec tego, że nie pragnę niczego, co przez innych tylko mogłoby być spełnionym — miast¹¹⁷ pozorne władzy nad bliźnimi, mam doskonałą nad samym sobą. — A sztuka — wtrącił Jacek — czy nie tęsknisz za nią? Nyanatiloka uśmiechnął się. — Jakaż harmonia zewnętrzna, chociażby na doskonalsza, może się równać z tym dostro eniem duszy, które teraz zdobyłem? Jaka moc twórcza artysty z tą pewną świado- mością, że świat swó cały stworzyłem i póki chcę, utrzymu ę? Powstał i zbliżył się ku Jackowi. ¹¹⁷miast (daw.) — zamiast. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  — Niepotrzebnie zresztą o tym mówimy — rzekł — gdy est tyle rzeczy ważnie szych. Nie trzeba myśleć o tym, czym człowiek był, aby nie brakło czasu na myślenie, czym być może. I to każdy, każdy może być, każdy bez wy ątku, kto zechce. Jacek zaśmiał się. — A tak, kto zechce! Kto się zdobędzie na moc, aby się wyrzec od razu wszystkiego, ak ty. Nyanatiloka przerwał mu ruchem dłoni. — Ileż ci razy mam powtarzać — zaczął łagodnie — że a się niczego nie wyrzekałem. Wszak wyrzec się, znaczy porzucić akąś rzecz ponętną, wartość dla człowieka ma ącą. Ja wyzbyłem się tylko pewnych form życia, które stały się dla mnie próżnymi z chwilą, gdy doskonalsze poznałem. Po latach pracy duchowe , która z każdym dniem większą rozko- szą mi była, po latach odosobnienia i samotności na szczytnie sze , w które moc życia w nieskończoność się potęgu e, zdobyłem to, co my nazywamy „wiedzą trzech światów”, która, eśli nie est mądrości słowem ostatnim, est niewątpliwie pierwszym i zasadni- czym. Te wiedzy uż się nie traci. Mógłbym teraz powrócić do form życia dawnego, we ść między ludzi tute szego społeczeństwa, szaleć ak oni, pracować niepotrzebnie, cieszyć się sławą, bogactwem, powodzeniem i być w duszy nadal tym, czym estem, ale śmiech mnie ogarnia na samą myśl o tym, tak to uż dla mnie nie ma żadnego powabu. Rozłożył ręce i głowę wzniósł nieco ku górze. — Ży ę w formie na doskonalsze — mówił dale — osobiste , a wszechogarnia ące , przez to, że nauczyłem się łączyć ze światem i duchem ego w edność prawdziwą, aka snadź była na początku, nim się świadomość człowiecza poczęła. Nie potrzebu ę patrzeć na łąki kwitnące, słuchać morza huczącego ni burzy, bo sam estem, zaprawdę, ziemią rodza ną i kwiatem, i rzeką, i drzewem, wichrem i morzem. W tętnie swe krwi, w rytmie myśli swo e czu ę harmonię bytu: tę na głębszą, tę pod z awiskami złudnymi ukrytą, pod tym, co się człowiekowi, wyrwanemu ze świata, wyda e nawet złym, niesprawiedliwym lub niepotrzebnym. Całe długie życie mo e poprzednie, chociaż skąpe dla mnie nie było, dać mi nie zdołało ni edne chwili szczęścia boda podobnego temu błogostanowi, w akim się obecnie zna du ę ciągle i bez obawy utracenia go kiedykolwiek. Nyanatiloka mówił to, do Jacka się zwraca ąc, zupełnie tak, akby zapomniał o obec- ności Azy, która w głęboki fotel wtulona, z brodą o złożone na poręczy dłonie opartą patrzyła nań w milczeniu szeroko rozwartymi oczyma. Początkowo słuchała, co mówił, późnie słowa ego stały się dla nie dźwiękiem bez znaczenia, na który zważać nawet nie miała ochoty. Słyszała tylko brzmienie głosu równe, spoko ne i miękkie; widziała z boku ramię nagie i ędrne, choć szczupłe, przez słońce południowe barwą do rzałego owocu powleczone. Jakaś młoda świeżość i moc szły od tego człowieka. Włosy czarne i lśniące, lekko faliste, spadały mu na odkryte czerstwe ramiona i Azie zdawało się, że czu e zapach ego kędziorów, rzeźwy, przypomina ący woń górskich ziół, rosnących nad zimnym, kryształowym strumieniem. Twarz ego widziała w zgubionym profilu: linię wypukłą, gdzie skroń łączy się z kością czołową, wzniesioną powiekę oka, eden kąt ust świeżych, drga ących, czerwonych. „Młody, asny, boski — szeptała w myśli — taki był i wówczas…” Zerwała się nagle z przerażeniem. — Serato! Odwrócił się powoli i spo rzał na nią wzrokiem nieco roztargnionym, nierad widocz- nie, że mu przerywa. Ona patrzyła przez pewną chwilę, akby niepewna, oczom własnym niedowierza ąca. — Serato? — powtórzyła z odcieniem akiegoś zdumienia. — Słucham. Aza liczyła coś półgłosem, oczu zeń nie spuszcza ąc. — Sześć… dziesięć… Osiemnaście, nie! Dwadzieścia! Tak est. Dwadzieścia lat. Nyanatiloka zrozumiał i uśmiechnął się. — Tak. Przed dwudziestu laty opuściłem Europę, na Ce lon się uda ąc. — Ja byłam dzieckiem, małą dziewczynką w cyrku… Pamiętam… Mówiono wówczas, że Serato ma lat czterdzieści. — Czterdzieści i cztery — poprawił. Jacek, który śledził tę rozmowę z rosnącym za ęciem, zerwał się teraz z krzesła. J Ż  Stara Ziemia  — Ty! Ty byś miał sześćdziesiąt kilka lat obecnie? — Tak. Czy cię to dziwi? Jacek cofnął się o krok, nie wiedząc, co myśleć, z oczyma w spoko ne twarzy pustel- nika utkwionymi. — Wszak to est młody, trzydziestoletni człowiek — szeptała Aza, akby do siebie, w bezbrzeżnym zdumieniu. — Młodszy est niż wtedy, gdym go widziała, przed dwu- dziestu laty. To nie może być. — Dlaczego? Wypowiada ąc ten wyraz zwrócił się twarzą na przelotną chwilę ku Azie i uderzył ą owym spoko nym spo rzeniem chłodno patrzących oczu. Zamilkła nagle, nie wiedząc nawet, dlaczego ogarnia ą lęk niewytłumaczony. Przyszła e na myśl ba ka akaś odwieczna, gdzie trup, zaklęciem strasznym przy sztucznym życiu i przy młodości utrzymany, rozlał się, gdy e złamano, w okamgnieniu cuchnącym błotem około własnych kości. Krzyknęła lekko i cofnęła się wstecz. Nyanatiloka tymczasem mówił do Jacka: — Czy nie rozumiesz, że przy pewnym udoskonaleniu może wola panować nad wszystkimi funkc ami ciała, ak zazwycza panu e nad niektórymi tylko ruchami? Wszak- że uż fakirzy na niższych stopni, tak od wiedzy prawdziwe dalecy ak Ziemia od Słońca, choć w e promieniach ży ący, zdoła ą wedle woli powstrzymywać tętno serca i pracę nerwów i wprawiać się w ten sposób na akiś czas w stan pozorne śmierci. — Tu chodzi o życie, o niewytłumaczoną młodość two ą — wtrącił Jacek. — I czyż to nie wszystko edno, w którym kierunku wola działa? Idzie ostatecznie o pewien stan organów, o ich funkc e, ak wy tu w Europie swoim ęzykiem uczonym mówicie, albo, ak my byśmy powiedzieli, o wyrwanie formy z czasu i postawienie e ponad nim. Jacek ścisnął rękami głowę. — Myśl się miesza, myśl się miesza. Więc ty mógłbyś właściwie żyć wiecznie? Nyanatiloka uśmiechnął się. — Nie mogę nie żyć wiecznie, bo wszak duch est nieśmiertelny, a a duchem e- stem, ak ty, ak my wszyscy. A co do ciała, które czym innym nie est, ak tylko formą ducha zewnętrzną i przemija ącą, to nie warto go nazbyt długo utrzymywać. Póki po- trzebne, lepie , że młode est i zdrowe, zdolne słuchać wszelkich rozkazań, niżby więdnąć miało i słabością swo ą przeszkadzać, ale kiedy spełni uż swe zadanie, dość człowiekowi wiedzącemu wolę utrzymu ącą e rozluźnić… Urwał i naraz zmienia ąc ton, rękę wyciągnął do Jacka. — Pó dź, nie wiem, dlaczego w duszne izbie siedzimy. Słońce uż zaszło i chciałbym trochę z dachu na gwiazdy popatrzeć. Zamyślimy się tam razem i mówić potem będziemy o istnieniu z te i z tamte strony gwiazd ak o rzeczy edne , ciągłe i nieprzerwane . Aza nie zauważyła nawet, kiedy wysunęli się z poko u, choć e się zdawało, że patrzy na nich ustawicznie. Siedziała akiś czas akby w odrętwieniu, oszołomiona całkowicie tym, co usłyszała, nie umie ąc sobie sprowadzić do kategorii ludzkiego rozumu historii wieczyście młodego skrzypka, co stał przed nią teraz w postaci buddy skiego świętego. Naraz przyszło e na myśl, że ona musiała się racze pomylić, że ten człowiek nie est i nie może być zaginionym przed dwudziestu laty Seratą. Widocznie rzucone przez nią przypadkowo imię przy ął i okrył się nim, ak gdyby z niewytłumaczonego powodu chciał, aby ak na mnie wiedziano, kim on est w istocie. — To oszust. Zerwała się odruchowo; chciała dzwonić na służbę, wołać Jacka, krzyczeć, aby tego człowieka zamknięto w więzieniu, nie pozwolono mu nazywać się tamtym imieniem… Wsparła się dłonią o stół. Czyż to możliwe ednak, aby go nie poznała, innego zań wzięła, aby ktokolwiek do niego był tak podobny? Spuściła z wolna powieki i pod powiekami zama aczyła e scena, tak dawna, że snem się uż prawie stała, a ednak żywa i wyrazista… Ongi — przed laty dwudziestu — Serato miewał szalone pomysły. Czasem, błagany i wzywany naglącymi telegramami, mimo wstawiennictwa ną pierwszych dosto ników, J Ż  Stara Ziemia  artystów i swoich przy aciół, w teatrach pierwszorzędnych grać nie chciał, chociaż mu góry złota sypano pod nogi. Innym zaś razem występował tam, gdzie się go na mnie śmiano spodziewać, i zamieniał swo ą obecnością przydrożną gospodę na pamiętną długo salę koncertową. Bywało też, że ak gra ek wędrowny szedł ze skrzypcami zapylonym gościńcem, ciągnąc za sobą w pola z wyludnionego miasta całe tłumy opętane. Aza, mała w cyrku dziewczynka, słyszała o tym od starszych kolegów i koleżanek, z dziwnym drżeniem warg imię ego wypowiada ących — i śnił e się skrzypek cza- rodzie ski, światami na czele rzeszy przeciąga ący, ak boskie akie z awienie, ak boska moc ucieleśniona. Nawet nie pragnęła go zobaczyć, tak go e żywo malowała dziecię- ca fantaz a. Gdy było ciemno i ona zmęczona w kątku cicho zasiadła, opowiadała sobie niezmiennie edną i tą samą ba kę na cudnie szą: — Przy dzie… Będzie to dzień wcale do innych niepodobny, aśnie szy akiś i słodszy, kiedy on się po awi i weźmie ą za rękę i każe pó ść za sobą na świat, pod tęcze akieś, na obłokach ak bramy rozpostarte… Przy dzie z pewnością. Uwolni ą, małą, biedną Azę od błazna strasznego, który żąda od nie rzeczy nieprawdopodobnie ohydne ; zabierze ą na łąki, na pola, które są pono gdzieś za murami miasta, i ona tam śpiewu skrzypiec ego słucha ąc, zapomni uż o cyrku, o linie, na które trzeba tańczyć, aby nie bito, aby ludzie klaskali. Uśmiechnęła się gorzko na to wspomnienie śmiesznych marzeń dziecięcych. Nie była przecież tak naiwną; wiedziała aż nadto dobrze, co znaczą wzroki podstarzałych panów z pierwszych rzędów krzeseł, ślizga ące się po e trykotach opiętych na szczupłym, dzie- cięcym ciele, i aki ma ą cel błazna nagabywania. A ednak… A ednak w tych chwilach marzeń ukrytych nabywany przedwcześnie, z dnia na dzień, cynizm życia gubił się gdzieś naprawdę, opadał, ak ta żółwia skorupa czy powłoka żabia, w które uwięziona była zaklęta królewna z ba ki. I wychodziła wtedy ze siebie same nie ako taką, ak była eszcze w istocie w głębi duszy: dzieckiem, patrzącym na świat zdumionymi oczyma i śniącym o rzeczy asne , cudowne … I przyszedł. Przyszedł rzeczywiście dnia ednego, racze ednego wieczoru. Znużona była nad wszelki wyraz. Kazano e po linie pochyło wyciągnięte wbiegać na deskę, skąd miała skoczyć na trapez rozbu any, potem na drugi, na trzeci, wirować, tańczyć w po- wietrzu. Wzięła rozpęd za pierwszym razem i ześlizgnęła się w połowie z liny druciane , pada ąc na bok dotkliwie. Wśród widzów posłyszała kilka lekkich okrzyków przestrachu, które zaraz zagłuszyły syki niezadowolonych. Kierownik przedstawienia podszedł ku nie i sprawdziwszy, że cała, łypnął złymi oczyma. — Biega , psia…! — Bo ę się — szepnęła w nagłym ataku trwogi. — Biega — zasyczał groźnie przez zęby. Cofnęła się posłuszna o parę kroków, drżąc na całym ciele. Poskoczyła — i nagle akby ą siła niewidzialna osadziła na mie scu przed samym początkiem liny. — Bo ę się — ęknęła prawie z płaczem — bo ę się. W widowni zaczynano się niecierpliwić. Afisze zapowiadały na ten wieczór „widowisko niebywałe, edyną, oryginalną królewnę powietrza, czarodzie kę lata ącą”, a tymczasem czarodzie ka stała zalękła, nieporadna, z czerwonymi powiekami i z wargami dziecinnie do płaczu skurczonymi. — To oszustwo! — wołano w dalszych rzędach. — Zwrócić pieniądze! Przerwać przedstawienie! Tłum bezlitosny, żąda ący tylko zabawy za swó grosz, szydził z nie , miotał wyzwiska, wyśmiewał się, robił głośno nieprzyzwoite uwagi. — Biega ! Usłyszała głos kierownika, wściekłością nabrzmiały, akby przez sen. Cofnęła się esz- cze raz do rozpędu, zbiera ąc wszystkie siły rozprężone woli. W oczach e pociemniało, w uszach szum miała nieznośny, drżały e kolana — czuła, że spadnie, nim końca liny dobiegnie. Podskoczyła, zrobiła kilka kroków z zamkniętymi oczyma i naraz uczuła, że ktoś ą chwyta za ramię właśnie w chwili, gdy stopą miała dotknąć drutów wyciągniętych. J Ż  Stara Ziemia  Obe rzała się. Stał przy nie , dostawszy się snadź z widowni, człowiek akiś wytwornie odziany, o czarnych falistych włosach, i powstrzymywał ą białą, miękką, a silną ak stal dłonią. — Czeka . Nie miała nawet czasu dziwić się ani przerazić — ogarnęło ą tylko niewypowiedzianie słodkie uczucie, że est pod czy ąś opieką. Dyrektor skoczył ku natrętowi blady z wście- kłości, lecz nim usta otworzył, opiekun e rzekł głosem spoko nym a rozkazu ącym: — Proszę mi dać skrzypce akiekolwiek! — Serato! Serato! — huczało uż w całym amfiteatrze ak w ulu. Serato! Gwałtownym ruchem zwróciła głowę, wpatrzyła się weń chciwie, zachłannie, serce e niemal przestało bić. Ba ka, wyśniona, złota baśń: przyszedł, weźmie, powiedzie… Nie! Coś innego w nie zadrgało, coś, z czego w pierwsze chwili nawet sprawy sobie zdać nie umiała. Czuła palce ego mocne na odkrytym, dziecięcym ramieniu, żar ą ob ął akiś pod przelotnym wzrokiem ego, co twarz e musnął, w piersi się coś zatłukło. Miała ochotę łkać, zgubić się, unicestwić, zapragnęła, aby on ą zgniótł swymi rękami albo nogą stanął na piersi, i równocześnie uciekać chciała, uciekać… Cisza nagle ogarnęła teatr. Usłyszała akiś dźwięk nieziemski, przedziwny, akiś srebrny płacz. Zdumiała się prawie, skąd by pochodził. Serato grał. Nikt teraz uż na nią nie zwracał uwagi. Przysiadła nieco na uboczu i patrzyła. Jakiś szum krwi w uszach kradł e dźwięki muzyki; widziała tylko dłoń ego białą, wodzą- cą smyczek, opuszczone powieki, usta rozchylone nieco w wygolone twarzy, wilgotne, krwawe. Dreszcz dziwny przebiegł ą od stóp do głów i po raz pierwszy w życiu to dziwne uczucie, że są na świecie pocałunki, uściski i że ona est kobietą. Przestała być dzieckiem w owym okamgnieniu. Zakołowało e w głowie; przez sekundę była tylko cała tym ednym, nieprzytomnym pragnieniem: czuć ego oczy, ego ręce, usta ego czuć na sobie. Naraz zbudziła się w nie znowu świadomość. Spoko nie, prawie wyzywa ąco roze rza- ła się dokoła. On — Serato — nie patrzył na nią. Zatopiony w przedziwne improwizac i, zmieniwszy w narzędzie cudu akieś z orkiestry podane skrzypce, zapomniał pewno o e istnieniu i o tym odruchu litości, który go na cyrkową arenę dla e wybawienia sprowa- dził. Grał sobie samemu, a ludzie słuchali. W amfiteatrze cisza była niepo ęta. Aza przebiegła okiem szeregi siedzeń; wszędzie słuchacze na posągi zamienieni; edni chłonący oczyma postać skrzypka królewską, inni z twarzą w dłoniach ukrytą i eszcze inni patrzący w dal szklanymi źrenicami, z których duch odbiegł, aby się kołysać kędyś za muzyką na falach powietrza. Nagle gniew ogarnął Azę, że on się nad nią zlitował i teraz na nią nie zważa, i zazdrość, że uniósł widzów, którzy e zwykle klaskali, i odruchowa małpia żałość. Nim mogła sama zastanowić się nad tym, co robi, właśnie w chwili, gdy struny skrzypiec ledwo uchem dosłyszane śpiewać poczynały akiś święty, cichy sen, wydała przeraźliwy okrzyk cyrkowy i ednym rzutem wbiegła na naprężoną linę, i skoczyła prosto na trapez o kilkanaście metrów niże zawieszony. Postrzeżono e skok szalony w amfiteatrze i zaczęto wołać, krzyczeć, klaskać, poka- zywać ą sobie palcami. Nikt uż muzyki Seraty nie słuchał — wszyscy na nią patrzyli, ak rzuca się, naprawdę do ptaka podobna, z drążka na drążek, z edne liny na drugą. Gorzkie, zaciekłe uczucie tryumfu w piersi. Nigdy nie była tak szaloną, tak zuchwałą, wyuzdaną po prostu w tym tańcu powietrznym, gdzie eden fałszywy krok, edno chy- bienie na milimetr równowagi znaczyło śmierć… Gięła się i prężyła, da ąc drobne kształty swo e gawiedzi na pokaz z przedziwną bolesną rozkoszą, co nie wiadomo skąd nagle się w nie zbudziła, wyzywała spo rzenia lubieżne, szczerzyła zęby w bezczelnym uśmiechu do ludzi, odziera ących ą z sukien oczyma. Usiłowała nie spo rzeć na skrzypka — gniotła ą ednak bolesna ciekawość… Nieznacznie, nieznacznie, tak, aby on nie widział. Ręce podnosząc, nachyliła głowę; szybki rzut oka pod ramię… J Ż  Stara Ziemia  Stał obok porzuconych skrzypiec na arenie i uśmiecha ąc się z zadowoleniem, bił e oklaski wraz z innymi. Zeskoczyła z podniebne huśtawki i wbiegła pędem do garderoby, ukrywa ąc straszne, szarpiące łkania, których długo nie mogła ukoić. Wtedy po raz pierwszy i ostatni zarazem widziała Seratę. Jednak każdy rys ego twarzy, spo rzenie oczu, wyraz ust tak się wbiły w e świadomość, że po upływie długich lat stawał on w e oczach ak żywy i prześladował często ak zmora, które niepodobna odegnać. Nie! Ona się nie mogła omylić! To est naprawdę Serato, on sam — ten człowiek niepo ęty, czarem akimś wieczyście młody, co teraz tuta przychodzi z niezrozumiałą dla nie nauką, z nadludzkimi i przeraża ącymi ą siłami… Nagły dreszcz wstrząsnął całym e ciałem. Chwila podobna do owe , którą przeżyła ongi przed dwudziestu laty, kiedy on dłoń na e dziecinnym ramieniu położył, eno ogień potężnie szą falą uderzył dziś na nią… Zaplotła ręce na karku i wpatrzyła się z podniesioną głową przed siebie. Myśli e grały. — Mocnie sza estem niż wszystkie moce świata: niż mądrość, niż sztuka, niźli zemsta nawet! Mocnie sza będę niż świętość two a… Uczuła dziwnie rozkoszne łaskotanie krwi w piersiach naprzód podanych, mgła e akaś oczy na eden moment przesłoniła, usta same rozwarły się nieco: — Przy dź! Przy dź…! VIII Siedzieli w milczeniu z głowami pochylonymi, słucha ąc ze skupioną uwagą wywodów ednego z „braci wiedzących”, który rozwijał właśnie wśród nich, w zgromadzeniu mę- drców, teorię nową o początkach życia. Niewielki, o duże , płowe głowie i szarych oczach bystro patrzących, mówił na po- zór sucho, akby lekc ę nauczoną wydawał, cyy wymieniał, nazwiska uczonych, fakty i odkrycia — i zaledwie czasem twarz mu drgnęła nieznacznie, kiedy w krótkim, pio- runu ącym i niespodziewanym zdaniu ednym błyskiem myśli wiązał w całość i oświecał mozołem wieków zdobyte i aż dotąd sprzeczne eszcze na pozór spostrzeżenia całych po- koleń badaczy. I zdawało się słucha ącym, że ten człowiek niepokaźny, ale myślą potężny, budu- e przed ich oczyma piramidę przedziwną, o podstawie ak świat szerokie , gdzie każdy głaz oddzielny, akimś łukiem śmiałym i nadpowietrznym z innymi spo ony, dźwiga nie- wzruszenie piętro nowe, coraz zwartsze¹¹⁸, śmigle sze, coraz wyże ku niebu wstępu ące, aż ponad ma aczący uż w myślach szczytowy cios, zwornik ostateczny, z którego wzrok ednym rzutem całokształt budowy obe mie. Wszystko, co dotąd sprawdzono, odkryto, wynaleziono, wysiłkiem rozumu zdobyto, czy stworzono, cegłą się stawało i granitem dla mędrca o szarych oczach; zdało się czasem, że ednym słowem, ak gdyby pewnym i sprawnym młota uderzeniem, łupie bezkształtny głaz doświadczenia, z którym dotąd rady sobie dać nie umiano, i wydobywa zeń ądro przedziwnie do budowy dopasowane. Słuchacze, przyzwycza eni wstępować pod chmury i świat w samotnych wieżycach myśli swe z góry oglądać, wznosili się z mówcą bez zawrotu głowy na te wyżyny, gdzie ich wiódł pewnie i śmiało. Zakończył długi wykład, oczy mu szare zapłonęły, słowa z ust popłynęły żywie . Rzucił ręką naokoło, akby ze szczytu wskazywał ściany piramidy swo e , skąd stopiły się uż dla swobodnego oka poszczególne cegły i kamienie w całość edną, doskonałą, nienaruszoną i tak prostą przedziwnie. — Przeszliśmy — kończył — labirynt dziwu od plazmy na prostsze , pod nieorga- nicznym pozorem chcące się eszcze zataić, od zarodka, i pierwe : od wszczęcia się tego zarodka, nim pierwszy ego podział ku zbudowaniu nowe istoty nastąpił, aż do przemian w mózgu, dumne myśli ludzkie towarzyszących; widzieliśmy wszystko i wiemy, że da się to edno z drugiego wywiązać i wywieść, ak wzór matematyczny ścisły, błędowi nie- podlega ący, pewny, nieuchronnie do ednego prowadzący wyniku. Ten wzór oto, akby ¹¹⁸zwartszy — dziś: bardzie zwarty. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  ta emnicze słowo zaklęcia z dawien przeczuwane, a nieodkryte, a określiłem, krzesząc i zestawia ąc materiał doświadczenia przez dziesiątki wieków nagromadzony. Widzieliśmy tedy życie we wszystkim ego mechanizmie od na prostszego do na - skomplikowańszych¹¹⁹ i wiemy uż, że wedle edne wszędzie odgrywa się zasady, bez wy ątków, przeskoków, bez dowolności, którymi się łudzi oko ludzkie, nie dość eszcze głęboko patrzące. Dowiedzieliśmy się także niewątpliwie, że nie celem istnienia est ży- cie, nie wynikiem akiegoś rozwo u, nieda ącego się owszem bezeń pomyśleć, lecz ego początkiem, alfą i omegą, bytu całokształtem i edynym walorem. Niegdyś, przed dłu- gimi wiekami, szukano uporczywie i mozolnie, ak by z nieograniczonego bytowania wyrozumieć powstanie organizmu — dzisia wiemy nie tylko, że est w tym zasadnicza i pierwotna konieczność, lecz nadto, wedle akie zasady to się dzie e; tu i tam edna włada niewzruszona matematyczna formuła. Urwał na chwilę i obróciwszy się, wskazał ręką szereg znaków zapisanych na czarne tablicy. — Oto est zagadka istnienia — pod ął znów z gorzką ironią w głosie — rozwiązana, do banalne nagości cy sprowadzona. Jesteśmy dziś czarodzie ami naprawdę i mogliby- śmy wedle nie stwarzać nowy świat, nowy byt, rzeczywistość nową i dowolną, gdybyśmy tylko… Ach, tak! Taka drobnostka stoi na przeszkodzie ziszczeniu te mocy odnalezione- go zaklęcia. Widzicie, panowie, że zrównanie, które tu napisałem, ma w pewne zasad- nicze części swo e postać matematyczne całki i ak każda całka wymaga uzupełnienia przez pewną ilość stałą, owo C matematyków, tworzywo fizyków, odwieczna vis vitalis biologów, słowem: to coś, o którym się nie wie w tym wypadku, czym est właściwie, i wiedzieć się uż nie będzie, bo to z formuły zgoła nie wynika. Pochylił głowę i ręce rozłożył ruchem bezradnym. Jacek ze skronią na dłoni opartą słuchał, milcząc ak inni. Słowa ostateczne uczonego towarzysza nie były dlań niespodzianką: wiedział uż w chwili, gdy zoczył owo równanie magiczne na tablicy wypisane, że mądrość ludzka, w na wewnętrznie sze¹²⁰ ta nie istnienia się wdziera ąc, uderzyła tu znowu o mur niewidoczny, a wyczuwalny, stanęła znowu twarzą w twarz wobec edne i te same , wiecznie się powtarza ące zagadki, wobec tego Nic, które zarazem est wszystkim. „A Słowo stało się ciałem” — zadźwięczało mu w uszach przypomnieniem. Mimo woli wzniósł oczy na wyniosłą postać lorda Tedwena, z prezydialnego mie sca wszystkim widną. Starzec siedział prosto, z rękoma na pulpicie złożonymi, z oczyma patrzącymi nie- ruchomo przed siebie spod zaczerwienionych powiek. Zaledwie lekkie drgnięcie w łuk zaciśniętych ust świadczyło o życiu zastygłe , surowe twarzy. Jacek sądził, że sir Robert odezwie się teraz, gdy mówca uczony zakończył swó wykład — i czekał niecierpliwie ego słów, ciekaw, ak będzie rozwijał wobec grona na mędrszych na Ziemi słuchaczy konieczność dogmatu, ako uzupełnienie wiedzy, niczym bez niego będące . Lord Tedwen ednak milczał i milczeli wszyscy dookoła. Jacek po kolei przebiegał oczyma zgromadzonych, patrzył na starców, chylących czoła myślą poorane, na mężów w sile wieku, z dziwnym, zaświatowym smutkiem w wytężonych oczach, na ludzi, co z lat młodzieńczych wyszli dopiero, a od brzemienia wiedzy barki uż mieli przygięte: szukał ust, które by się głosem rozwarły, żądał słowa, ob awienia… Głuche milczenie mówiło aż nadto wyraźnie: „nie wiemy”. W te chwili, kiedy za- gadkę fizykalną bytu, rozwo u i życia u ęto w matematyczny, asny wzór, kiedy dotarto nareszcie po długich i mozolnych kołataniach do ostatecznego zrozumienia mechanizmu świata, w te wyroczne chwili to straszne słowo: „nie wiemy!” patrzyło z zadumanych oczu mędrców, kładło się pieczęcią na ich ustach zaciśniętych, mgłą powlekało wysokie, bruzdami pokryte czoła. Natarczywym, o słowo krzyczącym wzrokiem wparł się Jacek w chłodne oczy lorda Tedwena. ¹¹⁹najskomplikowańszy — dziś popr. forma: na bardzie skomplikowany. [przypis edytorski] ¹²⁰najwewnętrzniejszy — dziś popr. forma: na bardzie wewnętrzny. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  „Mów! — błagał go tym spo rzeniem, nalegał, rozkazywał — mów, mów, wybaw nas od te nicości, w którą się grążymy z myśli nasze asnymi słońcami, wybaw nas, eśliś sam est wybawiony…!” Starzec zrozumiał. Poruszył głową z wolna, patrząc w krąg, czyli nikt głosu nie żąda¹²¹, a kiedy pod ego wzrokiem wszyscy czoła eno schylali, wzrusza ąc bezradnie ramionami, on podniósł białą dłoń… Powstał z siedzenia wysoki, poważny, dosto ny, dźwiga ący niemal całe stulecie na barkach rozłożystych. Przez chwilę stał tak w milczeniu, ak gdyby się wahał. — Tu wiedza się kończy — rzekł wreszcie — zdobyliśmy wszystko, co można było zdobyć, usłyszeliśmy wszystko, co znieść było można ludzkim rozumem. Powiedziałem wam a, com w latach dobył samotnych, pracy mo e myślowe snadź uż ostatnich; mó- wili po mnie inni, mędrcy doskonali, światło ziemi, przy aciele moi albo uczniowie, gdyż mistrza między wami uż nie mam, będąc na starszym. Dotarliśmy do ądra wszechrzeczy i może powinien bym powstać w te chwili i rozwiązać to z ednoczenie badaczy, bo dale uż iść nie można, znieść nasz zakon wiedzących, gdyż wiedzieć uż więce nic nie bę- dziemy. Krążymy teraz błędnym ruchem, ak ryby dokoła szklane kuli nie do przebicia. Słońce daleko za nami, chłód nas ogarnia. Mieliśmy odwagę dotrzeć aż dotąd, mie my też odwagę przyznać: tuta wiedza się kończy. — Nieprawda! Jacek drgnął na ten głos. Zapomniał prawie, że za zezwoleniem lorda wziął był ze sobą ako gościa Nyanatilokę na doroczne zgromadzenie mędrców. Ze zdumieniem też spo rzał na niego i z lękiem prawie, słysząc, ak niespodziewanie twardym słowem odpowiada starcowi. Sir Robert zamilkł na eden moment; ak szybka fala po morzu, zmarszczka przebiegła mu po czole, ale w te że chwili uśmiechnął się eno z wyniosłą pobłażliwością… — Gość nasz — rzekł — nie rozumie ąc dobrze słów moich, przeczy te oczywiste prawdzie i niestety, uż ostateczne , że doszliśmy do kresu ludzkie wiedzy i dale kroku zrobić nie zdołamy żadnego. Gość nasz, mądrością Wschodu czcigodną karmiony, nie dość ściśle snadź¹²² określa sobie różnicę między wiedzą a wiarą, czyli uznawaniem za pewne rzeczy rozumem nieudowodnionych… Zarówno wiedzy, ak wiary przedmiotem est prawda, ale prawdy te są z pochodzenia i z rodza u swego różne i mieszać ich nie można. Jesteśmy u kresu wiedzy, powtarzam: tam dale uż tylko dla wiary est mie sce. Zgromadzeni kiwać poczęli poważnie głowami, słuszność przyzna ąc słowom swego arcymistrza. Jacek, po rzawszy w krąg, zobaczył twarze zadumane z półuśmiechem rezy- gnac i na ustach, i inne, bolesną ironią mimo woli skrzywione, i eszcze inne, smutne uż tylko… Znał tych wszystkich ludzi, na świecie na mędrszych, i wiedział, co który myśli. Mógł wskazać palcem tych, co się trzymali wiary całym wysiłkiem: nielicznych katolików Kościołowi posłusznych i pełniących wszelkie ego przykazania ( ako że katolicyzm był religią edyną, która się ostała wśród powodzi wieków) i tych znowu, co tworzyli sobie sami i tylko dla siebie systematy religijne, mnie lub więce mgliste i mistyczne, wypeł- nia ąc sobie nimi tę przestrzeń pustą a nieprzebytą, o którą wiedza, uderza ąc, rozbijała się, ak morze o brzeg arktycznego lądu. Większość wśród nich stanowili panteiści o na - wyższym ducha polocie, co od matematycznych wzorów swe wiedzy odrywali oczy, aby ob ąć miłosnym spo rzeniem świat, w którym — wedle ich wierzenia — ob awiała się na świętsza amor Dei intellectualis; nie brakło ednak także chłodnych rac onalistycznych deistów, teozofów różnego pokro u i mistyków wszelkich odcieni, aż do ludzi, którzy mimo wielkie nauki i wiedzy przeraża ące ogromem zabobonów się różnych trzymali, śmiesznych nieraz i dziecinnych. „Horror vacui¹²³” — pomyślał Jacek, patrząc na tych ludzi, co za wszelką cenę szukali pozytywne treści metafizyczne życia i świata, chociażby nawet trudno ą było pogodzić z tym, co im mówiła myśl ich badawcza a strudzona. Przez edną chwilę zazdrość go ogarnęła, gdy porównał w myśli ich wiarę, nawet na kruchszą, z tym stanem, w akim on się zna dował i emu podobni — ci, ze smutkiem ¹²¹czyli (…) nie żąda — konstrukc a z partykułą -li (wzmacnia ącą); dziś: czy nie żąda. [przypis edytorski] ¹²²snadź (daw.) — widocznie, prawdopodobnie. [przypis edytorski] ¹²³horror vacui (łac.) — lęk przed pustką. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  na większym słucha ący słów Roberta Tedwena. Uczucie nicości, pustki na strasznie sze , przeraża ące i to przekonanie na głębsze, że eśli się ma żyć, to tę pustkę trzeba czymś wypełnić — a równocześnie akaś niemoc, niedołęstwo samozachowawczego zmysłu, brak akiś czy zbytek, niepozwala ący uwierzyć — w cokolwiek, byle uwierzyć. Z te to gromady boleściwe wyszło i tych kilku sceptyków zapamiętałych, siedzą- cych przed nim z śmiertelnie rozpaczliwymi oczyma a pogardliwym na bladych ustach uśmiechem. Podobni do szaleńców ranę własną coraz więce rozdziera ących, zawzięcie sondowali bystrymi rozumami istnienie i osłupiałymi twarzami patrzyli w nicość, przy- znać się uż nawet nie chcąc, że i oni radzi by w głębi duszy u rzeć cokolwiek innego — choćby marną ułudę, którą by zaraz w następne godzinie rozbili, tak są bowiem wido- kiem wiecznym kryształowe pustki na śmierć zmęczeni i przerażeni na śmierć. Jacek zakrył twarz obiema dłońmi i w zadumie pogrążony nie uważał przez chwilę, co się wokoło niego dzie e. Dopiero gdy go silnie szy głos Nyanatiloki znowu uderzył, podniósł głowę i z myśli swych zaledwie ocknięty słuchać ął. Buddysta stał na wzniesieniu, przez lorda Tedwena snadź na mównicę wezwany, włos spada ący na czoło ruchem głowy odrzucił w tył i wzniósł ramię śniade. — Bo nie wiarę a wam niosę — mówił kończąc zdanie zaczęte — nie eszcze edno nowe wierzenie do tysiąca uż istnie ących, które by wzmogło tylko zamieszanie, lecz wiedzę. Z całą świadomością i odwagą powtarzam wobec was, o na mędrsi: est wiedza eszcze poza tym kresem, który wyście oto wskazali, wiedza prawdziwa, radosna, da ąca moc… Poruszano głowami w niedowierzaniu, słucha ąc słów racze z pobłażliwą łaskawo- ścią niźli z istotnym zaciekawieniem. Jacek zrozumiał, że Nyanatiloce udzielono głosu i mówić pozwolono wyłącznie dlatego, że est on ego przy acielem. Myśl ta ubodła go nieznośnie, akby zniewaga wyrządzona dziwnemu pustelnikowi. Nagła odraza go zd ęła do tego zgromadzenia mędrców, którzy słuchaliby przybysza niewątpliwie, gdyby wy- stąpił był przed nimi ako cudotwórca i nowe ob awienie im obiecywał, lecz nie wierzą ani przypuścić nawet nie chcą, w niezadowala ącą ich mądrość własną mimo wszystko zaufani, by ktoś w dziedzinie wiedzy mógł innymi niż oni pó ść drogami i dale za ść niż oni. Powstał odruchowo i chciał przy aciela pociągnąć za sobą do domu, ale Nyanatiloka, ruch ego spostrzegłszy, dał mu ręką znak, aby się eszcze zatrzymał. Po czym nie zważa ąc na uśmiechy i oznaki zniecierpliwienia u słuchaczy, obrócił się ku czarne tablicy, na które mówca poprzedni swó matematyczny wzór życia był napisał, i wskazu ąc dłonią na człon ego nieznany, a stały, rzekł swobodnie, akby lekkie rzeczy akie ś dotykał, a nie na głębszych ta emnic istnienia: — Czy nie sądzicie, że stąd należałoby zacząć, zamiast stawać tuta bezradnie? Chcę wam mówić właśnie o te stałe , a niepo ęte ilości w równaniu bytu, która est zarazem ego tworzywem i regulatorem. Wy wszyscy wiecie, że to est duch… Źle mówię! Wy racze wszyscy wierzycie w to mnie lub więce silnie: i to właśnie nie wystarcza, że tyl- ko wierzycie. Patrzę na was, o na mędrsi, i widzę smutek na waszych czołach, w oczach rozterkę, tęsknotę za rzeczą niewyrażalną w bolesnym rozchyleniu waszych ust. Nie za- dowala was wasza wiedza, choć wielka, i wiara nie uspoka a na mocnie sza, gdyż nazbyt mądrzy esteście, aby w rozdrobnieniu bytu kres zobaczyć ostateczny, a zaś zbyt przyzwy- cza eni kra ać ostrzem myśli wszystko dane, aby się wierze poddać bez zastrzeżeń i nie mieć żadne chwili wątpliwości. Na rozdrożu stoicie; daru cie, że wam to mówię, lecz i a szedłem niegdyś tą waszą drogą i sądziłem ak wy, że est edyna. Urwał i zwrócił się twarzą ku sędziwemu przewodniczącemu zgromadzenia. — Czy mnie nie pozna esz, mistrzu? — rzekł. — Kiedyś począł nauczać, byłem przed czterdziestu laty ednym z pierwszych uczni¹²⁴ twoich, nim odszedłem od badań, aby szu- kać harmonii naprzód w sztuce, w życiu, wreszcie w wiedzy na głębsze , niedocieka ące , lecz twórcze , daleko stąd na Wschodzie. Lord Tedwen oczy dłonią osłonił, zdumienie na wyższe na twarzy mu się odbiło. — To ty? To ty? — wyszeptał. ¹²⁴uczni — dziś popr. forma: uczniów. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  — Tak. Ja to estem, nauczycielu, a, Serato, edyny, któregoś na próżno przy sobie zatrzymywał, choć wielką łaską to było, eśliś kogo za ucznia raczył przy ąć. Sto ę przed tobą po latach czterdziestu i widzisz, że nawet starszy nie estem niż wówczas, gdym od ciebie odchodził, skrzypce w ręce u ąwszy, i tobie dziękował, żeś chciał dla mnie dobrze, a wskazał drogę mimowolnie, którą iść… nie należy, przyna mnie dopóki się nie ma wiedzy inne , z głębi ducha dobyte i pozwala ące z uśmiechem patrzyć na wszelką ni- cość doczesnego istnienia. To, ku czemu wy dążycie na próżno w rozpaczne ¹²⁵ tęsknocie, początkiem być winno. Patrzcie na mnie! Wy odkryliście formułę życia niewątpliwą, u ę- liście ą w znaki algebraiczne, na czarne tablicy wypisali: i stoicie przed nią bezradni! Ja, nie zna ąc e , życie swe nawet materialne trzymam w ręku i nie pozwalam mu zamierać, i nie używam po temu innego środka, ak tylko swo e wiedzy i woli! Niepokó ogarnął słuchaczy. Obo ętni aż do te chwili, powstawali teraz z mie sc, poda ąc sobie nawza em znane wszystkim dawne imię dziwnego człowieka, który w ten sposób do nich przemawiał. Niektórzy cisnęli się bliże , inni z niedowierzaniem kręcili głowami, żywo rozprawia ąc. Jeden sir Robert po chwili pierwszego zdumienia spokó odzyskał zupełny. Patrzył w milczeniu na Nyanatilokę, a gdy ten przestał mówić, ozwał się powoli i dobitnie: — Jeśliś ty est Serato naprawdę, dokonałeś rzeczywiście cudu dziwnego, ednakże działać w duchu, a wiedzieć, to nie est edno. Zwierzę każde płodzi życie, nie ma ąc asne świadomości własnego istnienia. Wszelka wiedza est zawsze i tylko badaniem. — A czemu nie ma być tworzeniem? — odparł Nyanatiloka. — Daru cie, mędr- cy, że śmiem wam powiedzieć: zapominacie w te chwili, iż badanie i dla was est tylko środkiem wiodącym do pożądanego celu, akim est na zupełnie sze uświadomienie by- tu. To est wiedza właśnie, to est prawda niczym innym, ak samym bytem świadomym będąca. A eśli wszechświat cały, z życiem swym i wszystkimi siłami, samookreśla ącym się duchem został stworzony, czemuż i prawd nie tworzyć tą drogą, tych na istotnie - szych? Czemuż nie rozświecać ta emnicy wprost w duchu, gdy ona tam cała i bez reszty się mieści? Wszakże i wy znacie wyraz „intuic a”, i wiecie, że est ona zawsze na po- czątku i każdemu badaniu drogę musi wytykać. Dlaczego miast ą zabijać po pierwszym drgnieniu, wiodąc dale rachuby, nie dać się e wprzód w bu ny kwiat rozwinąć? Jeśli wo- la usunie zewnętrzne przeszkody i doprowadzi ducha do odpowiednie doskonałości, to znaczy wolności, da nam intuic a wiedzę na szczegóły nierozproszoną a na prawdziwszą, bo w ten sam sposób powstałą, ak byt, i bezpośrednim świadomym ego równoznacz- nikiem będąca. Wzniósł obie ręce i wyciągnął e z góry ponad głowami mędrców. Jacek nie widział go eszcze nigdy takim, choć wielokroć słuchał ego nauki. Oczy mu płonęły słonecznie, asność biła od całe przedziwnie młodzieńcze ego postaci. — Bracia — wołał w uniesieniu — przy mijcie mnie ako posła od duchów wa- szych własnych, który wam dobrą przynoszę nowinę. Przyszedłem wam mówić o tym wszystkim, co w świadomości wasze śpi, nie umie ąc się inacze dostać na zewnątrz, ak w kruchym wierzeniu: o wieczystym bóstwa królowaniu, o dusz nieśmiertelności, o wiedzy nieprzemija ące , o tym, co wartość nada e życiu edyną! Śmiech nagły zabrzmiał około drzwi. Jacek zwrócił głowę pośpiesznie, patrząc, kto by się wedrzeć ośmielił do przybytku mędrców i zakłócać ego powagę. Uniósłszy się nieco w siedzeniu, do rzał ponad ramiona towarzyszy łysą czaszkę Grabca. Ktoś go tam przy drzwiach, zdobnych odwiecznym egipskim znakiem ziemi skrzydlate , zatrzymywał czy pytał, akim prawem tu wchodzi, lecz on, nie odpowiada ąc, usunął eno¹²⁶ ruchem dłoni odźwiernego i szedł prosto ku krzesłu prezydenta. Brwi lorda Tedwena zbiegły się razem; z surową wyniosłością spo rzał na przybysza. — Sir Robercie! — zakrzyknął Grabiec, śmiało wzrok ego wytrzymu ąc — sir Ro- bercie, niegdyś władco i panie, zaprzestań słuchać śmiesznych ba ań wschodniego oma- miciela, bo doprawdy, że nie czas dzisia wyrzekać się wam czegokolwiek ani szukać za światem szczęśliwości, gdy ona est blisko… — Ktoś est? — zapytał lord Tedwen krótko. ¹²⁵rozpaczny — dziś popr.: rozpaczliwy. [przypis edytorski] ¹²⁶jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  — Ja estem moc! Nie boże królestwo na mgłach wam przynoszę, nie o nieśmiertel- ności dusz a wam chcę prawić, ale wam da ę królestwo wasze własne: nieśmiertelność rasy wielkich utwierdzam! Z drogi niecha mi ze dą ci, co życiu chcą przeczyć. Po rzał wyzywa ąco na Nyanatilokę, nie ma ąc go za nic innego, ak za ascetycznego pustelnika ze Wschodu, akich ostatecznie w różnych czasach dość się po Europie włó- czyło… Zdawało się, że czeka przede wszystkim na akieś słowo z ego strony, aby go przed oczyma mędrców pognębić, ale Nyanatiloka nie ob awiał wcale ochoty wdawania się w rozprawę. Uśmiechnął się tylko ta emniczo i ustąpił z mównicy, za mu ąc dawne mie sce swe obok Jacka. Więc Grabiec, na szemrania między zgromadzonymi wcale nie zważa ąc, wstąpił sam żywym i śmiałym krokiem na podniesienie i zwrócił się twarzą wprost do mędrców sie- dzących w szerokich stallach. — Nie proszę was nawet — zaczął — o głos, nie przepraszam, że samowolnie się tuta wdarłem. Niektórzy z zebranych zna ą mnie dobrze i wiedzą, że to, czego pragnę, aż nazbyt mnie usprawiedliwia… Na zgromadzenie mędrców przyszedłem, bo nie dość mi mówić z tym lub owym, nie dość tego lub owego pozyskać: chcę się zwrócić do was wszystkich, wszystkich mieć za sobą! — Mów pan do rzeczy i krótko — ozwał się przewodniczący, któremu ktoś szepnął tymczasem imię Grabca — nie mamy czasu do zbytku. Grabiec skłonił lekko głowę ku starcowi i ął wyłuszczać rzeczowo plan, z którym przyszedł do stowarzyszenia braci wiedzących. Głos ego miarowy, siłą woli powstrzy- mywany, płynął równo, ale znać było, że kipi pod nim niepokó na wyższy, niepokó człowieka drżącego o los swo ego dzieła, któremu życie poświęcił. W chwilach kiedy przestawał mówić, aby powietrza w piersi zaczerpnąć, rozglądał się po sali ogromne , śle- dząc okiem, akie wrażenie słowa ego sprawia ą, lecz ze spoko nych twarzy słuchaczy nie mógł wyczytać niczego. — Powiedziałem wam wszystko — zakończył wreszcie. — Wiecie uż teraz, czego chcę: da cież mi odpowiedź. Od was zależy zostać panami świata albo zginąć w zawieru- sze, która lada dzień się rozpęta, a może być eno wichrem lecącym przed wschodzącym rydwanem wasze mocy. Cisza zaległa po tych słowach. Wszystkie oczy zwróciły się powoli na twarz lorda Tedwena, który siedział milczący, z przymkniętymi powiekami i z lekkim uśmiechem na starczych pomarszczonych licach. Usta mu eno czasem drgały nerwowo i dłoń na pulpicie wsparta kurczyła się mimowiednie… Zdało się, że w myśli przeżywa eszcze raz swo e dzie e, że przypomina sobie cierniową drogę od szczytów władzy, dobrowolnie rzucone , aż do stóp krzyża, skrytego zazdrośnie gdzieś w sercu — tak głęboko, aby go ostrze ego własne myśli nawet naruszyć nie mogło… Tymczasem niecierpliwsi wśród zebranych, a zwłaszcza ci, co dawnie uż porozumieli się z Grabcem i myśl ego za dobrą uznali, poczęli naprzód z rzadka, potem coraz śmiele na prezydenta nalegać, aby dał odpowiedź… Lord Tedwen powstał. Blady był teraz; przelotny rumieniec znikł z lic ego pergami- nowych — spod brwi namaszczonych szeroko rozwartymi, stalowymi oczyma po rzał po zgromadzonych. — Czego chcecie? — Czynu! — zakrzyknął Grabiec. — Czynu! Czynu! — zakrzyknięto chórem. — Jeden czyn nas może eszcze zbawić! Wyrwać z zaklętego koła nasze wiedzy! Uwolnić od ciężaru nasze mądrości! — Czyn eden est tylko: w głębi ducha! Nie słuchano go uż nawet. Otoczono wieńcem Grabca, dopytywano o szczegóły przy- gotowane walki, rozwijano różne pomysły… Kilku tylko na starszych i kilku na smut- nie szych sceptyków trzymało się na uboczu od tego zamieszania i rozgwaru. Jacek mimo woli po rzał na Nyanatilokę. Siedział on spoko nie, ze złożonymi na pier- siach rękoma, patrząc wytężonym okiem przed siebie… — Mów! Odezwij się! Nyanatiloka wzruszył ramionami. — Nie pora. Z miłości eno ku tobie dziś się tu odzywałem; teraz uż nawet głosu mo ego by nie usłyszano… J Ż  Stara Ziemia  Rzeczywiście hałas wzrastał. Dały się uż słyszeć głosy nieprzy azne, wprost przeciw Tedwenowi zwrócone; domagano się odeń natarczywie, aby zdanie swo e wypowiedział. Sir Robert stał akiś czas nieporuszony. Dopiero gdy gwar zmieszanych głosów przy- cichł na chwilę, on powiódł spoko nym okiem wokoło, ak gdyby przelicza ąc tych, co nie brali udziału w powszechnym zamieszaniu. Niewielu ich znalazł i uśmiechnął się gorzko. — Czego chcecie ode mnie? — powtórzył. Grabiec zwrócił się doń. — Lordzie — rzekł — słyszałeś, com mówił, i widzisz, że wszyscy niemal odpowiada ą chętnie memu wezwaniu… — Nie szedłem nigdy za większością… — Za sobą samym idź, lordzie! Byłeś niegdyś władcą, od wieków na potężnie szym: zechcie nim stać się eszcze i teraz… Lord Tedwen wyprostował się dumnie. — Gdybym był chciał, nie byłbym schodził stamtąd, gdzie byłem. Rzuciłem męty i wiry rzeczypospolite , gdyż nazbyt była pospolita; nie czas mi teraz wpływać na nie na powrót! — Właśnie o to chodzi — rzucił Grabiec popędliwie — aby od pospolitości zbawić świat… Starzec zaśmiał się. — Złudzenia! Jam to właśnie chciał uczynić i zbawić przyna mnie na lepszych, za- wiązu ąc przed półwiekiem to bractwo; w arce z drzewa cedrowego zbawić chciałem my- ślących od powszechnego potopu, a widzę, że sami statek rąbiecie… — Wzniesiemy go na szczyt góry Ararat, skąd światu będzie rozkazywać! — Pó dziecie na dno! — To słowo two e ostatnie, lordzie? — Tak. Grabiec zwrócił się do rozproszonych po sali mędrców. — Kto z was est ze mną? Ogromna większość poczęła się kupić około niego; przy lordzie Tedwenie pozostało kilku zaledwie… Jacek chciał wystąpić, lecz poczuł, że chwyta go i na mie scu z dala od obu obozów zatrzymu e silna ręka Nyanatiloki. — Słucha , patrz i zrozum! Wyzywa ącą, dumną twarzą po rzał Grabiec na starca. — Widzisz? — Widzę — odparł lord Tedwen i wziąwszy oburącz księgę złotą, w które zapisane były imiona wszystkich członków braci wiedzących, rozdarł ą przed oczyma zgromadzo- nych. IX „Jeżeli nie pokonałem tamtego, to ednak tego zgniotę z pewnością! — myślał Roda, skrada ąc się ak kot ku zamkniętym drzwiom wiodącym z gabinetu Jacka do ego pra- cowni”. Trwoga go prze mowała w ciemności za każdym szelestem uro onym, choć wiedział, że na razie przyna mnie est zupełnie bezpieczny. Pierwsza część zuchwałego planu uda- ła mu się wyśmienicie. W chwili kiedy Jacek z nieznośnym gościem swym o czarnych i przeraża ących oczach wybierał się na z azd mędrców doroczny, Roda, korzysta ąc z ego nieuwagi i z nikłe swe postawy, zdołał się ukryć pod fotelem i tak w gabinecie pozostać. Słyszał zgrzyt zasuwanych pociśnięciem guzika metalowych okiennic i w nocy, która po tym nastąpiła, trzask drzwi zamykanych. Był sam. Nie wychodził ednak z kry ówki przez kilka godzin, obawia ąc się, że Jacek, na od ezdnym przypadkowo nieobecność ego zauważywszy, może eszcze powrócić i tuta go szukać. Siedział skulony w na niewygodnie szy sposób, dusząc się prawie, w cieniu zupełnym, bez możności liczenia upływa ącego czasu. Wreszcie, kiedy mu się zdawało, że Jacek powinien uż być na swym samolocie za dziesiątą granicą, gdyby w Europie eszcze granice istniały, wyszedł powoli i ostrożnie J Ż  Stara Ziemia  i członki rozprostował zesztywniałe. Jakiś kawałek papieru, ręką wyciągniętą strącony, spadł ze stołu na podłogę. Roda zwinął się momentalnie w kłębek ak zwierz czu ący nie- bezpieczeństwo i długa godzina minęła, zanim zdał sobie sprawę, że przecież nic mu za- grażać nie może. Drzwi oddziela ące gabinet od reszty mieszkania głosu nie przepuszczały, a otworzyć ich nie mógł nikt, dopóki Jacek nie wróci. Miał dwa lub trzy dni swobodnego czasu przed sobą. „To się tedy udało — myślał — ale to dopiero trzecia część zadania i na łatwie sza. Należało teraz dostać się do pracowni, zabrać straszliwy aparat, a potem czekać cierpliwie powrotu Jacka i wymknąć się z łupem niepostrzeżenie, kiedy drzwi otworzy”. Wiedział, gdzie Jacek klucze od prze ścia chował, i podpatrzył ta emny znak, za pomo- cą którego edynie drzwi można było otworzyć. Zaczął szukać rękoma w ciemności około siebie. Długie siedzenie pod fotelem, na środku poko u sto ącym, miało ten skutek, że wyszedłszy stracił na zupełnie orientac ę. Poruszał się z wolna i ostrożnie. Dobrze znane meble, które przypadkiem spotykał, wydały mu się dziwne i o kształtach niespodziewa- nych, tak że zamiast połapać się wedle nich, w którym mie scu się zna du e i w akim kierunku ma szukać drzwi upragnionych, gubił się eno¹²⁷ do reszty, nie mogąc uż zgoła określić swego położenia. Miał wrażenie, że przeniesiono go w ciemności do akiegoś obcego i ta emniczego gmachu… Wybawiło go biurko, o które naraz uderzył głową. Obszedł e dokoła i znalazł krze- sło, na którym zwykle Jacek siadywał. W edne chwili rozwikłało się wszystko w ego świadomości. Mógł teraz nacisnąć guzik na biurku się zna du ący i światło sobie zapalić, ale nie zrobił tego przez zbytek ostrożności czy też nierozumne przy całym zuchwalstwie tchórzostwo, boć wiedział dobrze, że przy zamkniętych drzwiach i okiennicach żaden blask nie dostałby się na zewnątrz. Zresztą nie odczuwał uż potrzeby światła, odkąd zdobył pewny punkt orientacy ny. Tyle razy myślał o tym, ak się tuta sam po ciemku zna dzie, i wbijał sobie w pamięć wszystkie szczegóły urządzenia, że mógł się teraz śmiało poruszać. W parę chwil miał uż klucze, z ta emne a z dawna wypatrzone skrytki dobyte, i zaczął pracować około drzwi do właściwe pracowni uczonego wiodących. I to poszło nadspodziewanie łatwo. Zamek odskoczył bez szelestu i Roda miał przed sobą wąską szy ę korytarza, na którego końcu przez szyby w długich oszklonych drzwiach ma aczył słaby, siny obrzask wieczyście płonącego światła elektromagnetycznego. Ta nieoczekiwana asność ucieszyła Rodę nad wszelki wyraz. Obawiał się, że i w pra- cowni przy dzie mu ruszać się po ciemku, co mogłoby cały zamysł ego zniweczyć, gdyż nie znał e tak dobrze, ak gabinetu, w którym często u Jacka przesiadywał. Śmiało te- dy pomknął naprzód. Szklane drzwi były znowu zamknięte, i to sprawiło mu trudność nieprzewidzianą, bo klucza od nich nie miał. Mógł wprawdzie łatwo wygnieść szybę i tak powstałym otworem dostać się do wnę- trza, ale nie chciał tego zrobić, aby się nie narażać na dodatkowe niebezpieczeństwo przez pozostawienie niepotrzebnego śladu po sobie. Jeśli plan ego miał się udać w zupełności, nie powinien był nikt poznać, że on tu w ogóle przebywał. Powrócił do gabinetu i ął po omacku szukać klucza, drżąc na samą myśl, że Jacek mógł go zabrać ze sobą i zniweczyć w ten prosty sposób ego plan tak świetnie rozpoczęty. Na próżno ednak myszkował po wszystkich znanych sobie skrytkach. Klucza nie było, albo przyna mnie nie było go w mie scu dlań dostępnym. Zmęczony, a przy tym uż zgłodniały, powlókł się znowu ku drzwiom, straciwszy pra- wie nadzie ę, aby mu się udało e otworzyć. Mechanicznie, myśląc o czym innym, oglądał zamek przy słabym, zza szyb bijącym obrzasku, który ednak wystarczał w zupełności e- go oczom bystrym, a nadto do ciemności uż nawykłym. Przez głowę przebiegały mu straszne przypuszczenia, że na przykład w te chwili może Jacek nadspodziewanie wcze- śnie powrócić i otworzywszy drzwi, zastać go w tym pode rzanym mie scu. Niepokoiło go to tym więce , że nie wiedział zgoła, ile czasu upłynęło od chwili, gdy go tu zamknię- to. Miał wprawdzie na taki wypadek przygotowaną wymówkę, że przypadkowo dostał się w pułapkę, zdrzemnąwszy gdzieś w kącie w fotelu, i zagrożony śmiercią głodową (mógł ¹²⁷jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  bowiem nie wiedzieć, kiedy Jacek wróci), szuka teraz wszelkich możliwych prze ść, aby się wydostać, ale sam nie bardzo ufał skuteczności tego środka obrony. Naraz wydał lekki okrzyk radosny. Rzucił okiem przypadkowo w wąską szparę między zamkiem drzwi a wgłębieniem w uszaku i zauważył, że nie wypełnia e zasuwa. Wziął nóż i ostrożnie wraził ego ostrze w szparę. Nóż przeszedł bez oporu — widocznie drzwi nie były wcale na klucz zamknięte. Roda chwycił całą mocą za klamkę — drzwi nie poruszyły się. Był snadź¹²⁸ w nich akiś zatrzask ukryty, który należało odnaleźć. Zabrał się do roboty. Zwinnymi palcami badał każdą śrubę, każde ozdoby na drzwiach dotykał, wkładał ostrze noża we wszystkie szpary i otwory, akie tylko mógł namacać — wszystko na próżno. Już miał, zniechęcony, odstąpić od drzwi i dać za wygraną, gdy naraz zauważył, że są one zamknięte na na prostszą w świecie „zakrętkę”, akich się od tysiąca lat powszechnie używa. Wściekłość go ogarnęła na myśl, że tyle czasu strwonił niepotrzebnie. Przecież to było do przewidzenia, że na końcu korytarzyka, z drugie strony uż przed włamaniem zabezpieczonego, drzwi o cienkich, nieprzedstawia ących poważne zapory szybach, nie będą uż opatrzone żadnym zamkiem osobliwym. Zakrętka zna dowała się zbyt wysoko ak na mały wzrost Rody; przyniósł więc krzesło z gabinetu i wszedłszy na nie, drzwi otworzył. Znalazł się teraz w upragnione pracowni uczonego. W pierwsze chwili stanął oszo- łomiony pośród mnóstwa niepo ętych dla siebie przyrządów i naczyń, nie wiedząc po prostu, ak szukać między nimi straszliwe maszyny, na które zabraniu mu zależało. Po pewnym czasie dopiero przypomniał sobie, że ak słyszał z rozmowy Jacka, ma to być niewielka czarna skrzynka składana, podobna z wyglądu do podręcznego aparatu foto- graficznego. Począł się rozglądać, przemyka ąc ostrożnie między przyrządami w obawie, aby nie potrącić którego i nie uszkodzić, albo, co gorsza, trafiwszy na piekielną maszynę, nie sprowadzić przypadkiem wybuchu. Na środku pracowni stał duży bęben metalowy o kolorze przyciemniałe miedzi, od którego pęki drutów izolowanych biegły ku ścianie, gubiąc się w wybitym w nie otwo- rze. Dwa cienkie przewody złociste, z osobliwego akiegoś stopu sporządzone, łączyły ten bęben zewsząd zamknięty z niepokaźną skrzynką na tró nogu, która musiała być praw- dopodobnie owym poszukiwanym aparatem. Rodzie zimny pot wystąpił na skronie. Należało zabrać tę skrzynię, czego nie można było uskutecznić bez przecięcia drutów z bębnem ą łączących, a nie sprowadzić przy tym wybuchu, który by nie tylko ego zabił, ale i całe miasto niewątpliwie zniweczył. Na chwilę strach go ogarnął tak wielki, że gotów uż był wyrzec się zdobyczy. Bezradny i drżący patrzył na aparat, ak mysz na kawałek przynęty w pułapce umieszczone . Na szczęście przypomniał sobie, ak Jacek mówił przy akie ś sposobności do Nyanatiloki, że od pewnego czasu nigdy maszyny naładowane nie zostawia w pracowni. Wy ął nóż i położył go na drutach, aby e przeciąć, lecz ręka tak mu drżała, że nie mógł się na to zdobyć. Gdy tak stał przerażony i niepewny, co począć, wzrok ego padł przypadkiem na drugą skrzynkę całkiem do pierwsze podobną, która leżała osobno na uboczu. Poskoczył ku nie żywo w nadziei, że est to drugi aparat, który będzie mógł bez trudu unieść ze sobą. Skrzynka ta ednakowoż była pusta. Widocznie Jacek zamierzał drugą maszynę dopiero zbudować — może z zamiarem wzięcia e z sobą na Księżyc — i kazał sporządzić zewnętrzną dla nie powłokę, czeka ącą eszcze na wypełnienie. Roda nie namyślał się dłuże . Powrócił do aparatu sto ącego na środku pracowni i z za- mkniętymi oczyma ciął nożem po drutach. Posłyszał lekki syk — krew mu z przestrachu zakrzepła w sercu, ale nie było to nic innego, ak tylko świst drutów, które przecięte skręciły się momentalnie ak węże. Za kilka chwil Roda powracał do gabinetu, unosząc cenny łup ze sobą. Na mie scu zabranego aparatu ustawił próżną skrzynkę i przecięte przewodniki tak z nią połączył, że ktoś wchodzący, choćby sam Jacek nawet, nie od razu zamianę mógł spostrzec. Drzwi zamknął za sobą skrzętnie. W ciemności, nie rozsta ąc się ani na chwilę ze zdobyczą, którą sobie chustą na piersi przywiązał, wyszukał skrytkę i włożył w nią klucze z powrotem, po ¹²⁸snadź — widocznie, prawdopodobnie; przecież. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  czym poszedł omackiem ku drzwiom wchodowym¹²⁹, gdzie postanowił był w ukryciu powrotu Jacka oczekiwać. Wtulony w fałdy portiery przycisnął dużą głowę do marmurowego obramienia drzwi i przyczaił się ak kot, aby w chwili, gdy drzwi się otworzą, wyślizgnąć się ednym skokiem. Senność zaczynała go morzyć, spotęgowana eszcze znużeniem i przebytymi wzruszenia- mi. Na darmo usiłował ą pokonać, powtarza ąc sobie w myśli, że zasnąć teraz to znaczy narazić się na niechybne niemal wykrycie, gdyby Jacek wszedł niespodziewanie. Ma aki akieś chodziły mu po głowie, dziwnie błoga ociężałość członki ogarniała. Świadomość ego rozpływała się z wolna; coś mu się zdało, że est na Księżycu, że w długie nocy czeka na przy ście spisku ących z nim przy aciół i uczniów. Naraz… Nie wiedział, co to znaczy, że wskroś fałdów materii postrzega światło. Usiłował sobie przypomnieć, gdzie est właściwie i co się to stało, co est ma akiem, a co rzeczywistością, gdy dotknąwszy przypadkowo przywiązanego na piersi aparatu w ednym mgnieniu oka uprzytomnił sobie wszystko. Zasnął snadź¹³⁰, nie wiedząc o tym. Chciał się zerwać. Ale nagle trwoga potworna członki mu sparaliżowała. Jeśli w poko u było asno, to znaczyło, że est tu ktoś, czyli że Jacek powrócił. Jakoż usłyszał ego głos: — Nie ma czasu do stracenia. Czysty szał tych ludzi ogarnął… Potem znowu milczenie. Nie mógł na razie wyrozumieć, czy Jacek mówi sam do siebie, czy też est kto drugi w gabinecie, a nie śmiał uchylić fałdów portiery, aby się ruchem nie zdradzić. Słyszał krok szybki miękkim dywanem tłumiony i głuchy stuk krzesła przesuwanego; znać było, że Jacek krąży po poko u wzburzony akąś wiadomością czy wypadkiem. Wreszcie ucichło, chodzący zatrzymał się widocznie. Słychać było kilka słów niewy- raźnie rzuconych. Roda zaparł oddech. Jedną ręką przycisnął silnie aparat do piersi przywiązany, drugą z niesłychaną ostrożnością rozszerzył nieco szparę między uszakiem drzwi a zwiesza ącą zasłoną, aby głos go lepie dochodził. — Cóż możesz zrobić? Mówię ci raz eszcze, porzuć to wszystko i pó dź ze mną w daleki świat, a wkrótce zobaczysz, że nie było się czym prze mować ani o co kłopotać. Zimny pot pokrył Rodę w edne chwili od stóp do głów. Poznał głos Nyanatiloki, którego przenikliwości bał się instynktownie i więce niźli Jacka i wszystkich ludzi na Ziemi. Zdało mu się, że straszne oczy pustelnika przebija ą uż tę wątłą zasłonę, za którą się ukrył — odruchowo chciał krzyknąć, uciec, ale na szczęście mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa. Słyszał uderzenia swego serca tak głośne, że bał się, aby uż one same go nie zdradziły. — Teraz iść z tobą nie mogę — odparł Jacek akby z wahaniem. — Muszę być tu, na mie scu. — Po co? — Bądź co bądź to mó obowiązek. Z tego powodu nawet odwlekam wyprawę, choć tam może przy aciel mó mnie potrzebu e. Dalsze rozmowy nie mógł Roda dosłyszeć. Oddalono się snadź od ego kry ówki, i mówiono szeptem, ak robią częstokroć ludzkie, którzy zbyt ważne rzeczy ma ą so- bie do powiedzenia, aby głos podnosić nawet wtedy, gdy są przekonani, że ich nikt nie podsłuchu e. Roda chwytał tu i ówdzie akiś wyraz oderwany, który przypadkiem głośnie szym echem zabrzmiał w ustach mówiącego. Było to na częście powtarzane imię Grabca — dwa czy trzy razy obiło mu się o uszy nazwisko Azy i Marka… Potem zdawało mu się eszcze, że est mowa o Księżycu, o nim i o Matarecie. „Będziesz ty miał Księżyc!” — wyszeptał w duszy i mimo wewnętrzną trwogę uśmiech- nął się złośliwie. Stuk odsuwanego krzesła dał mu znać, że Jacek znów powstał. — Czy nie na lepie byłoby — mówił teraz głośno do Nyanatiloki — skończyć z tym wszystkim od razu i radykalnie? ¹²⁹wchodowy — dziś: we ściowy. [przypis edytorski] ¹³⁰snadź (daw.) — widocznie, prawdopodobnie. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Zaśmiał się z cicha akimś śmiechem okropnym, który ściął krew w żyłach Rody. — Wszak wiesz — ciągnął, nie mogąc snadź dłuże tłumić głosu — że dość mi prze ść tam, poza te drzwi żelazne, i dwie maleńkie wskazówki połączyć ze sobą… — Tak. I co? — Ha, ha! Na zabawnie sza rzecz, aką sobie można wyobrazić! Nie na próżno raczył mi rząd powierzyć stanowisko dyrektora telegrafów całe Europy. Kazałem przewody po- wszechne sieci drutów sprowadzić do mo e pracowni… Niby dla doświadczeń. Ha, ha, pyszne doświadczenie! Stwarzać eszcze nie umiemy, ale potrafimy niszczyć. O tak, wy- starczy puścić w przewód główny edną iskrę z mego aparatu… — I co? — powtórzył Nyanatiloka spoko nie. — Piorun. Grom, akiego pono od początku świata nie rzuciła wola świadome isto- ty. Cała Europa, dosłownie cała Europa, siecią telegraficznych drutów oplątana, miasta, lądy, góry: to wszystko w edne chwili zamieni się w potworną masę wybuchową, każdy atom, rozluźnia ąc się na cząstki pierwotne, działa ak nabó dynamitowy, woda nawet i powietrze… — I co? — Czy nie rozumiesz, że taki wybuch straszliwy musiałby zepchnąć Ziemię z e or- bity, eśliby e wręcz na kawałki nie połupał? Księżyc, ak dziki koń w maneżu z uwięzi spuszczony, poszedłby w przestrzeń i kto wie, o akie ciało niebieskie by gruchnął; za- mąciłaby się równowaga słonecznego układu… — I co? — Śmierć. Zmartwiałemu Rodzie zdało się, że słyszy śmiech Nyanatiloki. — Nie ma śmierci. Przecież ty sam wiesz dobrze, iż nie ma śmierci dla tego, co istnie e prawdziwie. Rozwiałbyś tylko ułudę marną i nie wiadomo po co, kiedy ą tak wiele duchów z tak wielkim trudem ze siebie wysnuło, czyniąc ą swą rzeczywistością. Co ci do innych, gdy sam dla siebie możesz ten ma ak zniszczyć ednym woli poruszeniem. A do tego nawet eszcze nie do rzałeś. Czyn niepotrzebny, czyn dziecka, co gasi światło, aby nie widzieć straszącego e obrazu, a potem eszcze więce boi się w ciemności. Rozmowa znowu przycichła. Po akimś czasie dopiero doleciało Rodę wyraźnie sze westchnienie, a potem słowa Jacka głuche, choć głośnie znów wypowiedziane. — Tuta naprawdę nie mam nic do roboty, a ednak nie mogę iść za tobą, dopóki wiem, że będę tęsknił za tym, czego nigdy nie miałem i nigdy nie będę miał. Tyś przeszedł przez życie ak burza płomienna i nie potrzebowałeś niczego żałować w chwili, kiedyś się zamknął w sobie i swó świat zaczął stwarzać. Ja mam czasem wrażenie, że estem dzieckiem niezaradnym, które by chciało, aby mu się złote ba ki eszcze wyśniły. Dalsze słowa rozpłynęły się w szepcie, który snadź Nyanatiloka tylko mógł usłyszeć. Rodę cała ta mało dlań zrozumiała rozmowa niewiele obchodziła, a eśli słuchał, to tylko dlatego, że spodziewał się pochwycić akie słowo, które by mu mogło być wskazówką, kiedy się drzwi otworzą i on będzie się mógł uwolnić z pułapki. Bardzo mu było niewy- godnie, a przy tym ciągle obawiał się, że może nie est dość dobrze ukryty i fałdy portiery kształt ego zdradza ą. Na domiar wszystkiego po słowach, które usłyszał, piekielną trwo- gą prze mowała go maszyna do piersi przywiązana. Nie asne tylko przeczucie mówiło mu, że aby działała, musi być do nie z zewnątrz akaś siła doprowadzona i mieć znów u ście, ak to widział na ogromnym bębnie, w pracowni sto ącym, ale to nie uspoka ało zgoła ego lęku nerwowego. Były chwile, że czuł się bliskim omdlenia i drżał tak, że naprawdę Jacek mógł go zauważyć po ruchu przykrywa ące go portiery, gdyby był patrzył w tę stronę… Jacek ednak siedział przy biurku z twarzą w dłoniach ukrytą, nie myśląc nawet patrzeć ku drzwiom. Stał przed nim Nyanatiloka wyniosły, spoko ny ak zawsze, i eno na twarzy błąkał mu się zamiast zwykłego uśmiechu cień smutne akie ś zadumy. — Światy się tuta walą — mówił — a ty nie masz odwagi wstać i ode ść ze mną i nie oglądać się nawet za tym, co est konieczne i nieuchronne, i… obo ętne, choć tak strasznie wygląda. Żal mi cię. Smutny estem po raz pierwszy od dawnych, dawnych czasów, smutny tak, akbym miał umrzeć. Tym smutnie szy, że wiem, gdzie leży źródło twego wahania. Ty oszuku esz sam siebie, wyna du esz różne powody, aby się nie przyznać J Ż  Stara Ziemia  do tego ednego: strach ci, że odszedłszy stąd, nie będziesz patrzył w oczy te kobiety… Pomyśl, że odszedłszy stąd i odnalazłszy samego siebie, nie będziesz tego w ogóle pragnął. Jacek wzniósł głowę. — A czy nie myślisz, że mogę się lękać tego samego właśnie, że poszedłszy za tobą, nie będę pragnął uż patrzeć w e oczy? Jeśli to pragnienie, będące męką mo ą, a może i przekleństwem, est zarazem edynym mym szczęściem? Zamyślił się w głuchym milczeniu, aż naraz powstał gwałtownie i począł trząść rękami około głowy, akby chciał odegnać obsiada ące go ro e nieznośnych os. — Muszę się ratować! — zakrzyknął — i mam ratunek, mam, mam, chcę mieć! Tró światowiedny po rzał nań pyta ąco. — Mó przy aciel mnie potrzebu e — rzekł Jacek. — Zwlekałem i tak uż zbyt długo. Po adę na Księżyc. To mó obowiązek. Wóz w tych dniach powinien być gotów. Potem z wymuszonym nieco uśmiechem spo rzał na Nyanatilokę. — Jeśli powrócę żyw, bez względu na to, co tu zastanę, pó dę za tobą! Nyanatiloka skinął z wolna głową, a potem, patrząc Jackowi w oczy, ruchem ręki wskazał na zamknięte drzwi pracowni. Jacek zawahał się na chwilę. — Przed od azdem zniszczę tę zabó czą maszynę — rzekł wreszcie. — Nie chcę, aby się w niczy e, może szalone, ręce dostała. To powiedziawszy, z nerwowym pośpiechem zadzwonił na loka a i zmienia ąc ton, zwrócił się eszcze do milczącego wciąż towarzysza: — Każę sobie przygotować samolot, aby obe rzeć wóz mó księżycowy. Pozostań tu tymczasem; za eden lub dwa dni powrócę i pożegnam się z tobą. W chwili kiedy loka wchodzący drzwi otwierał, w zapada ącym mroku wieczornym Roda wyślizgnął się ak kot niepostrzeżenie z gabinetu i rzucił się w dół po schodach, nie patrząc uż poza siebie. X Od czasu nagłego wy azdu Jacka Aza przemyśliwała uż tylko nad tym, ak by na prędze zadanie swo e wypełnić: opanować zabó czą maszynę… Nie domyślała się naturalnie wcale, że zniknięcie Rody miało z tym akikolwiek związek, i nie przypuszczała ani na chwilę, że mógł on uż unieść cenną dla nie zdobycz. Ze świata dochodziły głuche odgłosy zapowiedzianego przez Grabca „trzęsienia zie- mi”. Wybuchały niespodziewanie bezrobocia, krótkotrwałe co prawda, ale zorganizowane przedziwnie, kończące się tak samo, ak powstały: na pozór zgoła bez przyczyny. „Grabiec ćwiczy swo e wo ska — myślała Aza, czyta ąc wieści — i mierzy swe siły”. Jakoż tak było rzeczywiście. Nie należało e więc bezwarunkowo tracić czasu, eżeli chciała we wszczyna ącym się ruchu rolę akąś odegrać, a nie być po prostu zdeptaną przez tę wzburzoną falę ludzką, co ak morze z przepastnych głębokości biła spieniona i niecierpliwa o brzeg… Jacka nie udało się e pozyskać wbrew wszelkim przewidywaniom i przypuszczeniom. Zazwycza wrażliwy na każde e słowo, każdy uśmiech i ruch, podda ący się ak chło- pię e woli, nawet kaprysowi, stawał się niepo ęcie twardym i niedostępnym, kiedy eno wspomniała o sprawie na żywie ą w te chwili obchodzące . Trzeba więc było szukać inne drogi. Wzrok Azy mimowolnie zwracał się na Seratę. Wprawdzie, gdy na rozum rzecz brała, ten dziwny mędrzec i cudotwórca wydawał się e eszcze mnie przystępnym niż Jacek, bądź co bądź pod e wpływem będący, ale była to uż droga ostatnia, które nie można było pominąć… Dziwne było uczucie Azy wobec niego. Chwilami odzywało się w nie zmysłowe akieś pragnienie zdobycia tego człowieka, który niegdyś pierwszy, i mimowiednie obudził w nie kobietę — spotęgowane eszcze przewrotną żądzą złamania ego świętości… Gotowa mu była oddać się, gdyby się tylko dało do tego doprowadzić, i wyobrażała sobie nie bez pewne rozkoszy, że w chwili miłosnego oszołomienia może osłabnąć ego wola, którą młodość swą trzyma, i ona odepchnie go ako zgrzybiałego starca, ak łachman sterany. — Zwycięstwo! — uśmiechały się drapieżne e usta, tracąc zwykły wyraz dziecięcy — zwycięstwo większe niż to, które Grabiec może odnieść nad światem całym… J Ż  Stara Ziemia  Kiedy o tym myślała, zapominała prawie, że to nieprawdopodobne opanowanie Ny- anatiloki miało być eno środkiem dla osiągnięcia celu, zdobycia akiegoś marnego i w grun- cie rzeczy nic ą nieobchodzącego przyrządu śmiercioda nego — i dyszała całą rozkoszną żądzą spróbowania swoich sił, walki, zwycięstwa… Grabiec, a nawet sam Jacek wydali się e wobec tego świętego zdobyczą marną i niemal zachodu niewartą… Do Nyanatiloki trudno e ednak było dostąpić. Mędrzec rozmawiał z nią, gdy tylko tego chciała, lecz tak obo ętnie, akby ona uż nie tylko kobietą, lecz nawet człowiekiem nie była, a eno akąś maszyną mówiącą. Wzrok ego ślizgał się po nie z roztargnieniem i znać było, że on się zmusza po prostu przez szacunek dla domu Jacka, w którym była gościem, aby ą zauważyć, słuchać i znosić cierpliwie. Kiedy mu raz nasunęła wspomnie- nie owego spotkania w cyrku przed laty dwudziestu, Nyanatiloka rzekł „pamiętam” tak spoko nie i nic nieznacząco, że ona aż drgnęła z przykrym uczuciem upokorzenia. Chciała go wybadać, czy boda nie będzie unikał w słowach tego wypadku, co by dla nie było dowodem, że ednak nie est mu obo ętną, ale on — nie podtrzymu ąc zresztą ze swo e strony rozmowy — mówił z nią, gdy chciała, o tym z tą samą chłodną i uprze mą obo- ętnością, z aką odpowiadał na e chytre pytania co do swego dawnego życia, stosunków z kobietami, miłości, miłostek… To wszystko ednak, zamiast zrazić Azę, podniecało ą eszcze więce , tak że wkrótce nie mogła uż myśleć o niczym innym, ak tylko o możliwości i sposobie pokonania tego mędrca nadludzkiego… Jacek tymczasem nie wracał z oględzin wozu swo ego. Oprócz obszernego pisma do Seraty przyszedł tylko od niego krótki list do Azy, w którym przepraszał, że ą samą w domu pozostawia, i usprawiedliwiał się kłopotami, akie ma ze stra ku ącą co pewien czas fabryką, oraz koniecznością osobistego dozoru roboty. Aza zamyśliła się, przeczytawszy tę kartę pobieżną. Jakże inacze pisywał do nie ten Jacek eszcze niedawno, nawet wtedy, gdy dotknięty czymś, spod przewagi e chcąc się niby uwolnić, usiłował być chłodnym i obo ętnym! Zrozumiała, że est to wpływ Ny- anatiloki, eśli nie bezpośredni, to w każdym razie uboczny, i zawziętość tym większa ogarniała ą przeciw temu człowiekowi, który z awił się tuta chyba po to, aby wszystkie e plany krzyżować. „Gdyby nie on” — rozumowała — nie ten w cudaka indy skiego zamieniony skrzypek, wszystko poszłoby łatwo. Jacek sam nie byłby miał siły oprzeć się e urokowi. Byłaby zrobiła z nim, co by eno zechciała — wcześnie czy późnie . Niewątpliwie wydałby e był ta emnicę swego wynalazku, a nawet, kto wie, czyby się nie zgodził, miast innym korzyści płynące z niego oddawać, na spół z nią tylko potęgę tę wyzyskać i nad światem samowładnie zapanować? Byłaby ona wtedy królową naprawdę, nie potrzebu ąc się oglądać na Grabca ani na nikogo, na nikogo na świecie… Nyanatiloka to zepsuł. „Zemszczę się — mówiła w myślach. — Ty sam, ty sam, stary czarowniku, musisz mi za to oddać ego moc; zdradzisz przy aciela ak Judasz, gdy zechcę, i zmarnie esz, zdechniesz w mych oczach, ak tylu innych pyszałków…” Były ednak chwile, kiedy sama nie bardzo wierzyła w powodzenie własnych zamysłów wobec przedziwnego człowieka. Przychodziło e wtedy na myśl, czy nie lepie byłoby dać tuta pokó temu wszystkiemu i przenieść się na inny świat… Wszak Jacek wybierał się na Księżyc. Gdyby zechciała, wziąłby ą z pewnością ze sobą — do Marka, który niewątpliwie est królem i samowładcą całego globu srebrnego… Przymknęła oczy wtedy i śniła na awie ten znany sobie uśmieszek mocarnego czło- wieka, z którym by ą pewno na Księżycu powitał, rad, że ą widzi tak ponad wszelkie spodziewanie, wdzięczny, że o nim pamiętała i aby się z nim złączyć, naraziła się na podróż niebezpieczną a szaloną… Tęskniła prawie za nim. Nawet nie za tym uśmieszkiem, nawet nie za spo rzeniem ego oczu i dotknięciem ręki, ak racze za tą mocą ego męską i spoko ną, w niczym do chłodne , wyniosłe i zamknięte w sobie obo ętności Tró światowiednego niepodob- ną, która kiełznała ą, ak wzrok pogromcy kiełzna dziką panterę, i słodkim napełniała spoko em. J Ż  Stara Ziemia  Krótko trwały w nie takie chwile „słabości”, ak e sama nazywała, ale przychodziły dość często, tak że walczyć z nimi musiała i przeciwstawiać cały chłód swego rozumu tym fantastycznym, nie wiadomo skąd budzącym się porywom… Raz w takim usposobieniu napisała do Jacka, odpowiada ąc właśnie na kartę, w które ą o przedłużeniu swo e nieobecności powiadamiał. Nie mówiła mu o przelotnych planach swoich wprost i nie żądała eszcze, aby ą zabrał ze sobą, ale w każdym razie w liście e brzmiała akaś nuta tęsknoty i głębokie , przy azne serdeczności, tak rzadko się u nie szczerze odzywa ąca. List zastał uczonego w warsztatach mechanicznych wielkie fabryki, w które właśnie wóz ego księżycowy przygotowywano. Był on zniecierpliwiony niespodziewanie wolnym postępem robót i ciągłymi przeszkodami, zwłaszcza że znał ich źródło i obawiał się poważ- nie, aby go wypadki nie ubiegły. Postanowienie odlotu na Księżyc, które zrazu było tylko odruchowym pragnieniem pomagania opuszczonemu przy acielowi, stało się dlań z cza- sem rodza em deski ratunkowe czy tarczy, którą się zasłaniał lub przyna mnie zasłonić usiłował przed wzrasta ącym dokoła niego i w nim samym zamętem. To było eszcze na prostsze wy ście z rozterki. Odlecieć i nie wiedzieć uż o niczym, pozbyć się obowiązku za ęcia stanowiska w rozpoczyna ące się burzy, z Grabcem lub przeciw niemu, uchylić się od konieczności wyboru między Nyanatiloką i Azą, a mieć przy tym tę wymówkę przed samym sobą, że się spełnia wzniosły czyn, naraża ąc się dla przy aciela… Jacek zdawał sobie na zupełnie sprawę, że to, co robi, est podyktowane racze słabością i niezdecydowaniem, lecz rozumiał zarazem, że est to edyna rzecz, na którą może się zdobyć bez wyrzutów i wątpliwości, czy nie powinien był postąpić inacze . Jedyną ego obawą dotąd było, że wszystko naokół niego iść może raźnie , niżby on sobie życzył, i nim zdoła puścić się w podróż swo ą nadpowietrzną, wybuchnie walka, uniemożliwia ąca tu uż fizycznie odlot w niewykończonym eszcze wozie… Toteż naglił zarówno zarząd warsztatów, ak i robotników, około wozu pracu ących, patrząc z rozpaczą, ak się robota wolno naprzód posuwa. List Azy przyniósł mu nową rozterkę. Poczuł z niego, wyczytał między wierszami tę myśl, że Aza byłaby może gotowa odlecieć wraz z nim ze stare Ziemi w międzygwiezdne przestrzenie, i w pierwsze chwili drgnął dziwnie asną radością. Tak, tak! Odlecieć z nią razem precz od tego życia, od stosunków, które duszą, od społeczeństwa, co przytłacza, i od grożących walk, wyrwać ą przeszłości, która tu w dole — na Ziemi — pozostanie, ak rzecz nieistnie ąca, i nowy rozpocząć los… Zaśmiał się gorzko. — Tak, odda ąc ą w ręce Markowi! Po raz pierwszy uczuł coś — akby przypływ nienawiści do dawnego przy aciela z dzie- cinnych lat. Równocześnie wydało mu się, że est w nader śmiesznym położeniu. Przecież to oczywista — rozumował — że Aza przybyła do ego domu i teraz podsuwa mu myśl wspólnego na Księżyc od azdu w tym wyłącznie celu, aby się z Markiem połączyć! Używa go po prostu za narzędzie swe woli. Nie mówi mu nawet wprost, co chce, lecz czeka, aby propozyc a wyszła od niego, a wtedy eszcze zapewne wzdragać się będzie i każe się prosić, ak o łaskę, by to uczyniła, czego sama widocznie pragnie nade wszystko. Miał chwilę, kiedy chciał uż kazać przerwać roboty około wozu. — Zostanę tuta — mówił do siebie głośno. — Cóż mnie ostatecznie obchodzi los akiegoś szaleńca, który kiedyś był moim przy acielem! Wszystko est podłe, wstrętne i złe! Na mędrsi nawet nie umie ą zachować spoko u i chciwe ręce wyciąga ąc po niepewną władzę, nawet na więksi nie umie ą się zadowolić wielkością swego ducha… Dosyć uż tego, doprawdy, dość! Powinienem wrócić do domu i położyć rękę na małe dźwigni mo e maszyny i unicestwić ten świat, niewart uż czego innego… W te chwili zaniepokoił się przypomnieniem, że po powrocie z owego ostatniego zebrania mędrców nie zaszedł wcale do swo e pracowni i nie obe rzał postawionego tam aparatu… Machnął ręką. To głupstwo! Przecież do mo e pracowni nie mógł się nikt dostać beze mnie… Chyba eden Nyanatiloka. Ten ci był ze mną wprawdzie na zebraniu, ale któż wie, czy nie potrafi on być w dwóch mie scach równocześnie! J Ż  Stara Ziemia  Na wspomnienie mędrca zadumał się znowu głęboko… Nęciła go myśl udania się z nim razem w samotność ce lońskich puszcz lub niedostępnych gór himala skich na poszukiwanie wiedzy ostateczne i tak różne od tego, co w Europie i wśród ludów po europe sku myślących mógł znaleźć — a bał się, że nie zdobędzie się eszcze na spokó konieczny do e uzyskania. W każdym razie myśl ta pomogła mu do otrząśnięcia się spod uroku listu Azy i po- zbycia się niepoko u, aki mu przyniósł ze sobą. Postanowił odpisać uprze mie, lecz chłodno i w taki sposób, akby nie zrozumiał i nie spostrzegł zupełnie zawartego między wierszami listu życzenia, aby mu towarzyszyć w za- mierzone podróży… W podróż ednak puścić się musi bezwarunkowo! Byle tylko wóz szczęśliwie i ak na prędze był uż gotowy! Skończywszy list pośpiesznie w hotelu, kazał sprowadzić automobil i ruszył natych- miast z powrotem do fabryki, którą opuścił był przed godziną właśnie dla odpisania śpie- waczce. W drodze zaniepokoił go akiś ruch niespodziewany, mijał ciągle ludzi, którzy — ak mu się zdawało — byli robotnikami i powinni by obecnie stać przy pracy. „Znowu akieś bezrobocie — pomyślał. — Fatalność uż widocznie ciąży nad tym moim wozem i nad całą podróżą księżycową!” Kazał pospieszać woźnicy, łudząc się nadzie ą, że wpływ ego osobisty może zdoła po- wstrzymać robotników od porzucenia ponownego pracy, na które mu tak wiele zależało. Na progu fabryki spotkał dyrektora. Stał samotnie z rękami w kieszeniach i świstał przez zęby. — Co słychać? — zapytał, wyskaku ąc z automobilu. Dyrektor ruszył ramionami, nie wita ąc go nawet ukłonem, choć zazwycza odnosił się doń z uprzedza ącą grzecznością. — Robotnicy…? — zapytał Jacek. — Poszli — odparł dyrektor spoko nie. — Bezrobocie znowu? — A tak! — Kiedyż się to skończy? — Nie skończy się. — Jak to? — Ano tak. Poszli sobie i nie ma ich. Mówią, że uż nie wrócą. Mnie się to wszystko znudziło. Niech diabli wezmą taką robotę! Powiedziawszy to, odwrócił się na pięcie i poszedł, pozostawia ąc Jacka zdumionego na schodach. Teraz dopiero, obe rzawszy się, dostrzegł, że stoi około niego nieco opodal kilku ludzi, którzy przypatru ą mu się z za ęciem, szepcąc coś między sobą. Niektórych z nich poznał; byli to robotnicy fabryczni, starsi ma strowie, innych ednak nie widywał nigdy w te okolicy. Przez eden moment miał ochotę zapytać się ich, co tu robią i czemu tak patrzą na niego, ale — ostatecznie — co go obchodziło! Przygnębiony i bezradny, począł schodzić ze schodów, zmierza ąc do czeka ącego na dole samolotu. Na ostatnim stopniu zastąpił mu drogę eden ze zna ących go robotników. — Niech pan zaczeka! Jacek spo rzał nań ze zdziwieniem. — Czego chcesz, przy acielu? Robotnik nie odpowiadał, lecz zagrodziwszy mu drogę edną ręką, drugą dawał znaki poza siebie. Jacek mimo woli spo rzał w tę stronę. Zza węgła szedł ku niemu człowiek ogromny o ponure , uparte twarzy pod rozwichrzoną czupryną. — Pan esteś mistrz Jacek? — zapytał wręcz, przystępu ąc ku uczonemu. — Tak. Ale a nie wiem, kto pan esteś. — To mnie sza. Nazywa ą mnie Józwa… — A! Grabiec mi raz wspominał… — Może. Mnie także mówił o panu. Pan masz maszynę, za pomocą które można miasta i całe kra e niweczyć… J Ż  Stara Ziemia  — Co komu do tego? — Owszem. Mnie est coś niecoś do tego. Potrzebu ę te maszyny. — Nie będziesz e pan miał. — Będę! Skinął na robotników, którzy w okamgnieniu otoczyli Jacka zwartym pierścieniem. — Mogę pana kazać zabić natychmiast! — Tak. I co z tego? — Więc zatrzymamy pana tuta , a tymczasem przetrząśnie się pańską pracownię w Warszawie. Jacek mimo grozy położenia uśmiechnął się mimowolnie. Spod spuszczonych powiek niewymownie wzgardliwym wzrokiem patrzył teraz na Józwę. Miał ochotę zapytać go, czy wyważywszy drzwi ego pracowni, aby zabrać zabó czą maszynę, zdoła również dobrać się do ego mózgu i wyłuszczyć stamtąd ta emnicę e zastosowania, bez czego będzie ona zawsze tylko marną, na nic niezdatną łupiną. W te że chwili przystąpił do Józwy akiś człowiek i podał mu kartkę z kilkoma nakre- ślonymi wyrazami… Przywódca rzucił na nią okiem i uśmiechnął się, po czym dał znać robotnikom, aby odstąpili Jacka. — Nie potrzebu emy uż pana — rzekł. — Mó przy aciel, Grabiec, donosi mi wła- śnie… Urwał, a potem dokończył z uprze mym, nieco szyderskim ukłonem, ręką na sto ący opodal samochód wskazu ąc: — Możesz pan wracać swobodnie do domu. A radzę panu dobrze skarbu swego pil- nować… Jacek wzruszył ramionami i wsiadłszy do samochodu, kazał wrócić do hotelu. Tuta nie miał uż nic do roboty. Warsztaty widocznie stanęły na czas dłuższy — trzeba się było wyrzec myśli o rychłym wykończeniu wozu i na razie przyna mnie zapomnieć o podróży na Księżyc. W hotelu kazał sobie przygotować na wieczór samolot z zamiarem ak na śpiesznie - szego powrotu do Warszawy. W domu ego tymczasem Aza doprowadzała grę swą do końca. Wieczór był parny, duszny. W powietrzu wisiała, zda się, burza — burzę czuć też Burza, Rewoluc a, Lud było na ulicach olbrzymiego miasta. Z nastaniem zmroku zapłonęły wprawdzie światła ak zazwycza , ale po akimś czasie grążyć się zaczynały w cieniu całe ulice, akby ręka akaś złowroga pozrywała przewody i psuła elektryczne maszyny. Ruch mimo to nie ustawał ani na chwilę, eno że zamiast zwykłych przechodniów, teraz nie wiadomo czemu po domach się kry ących, po awiły się tłumy akieś nieznane, po raz pierwszy oglądane w śródmieściu, o których nikt nie umiał powiedzieć, skąd wyszły i gdzie się kryły zwycza nie. Spoko ny, wypasiony i niezatroskany dotąd mieszkaniec ze zdumieniem patrzył na ludzi o posępnych, zaciekłych twarzach, w bluzy proste odzianych, o których istnieniu eśli wiedział, to eno ze słyszenia, prawie za ba kę to sobie ma ąc, że tacy są gdzieś i ży ą ak on… Pomruk zły szedł ulicami, chociaż wszystko spoko ne było eszcze na pozór. Aza sły- szała go z dachu Jackowego domu, gdzie wyszła się schronić przed dusznym powietrzem poko ów, którego nawet pracu ące całą siłą wentylatory nie były zdolne odświeżyć. Sie- działa na płaskim tarasie, w składanym krześle rozciągnięta, i patrzyła spod spuszczonych powiek na ten mąt tam w dole, oświetlony płonącymi eszcze w na bliższe okolicy latar- niami. Dale — była uż noc nieprzenikniona i czuło się eno, że przewala się wśród nie tłum, gotów ą w każde chwili roz aśnić wybucha ącymi minami i pożarem, na wspa- niałe domy rzuconym… Śpiewaczka wiedziała, co to znaczy. Przez pewien czas siedziała nieporuszona, wciąga ąc nie ako wszystkimi porami z dziwną rozkoszą to elektryczne na- pięcie buntu i walki, które wisiało uż w powietrzu. Nozdrza rozdymały e się drapieżnie, usta zastygły w akimś lubieżnym półuśmieszku. Miała przez chwilę wrażenie, że czu e drażniący zapach dzikiego zwierza, rusza ącego się z komyszy¹³¹… ¹³¹komysz — krzak, zarośla. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Nagle ocknęła się i zerwała. Wszak to ostatnia chwila, aby działać! Jeżeli utro rozruch się pocznie, a ona nie stanie przed nim ak anioł ognisty, ze straszliwym narzędziem śmierci i zniszczenia w ręku…! Szybko zbiegła po schodach na niższe piętro i udała się wprost do gabinetu Jacka. Wiedziała, że zastanie tuta Nyanatilokę. Stanąwszy na progu, spo rzała pod światło płonące na stole lampy, która zastępowała zwykłe strumienie blasku elektrycznego, przygasłe uż z powodu przerwania przewodów. Mędrzec siedział w krześle z pochyloną na piersi głową i można było sądzić, że śpi, gdyby nie oczy szeroko rozwarte, którymi wpatrywał się w pustą przestrzeń przed sobą. Nagi był do pasa, ma ąc eno chustę wełnianą około bioder owiniętą. Długi czarny włos spływał mu w spoko nych pasmach na ramiona. Aza zatrzymała się we drzwiach. Na eden moment onieśmielenie ą ogarnęło, a po- tem nagle niespodziewany przypływ żądzy wprost obłędne , ażeby wyrwać tego człowie- ka z nieruchomości i wieczne równowagi, zedrzeć zeń świętość, zmusić do namiętnego dreszczu… Zapomniała niemal w te chwili, że nie to właściwie było e celem, że mia- ła go eno podeptać, aby sobie otworzyć prze ście do owych drzwi, za plecami ego się zna du ących. — Serato! Nie ruszył się z mie sca, nie zwrócił oczu, nawet nie drgnął na dźwięk swego imienia. — Słucham — rzekł zwykłym, spoko nym głosem… Wszystkie plany Azy, które sobie układała długo i mądrze dla te rozstrzyga ące walki, zamąciły się i pierzchły naraz z e myśli. Odruchowym instynktem pchnięta, skoczyła ku niemu i przywarła usta do nagie ego piersi, dłonie e błądziły koło ego twarzy, chwytały za włosy rozsypane, osuwały się wzdłuż ramion… Urywanym wśród obłędnych pocałunków głosem zaczęła mu szeptać słowa pieściwe, mówić o rozkoszach niewysłowionych, których on zapewne w życiu swoim całym eszcze nie przeczuł, wzywać go, prosić, aby ą przygarnął do siebie, bo ona ginie z miłości… Nie wiedziała nawet zgoła w te chwili, czy mówi to, co myśli i czu e naprawdę, czy też eno straszną akąś komedię odgrywa, która ą samą porwała… Czuła tylko, że odchodzi od przytomności z tym ostatnim eszcze błyskiem świadomym, że wszystko od razu na edną rzuciła kartę. Nyanatiloka nie drgnął nawet. Nie odpychał e , nie usuwał się od e pocałunków, nie zmrużył powiek rozwartych. Zdawać się mogło, że nie est człowiekiem żywym, lecz akąś przeraża ącą figurą woskową, gdyby nie uśmiech nieco wzgardliwy, który mu się po wargach przewinął. Aza nagłym przestrachem tknięta odsunęła się od niego. — Serato, Serato… — wykrztusiła ze ściśniętego kurczem gardła. Na ego twarzy, smagłe ak zawsze, nie było znać ani śladu rumieńca; krew w żyłach nie zatętniła mu żywie . — Czego pani żąda? — Jak to…? Ty pytasz! Ciebie chcę, ciebie! Czyżeś ty nie czuł moich pocałunków? Wzruszył nieznacznie ramionami. — Czułem. — I… i…? Spo rzał e teraz wprost w twarz wzrokiem asnym, spoko nym. — I dziwię się, że to ludziom sprawia przy emność… — A! — Tak. A nawet, że to i mnie niegdyś przy emność sprawiało. Wzrok Azy padł przypadkowo na ostry brązowy sztylet do rozcinania papieru, leżący obok na stole. Nim miała czas zdać sobie sama sprawę z tego, co robi, pochwyciła nóż i całym rozmachem pchnęła go w lewą, nagą pierś Nyanatiloki. Krew trysnęła e na twarz i suknię — widziała eszcze, ak pustelnik zerwał się, wy- prężył i przechylił w tył… Z krzykiem przerażenia i grozy rzuciła się ku drzwiom do ucieczki. W przedsionku spotkała Jacka, który właśnie, opuściwszy się samolotem na dach domu, szedł pospiesznie do swe pracowni. Na e widok stanął ak wryty. Dostrzegł krew na e twarzy i odzieniu. J Ż  Stara Ziemia  — Azo! Co się stało? Jesteś ranna? Usunęła mu rękę, którą chciał u ąć. — Nie, nie… — mówiła akby sennie, patrząc mu w twarz nieprzytomnym wzrokiem. — Nie chodź tam! — krzyknęła nagle, widząc, że Jacek zwrócił się ku drzwiom ga- binetu, skąd wyszła. — Co to est⁈ — Ja… a… — Co? Kobieta, Mężczyzna, Dusza, — Zabiłam… Nyanatilokę. Mędrzec, Mizoginia Z krzykiem przerażenia rzucił się Jacek ku drzwiom. W te że ednak chwili na progu stanął Nyanatiloka. Blady był ak trup, w pobielałych wargach nie znać było ani kropli krwi, która za to obfitą, zaledwie przyschłą falą zalewała mu ciało i owiniętą około bioder przesłonę. Na piersiach, pod lewą brodawką, miał świeżo zasklepioną bliznę. Aza, zoczywszy¹³² go, zatoczyła się i oparła plecami o ścianę. Krzyk zamarł e w ści- śniętym gardle. Jacek cofnął się o krok. — Nyanatiloka…? — Nic, uż nic, mó przy acielu. Byłem bliski śmierci… — Ty esteś krwią świeżą zlany, na piersi masz bliznę! — Przed chwilą była tu rana. Mogłem był umrzeć, bo nóż przeszedł przez serce… Ale w ostatnie chwili przytomności wspomniałem, że estem ci eszcze potrzebny. Wysił- kiem gasnące woli chwyciłem tle ącą eszcze iskrę świadomości i począłem się zmagać ze śmiercią. To była walka na cięższa, aką kiedykolwiek stoczyć mi wypadło. Ale w końcu, ak widzisz, zwyciężyłem. — Ty się chwie esz na nogach…! — Nie, nie! — uśmiechnął się blado. — To reszta osłabienia, która wnet prze dzie. Nic mi uż nie est. Czekałem na ciebie, wiedząc, że wrócisz te nocy… Ode dziemy stąd… Jacek poderwał się nagle. — A mo a maszyna! Mędrzec wstrzymał go ruchem dłoni. — Nie ma e uż tam. Skradziono ci ą. Nie przeczułem tego wcześnie . Tak może lepie . Wszak bez ciebie nikt e użyć nie zdoła? — Nie… — Więc dobrze. Ode dziemy stąd oba na zawsze, na zawsze… Aza teraz dopiero oprzytomniała. Jasność akaś przeraża ąca rozpłonęła e w mózgu. Jednym rzutem poskoczyła naprzód i padła do nóg Nyanatiloce. — Daru mi, daru ! Uśmiechnął się. — Nie estem wcale gniewny. Chciał postąpić, ale ona rękami ob ęła ego stopy. Włos e złoty, nieprzepłacony, asny włos w gwałtownym ruchu rozwiązany, posypał się przed nim na posadzkę, usta e wonne przylgnęły do ego bosych nóg… — Ty święty esteś naprawdę! — wołała. — Zmiłu się, zmiłu nade mną, boży czło- wieku! Weź i mnie ze sobą! Jak pies będę ci służyć! Będę czynić, co zechcesz! Poświęć mnie, oczyść! Wzruszył obo ętnie ramionami. — Kobiety nie mogą dostąpić łaski wiedzy. — Dlaczego? Dlaczego? Nie odpowiedział na e ęk. Tam za oknami zahuczały akieś strzały, tłum się zako- tłował, zaryczał… Krwawa łuna uderzyła w szyby; Nyanatiloka ob ął ręką ramiona Jacka. — Pó dź! Jacek się nie opierał. Słyszał eszcze za sobą, ak we śnie, krzyk Azy, wlokące się za nimi po ziemi, słyszał słowa e , którymi zaklinała cudotwórcę, aby e nie odtrącał, grożąc, że nadeptana przezeń, wpadnie na dno zbrodni, występku, podłości… Spo rzał na mistrza — zdawało mu się, że usta ego się poruszyły, akby mówił: ¹³²zoczyć (daw.) — zobaczyć. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  — Cóż mnie to obchodzi? Wszak kobieta nie ma duszy… J Ż  Stara Ziemia  EPILOG Po ośmiu dniach śmiertelne trwogi i niepewności Mataret ośmielił się nareszcie wy- pełznąć ze swe kry ówki. Ogłusza ący huk, który dzień i noc łomotał w zawarte ciężkie drzwi sklepione piwnicy i dreszczem prze mował grube mury, tak że mie scami rysować się poczynały, ustał był od nie akiego czasu i tam na świecie snadź zapanował uż spokó … Mataret wahał się długo. Ilekroć zbliżył się ku drzwiom, aby kute zawory odsunąć, stawała mu w pamięci ta straszna chwila, kiedy w oczach ego w nocy owe pamiętne miasto zaczynało się walić, i ogarniał go znowu przypływ trwogi podobne do te , co rzuciła go wówczas tu, w na głębszy loch Jackowego domu. I byłby może pozostał eszcze w tym podziemiu nie wiadomo ak długo, gdyby nie głód, śmiercią wprost grożący. W pospieszne ucieczce nie myślał nawet o zapasach; całym pożywieniem ego przez te osiem dni był bochen chleba, zachwycony gdzieś przypadkiem po drodze, kiedy przebiegał około drzwi piekarni, mieszczące się na dole wielkiego do- mostwa. Wody nie miał zupełnie, zadowalać się musiał winem, które w wielkie obfitości stało tu pod ścianami w beczkach pękatych i we flaszkach rzędami na półkach ułożonych. Nie myślał wcale, akiemu przypadkowi zawdzięczał to, że loch był właśnie otworzo- ny i że on się w nim mógł ukryć. Wpadłszy tu, zasunął eno wrzeciądze za sobą i przy- siadł w ciemności zalękniony, nie śmie ąc przez pierwsze kilka godzin nawet ruszyć się z mie sca. Gdy mu pragnienie dokuczyło, piekąc ogniem wyschłe uż i tak ze strachu podniebienie, począł po omacku szukać dokoła siebie, na pierw w myśli, że może gdzie dla odświeżenia ust zna dzie wilgoć cieknącą po murze… Piwnica sucha była doskonale i wilgoci nie znalazł, ale natrafił na beczki i butelki. Przeląkł się w pierwsze chwili, czy nie są to zapasy akowychś cieczy chemicznych Jackowi do naukowych doświadczeń potrzebne, i mimo pragnienia wahał się długo, nim rozbitą flaszkę zbliżył do ust. Pierwszy łyk wina rozszedł mu się w edne chwili rozkosznym ogniem po żyłach i skrzepił znakomicie zwątlone trwogą ego siły. Miał ochotę pić dale , aż do niepamięci, ale przemógł w nim rozum, ostrzega ący, że ten napó edyny i zbawienny może się stać śmiertelnym w razie nadużycia. Poskromił się więc i postanowił nie pić więce , ak tylko tyle, aby nieco przygasić dokucza ące mu pragnienie. Zrazu było wszystko dobrze i wino okazało się napo em znakomitym, który nie tylko poił go i wzmacniał fizycznie, lecz nadto, w podniecenie umysł ego wprawia ąc, podtrzy- mywał duchowo i rozweselał. Jednak po dwóch czy może trzech dniach — czasu bowiem w ciemności dokładnie liczyć nie mógł — ciągłe i przymusowe upa anie się poczęło fa- talne wywoływać skutki. Żołądek ego, skąpym kęsem suchego chleba eno oszukiwany, nie znosił uż w końcu wcale tęgiego napo u; bolesny zawrót głowy i ogólne osłabienie ogarniały go i z każdą chwilą bardzie gnębiły. Wolał uż cierpieć pragnienie, niż wziąć do ust chociażby eden łyk wina, do którego wstręt poczuł nieprzemożony. Ostatni dzień spędzony w tym przypadkowym więzieniu był mu uż męką niewysło- wioną; brak pożywienia sprawiał, że wino, do którego mimo woli wracał z konieczności, silnie go zatruwało i na odwrót, zatrucie winem wywoływało tym gwałtownie sze uczucie głodu. Chwilami zapadał w sen pełen ma aczeń, który trwał nie wiadomo ak długo. Zwi- dywały mu się wtenczas różne straszne rzeczy: rozruchy krwawe, miny potworne, miasta całe walące, i walki akieś, niby to z ludźmi, niby ze złośliwymi, księżycowymi szernami prowadzone… A potem znowu następowało niespodziewane uko enie. Śniło mu się, że stoi wraz z Jackiem na akimś wzgórzu ponad miastem i słucha opowiadania o nowych, szczęśliwych stosunkach na Ziemi. Jacek uśmiecha się doń dobrotliwie i mówi, że wszyst- ko szczęśliwie się skończyło, że teraz panu ą naprawdę na lepsi, na mędrsi, i on wkrótce po edzie uż na Księżyc, aby tam wspomóc Marka w zaprowadzaniu ładu wiecznego… I znów asny sen ginął w gorączkowym strasznym chaosie. Miasto słoneczne w dole zamieniało się nagle w kupę gruzów dymiącą — łuny po- żarów gdzie okiem sięgnąć krwawiły nieboskłon, ęki śmiertelne zewsząd dolatywały i śmiech potworny, szatański człeka akiegoś, wyrosłego na bezmiar, co twarz miał Józwy i pięści ego potężne… J Ż  Stara Ziemia  Mataret zrywał się ze snu w przerażeniu i chciał krzyczeć, wołać pomocy. Cisza dokoła niego była bezmierna i noc i eno głód coraz gorszy, coraz więce trawiący targał mu elita i pchał go rozpaczliwie ku wy ściu. Mimo to, i chociaż odgłosy walki uż były od dość dawna ucichły, z drżeniem odsuwał rygle ciężkich drzwi, ażeby wy ść na świat. W ciemnym i wąskim korytarzu i eszcze na schodach w górę wiodących zatrzymywał się co kilka kroków i oddychał ciężko, pragnąc ak gdyby nabrać odwagi z powietrzem świeższym w zduszoną pierś wciąganym. Wyobrażał sobie, co zobaczy, gdy stanie na ulicy, i przygotowywał się z góry na ten widok. „Naokoło będą gruzy” — myślał. Prawdopodobnie dom Jacka uż nie istnie e i kto wie, czy chcąc wy ść na światło, nie zna dzie zapory ze spiętrzonych cegieł, kamieni i be- lek żelaznych, które go uż może żywcem pogrzebały, podczas gdy on o tym nawet nie wiedział… A eśli mu się uda szczęśliwie wy ść, to zna dzie się niewątpliwie w pustce straszliwe i ostateczne . Miasta uż nie ma, zwaliska eno wszędzie i pośród nich trupy i pożar pełza ący po gruzach, trawiący, co się eno da strawić w tych kupach głazu i żelaza. Drzwi na końcu schodów były rozwarte. Wyszedł nimi do szerokie sieni; dom stał eszcze widocznie, a przyna mnie dolne ego piętro było nienaruszone. Cichość ednak martwa panowała dookoła. „Snadź domownicy zbiegli lub ich może zabito” — myślał Mataret, przemyka ąc się wzdłuż marmurowych ścian ku szerokim podwo om, na ulicę wiodącym. Za lekkim naciśnięciem roztworzyły się bez szelestu; stanął w oślepia ącym blasku światła słonecznego i zdumiał się. Miasto miało zwykły, codzienny wygląd. Zaledwie zauważyć było można tu i ówdzie akiś sklep zamknięty, okno rozbite lub drzwi wyłamane, gdzieniegdzie na murach wid- niały świeże dziury, ak gdyby strzałami wybite, w dali, zdawało się Mataretowi, że widzi dom akiś zwalony czy też zniszczony pożarem… To wszystko. Ludzie snuli się po ulicy ak zazwycza , trochę ich może mnie było, ale w zachowaniu ich nie przebijało nic, co by świadczyć mogło o nadzwycza nych akich zdarzeniach. Przed domem stało dwóch polic antów, ak gdyby symbol żywy niewzruszonego po- rządku. Na lekki stuk drzwi, zamyka ących się za Mataretem samorzutnie, eden z nich od- wrócił się żywo i chwycił za broń u boku wiszącą. — Czego tam szukasz? — huknął gniewnie. Mataret zląkł się. — Schowałem się właśnie… — zaczął nieśmiało. Tymczasem zbliżył się i drugi polic ant. Przy rzał się Mataretowi uważnie, po czym zwrócił się półgłosem do towarzysza: — Ekscelenc a… — Nie — odparł tamten. — Jego ekscelenc a Roda nie est łysy. Widziałem go. To musi być ten ego towarzysz czy sługa, z którym przybył z Księżyca. Podszedł ku Mataretowi. — Do tego domu nie wolno wchodzić — rzekł. — Ależ a zawsze tu byłem… — To nic nie znaczy. Tym gorze racze . Kto wie, ptaszku, czy ty nie esteś wspólni- kiem… — Trzeba go związać — odezwał się drugi polic ant. — Tak est — przyświadczył pierwszy — i zaprowadzić na odwach lub wprost do ekscelenc i… Ponieważ ka danki okazały się za wielkie na drobne ręce Matareta, więc związano mu dłonie sznurem i tak poprowadzono. Nie opierał się ani o nic nie pytał. Osłabienie ogar- nęło go straszne, zaledwie powłóczył nogami, w oczach mu się ćmiło. Polic anci zauważyli wreszcie, że uż nie może iść dale , wsadzili go więc na rogu ulicy do samochodu i po- wieźli przed gmach akiś wspaniały, którego on dotąd w wędrówkach swych po mieście nie zauważył. Tuta wprowadzono go do duże poczekalni, w które przesiedział godzinę, nim drzwi się wreszcie rozwarły. Służący w liberii zawezwał go przed oblicze ekscelenc i… Mataret chwie nym krokiem wszedł do gabinetu i oniemiał. W poko u z przepychem urządzonym, na krześle przed biurkiem, w bogatym stro u siedział mistrz Roda. J Ż  Stara Ziemia  — Ty… to ty? — wykrztusił po chwili. Roda zmarszczył brwi. — Noszę tytuł ekscelenc i, proszę o tym nie zapominać. Po czym skinąwszy na służącego, aby się oddalił, pozwolił Mataretowi zbliżyć się i usiąść. — Gdzie się ukrywałeś? — zaczął surowym tonem. — Jeść mi da — ęknął Mataret — eść i pić… Ekscelenc a łaskawie nie wzbraniał mu się posilić, a kiedy Mataret, pokrzepiony nieco, stanął znów, przy ął go dobrotliwie i zaraz na wstępie obiecał wziąć go do swo ego boku, eśli mu tylko będzie posłuszny. Mataret patrzył przez pewien czas na dawnego mistrza, a potem towarzysza niedoli, ze zdumieniem graniczącym wprost z nieufnością wobec swych zmysłów. Nie dowierzał własnym oczom i uszom i nie mógł wyrozumieć, czy Roda mówi poważnie, czy też kpi tylko… — Ależ powiedz mi, co się stało — wybąknął wreszcie. — Mówiłem ci uż, że należy mi się tytuł ekscelenc i. — Skąd? Jak? — Świat uratowałem! — Co? — Uratowałem porządek społeczny! — Nic nie rozumiem. — Naturalnie. Zawsze byłeś tępy… Gdyby nie a, uż by to miasto dzisia nie istniało. — Więc rewoluc a? — Zgnieciona! Zgnieciona dzięki malutkie maszynce, którą a bohatersko z naraże- niem własnego życia uniosłem z domu tego Jacka przeklętego. — Jakże to? W Rodzie odezwała się dawna żyłka oratorska. Zapomniał o nowe swo e powadze i wyskoczywszy nabytym na Ziemi narowem na krzesło, mówić począł w ożywieniu, wymachu ąc przy tym rękami: — Tak, tak! Nie w ciemię mnie bito. Skradłem naszemu czcigodnemu opiekunowi, a racze zdobyłem na nim, piekielną maszynę, którą mógł był świat cały w powietrze wysadzić! Uniosłem ą tu na piersi, i czułem, że los Ziemi niosę, rozumiesz? Los te Ziemi, która i dla nas, ludzi z Księżyca, matką była przedwieczną… Serce mi drgało żywie ; snadź Bóg mnie tu sam sprowadził, abym ą i plemię człowiecze ocalił… Zamilkł na chwilę, spostrzegłszy snadź, że dziwnie te słowa w ustach ego wydawać się muszą uchu Matareta, przywykłemu z dawien do innych wręcz zdań, przezeń wygła- szanych. Zaraz ednak, niezmieszany, pod ął na nowo: — Zresztą mnie sza o to. Ty tego i tak nie zrozumiesz. Ostatecznie o tę maszynę dobijali się wszyscy. Mogłem ą był zanieść do Grabca i nawet miałem tę myśl początkowo. — I co zrobiłeś? — Czeka ! Do Grabca napisałem tylko, że maszyna zdobyta, aby w razie czego sądził, że mi ą przemocą odebrano… Można ą także było oddać Józwie lub za nagrodą, niby wrogom wydartą, zwrócić Jackowi, ako prawemu właścicielowi… — Co zrobiłeś? — Ach! Jaki ty esteś niecierpliwy! Zrobiłem to, co na lepsze było w tym wypadku. Ty wiesz, że zawsze miałem poszanowanie dla władzy prawowite … — Ha, ha! — Tak est, nie śmie się. Cenię władzę. I dlatego po do rzalszym rozmyśle udałem się do przedstawicieli rządu… — I oni… za pomocą te maszyny? Roda zaśmiał się szeroko. — A tak. Za pomocą te maszyny. — Wybili, wymordowali przeciwników? — I, to nie, tak źle nie było… Zresztą… Zeskoczył z krzesła i zniża ąc głos, rzucił do ucha Mataretowi: J Ż  Stara Ziemia  — Zresztą, powiem ci w zaufaniu: z te głupie maszyny w ogóle nie można było strzelać. — Jak to? — Po prostu, nie było można. Widocznie brakowało czegoś w aparacie, który a przyniosłem. A kiedy wyważono przemocą drzwi w pracowni Jacka, aby zabrać resztę, okazało się, że on zniszczył wszystko przed swoim nagłym zniknięciem. — Więc co? — Nic. — Nie rozumiem. — Boś głupi. Wszak o tym, że maszyna est bezużyteczna, nie wiedział i nie wie nikt prócz rządu i mnie. Słyszeli zaś wszyscy z dawna, że Jacek straszliwą broń posiada… Wystarczyło, gdy się wieść rozeszła, że ten zabó czy aparat est w rękach władzy… — Ach! Po mu ę, po mu ę… — Widzisz. Rozgłoszono to zaraz i połączono druty całe sieci telegraficzne z tą niewinną skrzyneczką. Rząd powiedział: eśli mamy ginąć w rewoluc i, to racze niech ginie świat cały! Uczeni pierwsi stchórzyli. Potem przyszła kole na robotników i cały ten motłoch, któremu żal się zrobiło słonka bożego… — A Grabiec? A Józwa? A tylu innych? — Grabca rząd kazał powiesić. Józwę zabili właśni ego zwolennicy, gdyż nie chciał się poddać, pragnąc, owszem, aby świat wysadzono w powietrze, czego oni znowu nie chcieli… — I ty ostatecznie esteś ekscelenc ą? — Tak est. Mam tytuł „Stróża maszyny” i „Zbawcy porządku”. Z powagą niewysłowioną przeszedł się Roda po gabinecie i stanął znów przed dawnym towarzyszem, ręce w tył zakłada ąc. — Czy ci nie mówiłem zawsze — zaczął — że dam sobie radę? Kto by był pomyślał, kiedy nas tuta w klatce razem z małpą zamykano… Urwał i obe rzał się lękliwie, czy kto nie słyszy. Po czym poklepał Matareta łaskawie po ramieniu. — Nie zapomnę o tobie. Cierpiałeś razem ze mną, więc chociaż mam wiele do za- rzucenia zachowaniu się twemu wobec Jacka, przed którym mnie oczerniałeś, akobym był kłamcą, wszystko ci przebaczę i postaram się, aby… Zamilkł, gdyż w te chwili Mataret plunął mu w twarz i obróciwszy się na pięcie, wyszedł z gabinetu. W sieniach nie było uż polic antów, nikt go więc nie zatrzymywał. Wolnym krokiem zwlókł się z szerokich schodów marmurowych i wpadł w tłum uliczny. Ten i ów z prze- chodniów spo rzał na dziwnego karzełka — niektórzy znali go ako przybysza z Księżyca, przystawali więc, aby mu się przy rzeć, ale przeważnie nie zwracano nań wcale uwagi. Szedł więc w ruchu ogólnym zagubiony, bez celu, bez myśli prawie, dokąd idzie. Cza- sem wzrok ego padł na dom akiś strzałami rozwalony, z którego robotnicy pospiesznie gruzy uż usuwali, gdzieniegdzie spotykał grupki ludzi rozmawia ących żywie o wypad- kach ostatnich dni, ale poza tym nie zauważył śladu żadnego, że groźna burza przeszła nad światem. Na widocznie szą zmianą była edynie wzmożona liczba mie skich strażni- ków i polic antów, którzy pode rzliwymi, brutalnymi oczyma wodzili za przechodniami… Mataret myślał o Jacku. Gdzie się mógł podziać tak nagle? Czy nie zginął w rozruchu? Czy nie est uwięziony? Mimo woli przychodziły mu na pamięć wszystkie chwile w to- warzystwie uczonego spędzone, rozmowy z nim, zamiary nowe księżycowe wyprawy, celem niesienia pomocy Markowi… A może istotnie Jacek na Księżyc odleciał, ego tu pozostawiwszy? Wzniósł głowę ku niebu, gdzie na błękicie rysował się mleczny, blaskiem dziennym przyćmiony sierp późnego Księżyca, pośród chmurek pierzastych i rozwianych. Ocknął się z zamyślenia, uderzywszy o zbity tłum ludzi sto ący pod akąś ogromną płachtą papieru na murze przykle oną. Czytano w głos wydrukowane na nie obwieszczenie; słychać było okrzyki zdumienia, a częście eszcze słowa uznania i pochwały dla rządu, który wydał rozporządzenie… Mataret zbliżył się zaciekawiony i wydrapawszy się szczęśliwym przypadkiem na cokół latarni uliczne , czytać począł sam… J Ż  Stara Ziemia  W oczach mu pociemniało. Właściwie nie powinno by go to nic obchodzić, a ednak czuł, że go wstyd ogarnia, ego, barbarzyńskiego przybysza z Księżyca, za to, co się na Ziemi teraz dziać poczyna. Ogłoszenie Rządu Stanów Z ednoczonych Europy, do ogólne podane wiadomości, brzmiało, ak następu e: „Obywatele! Rząd opiekuńczy, dbały o dobro rzeczy społeczne , staraniom ego po- wierzone , wobec niesłychanych i nader ubolewania godnych wypadków ostatnich dni, widzi się zniewolonym raz na zawsze koniec położyć złu, które społeczeństwo na piersi własne , własną ofiarną krwią, niestety, wyhodowa- ło. Uczeni, odkrywcy i wynalazcy byli niegdyś bezsprzecznie błogosławień- stwem ludzkości. Im to poniekąd zawdzięczamy dobrobyt, z opanowania sił przyrody płynący, bo chociaż myśmy własnymi, pracowitymi rękami zbudo- wali fabryki i porządek gospodarczy ugruntowali, to trzeba przyznać, że oni nie ednokrotnie wynalazkami swymi dali nam impuls do te pracy owocne . I chociaż oświata ogólna est także zasługą społeczeństwa, które ku wiedzy i ducha podniesieniu się kwapiąc, szkół miliony pobudowało i u ęło naucza- nie w swe ręce, to ednak nie da się zaprzeczyć, że mędrcy niemałą tu rolę odegrali, pomaga ąc swymi badaniami do otwarcia nowych dziedzin myśli. Była to słuszna wypłata społeczeństwu, że im pozwoliło rozwinąć się i stworzyło im pracą swo ą konieczne dla spoko nych dociekań warunki. W końcu ednak wynaleziono uż wszystko, czego nam potrzeba, i do- wiedziano się daleko więce , niż możemy potrzebować. Uczeni ci, którzy się dumnie „wszystkowiedzącymi” nazwali, stali się dla nas zbytkiem kosztow- nym i społeczeństwo edynie przez pamięć zasług dawnych ich poprzedni- ków cześć im oddawało. Atoli stała się rzecz straszna. Ci z łaski społeczeństwa ży ący mędrcy sprzysięgli się przeciw niemu i wespół z na ciemnie szym motłochem usiło- wali dla własne korzyści zatrząść utwierdzonym od wieków porządkiem na Ziemi. Obywatele! Mędrców uż nie potrzebu emy! Wystarczy nam to, cośmy dotąd zdobyli. Rząd, dobro społeczności ludzkie ma ąc na oku, położyć tu musi kres rozpanoszone pysze i wichrzycielstwu. I przeto: . Rozwiązu e się od dzisia stowarzyszenie uczonych, pod nazwą Braci wiedzących istnie ące. . Znosi się wszelkie pens e, dotąd uczonym wypłacane, pozostawia ąc im wolność zarobkowania ręcznego, eśli chcą żyć. . Takoż znosi się wszelkie zakłady, tak zwane czyste nauce i badaniom bezpłodnym poświęcone, pozostawia ąc edynie instytuty społecznego po- żytku i ekonomiczne wartości. . Zakazu e się na przyszłość na surowie i pod ciężkimi karami utrzymy- wania prywatnych laboratoriów oraz wydawania dzieł, które by przez osobną cenzuralną komis ę w rękopisie za pożyteczne wprost nie były uznane. . Utrzymu ąc w mocy i w pełnym uposażeniu istnie ące szkoły zawodo- we, zamyka się raz na zawsze wszelkie szkoły wyższe, tak zwane filozoficzne, czyli ogólne, a przede wszystkim dotąd kosztem rządu utrzymywaną Szkołę mędrców. . Aby uniemożliwić obe ście powyższego rozporządzenia, zakazu e się stanowczo wszelkiego prywatnego nauczania, bez względu na to, pod akim by ono pozorem było prowadzone. Obywatele! Rząd tuszy¹³³, że z wdzięcznością przy miecie do wiadomości to rozporządzenie”. ¹³³tuszyć (daw.) — mieć nadzie ę; por. otucha. [przypis edytorski] J Ż  Stara Ziemia  Mataret zsunął się z latarni i, wsparty o mur, patrzył przed siebie osłupiałymi oczy- ma, tak mu się nieprawdopodobnym i potwornym wydało to, co przeczytał. Niedługi stosunkowo pobyt na Ziemi i ciągła styczność z Jackiem nauczyły go cenić nade wszyst- ko dorobek myśli ludzkie i rozkwit e swobodny, toteż teraz miał wrażenie, że przed oczyma ego dokonywa się akieś straszliwe samobó stwo. Wzniósł głowę i spo rzał bystro w tłum. Szukał ludzi, którzy by drgali tym samym, co on, oburzeniem, nadsłuchiwał, czy się słowo buntu nie odezwie. Ale przechodnie, stanąwszy na chwilę przed tym ogłoszeniem, tak doniosłym dla losów ludzkości, robili zaledwie kilka uwag mnie lub więce obo ętnych, przeważnie wyrażali uznanie rządowi lub co na wyże dziwili się ego stanowczości i szli dale nieza- troskani, rozmawia ąc o rzeczach codziennych, tu i ówdzie zaledwie słowem o wypadki ostatnich dni potrąciwszy. Ktoś wspomniał o maszynie Jacka piekielne na dowód niesłychane złośliwości uczo- nych, za którą słusznie karę teraz ponoszą. Inny wymienił nazwisko Rody ako zbawcy, wyraża ąc się przy tym z uznaniem o rządzie, który mu w nagrodę wielkiego czynu wy- sokie nadał odznaczenie. W treść te rozmowy wplątało się z boku opowiadanie akiegoś starszego egomości prawiącego dwom młodszym towarzyszom, że pono w na bliższych dniach wystąpić ma znowu w teatrze przesławna Aza, która od dłuższego czasu uż się na scenie nie pokazywała. Wiadomość, rzucona przypadkiem i z ust do ust podawana, zelektryzowała wkrótce cały tłum, tak że zapomniano o rozporządzeniu mędrców dotyczącym. Dopytywano się, czy to prawda. Skąd przyszła wieść? W akie roli naprzód da się widzieć boska aktorka? Mataret nie słuchał więce . Wolnym krokiem powlókł dale , ze schyloną na piersi głową, z szyderczo i wzgardliwie wykrzywionymi usty: — Ziemia — szeptał — stara Ziemia… Za nim, przed plakatem głoszącym śmierć wiedzy, brzmiała eszcze ciągle rozmowa o sławne śpiewaczce i tancerce niezrównane — Azie. Wszystkie zasoby Wolnych Lektur możesz swobodnie wykorzystywać, publikować i rozpowszechniać pod wa- runkiem zachowania warunków licenc i i zgodnie z Zasadami wykorzystania Wolnych Lektur. Ten utwór est w domenie publiczne . Wszystkie materiały dodatkowe (przypisy, motywy literackie) są udostępnione na Licenc i Wolne Sztuki .. Fundac a Wolne Lektury zastrzega sobie prawa do wydania krytycznego zgodnie z art. Art.() Ustawy o prawach autorskich i prawach pokrewnych. Wykorzystu ąc zasoby z Wolnych Lektur, należy pamiętać o zapisach licenc i oraz zasadach, które spisaliśmy w Zasadach wykorzystania Wolnych Lektur. Zapozna się z nimi, zanim udostępnisz dale nasze książki. E-book można pobrać ze strony: http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/trylogia-ksiezycowa-stara-ziemia Tekst opracowany na podstawie: Jerzy Żuławski, Stara Ziemia, Wydawnictwo Literackie, Kraków  Wydawca: Fundac a Nowoczesna Polska Publikac a zrealizowana w ramach pro ektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukc a cyowa wykonana przez fundac ę Nowoczesna Polska. Opracowanie redakcy ne i przypisy: Aleksandra Sekuła, Dagmara Deska, Marta Niedziałkowska, Paulina Cho- romańska. ISBN ---- Wesprzyj Wolne Lektury! Wolne Lektury to pro ekt fundac i Wolne Lektury – organizac i pożytku publicznego działa ące na rzecz wol- ności korzystania z dóbr kultury. Co roku do domeny publiczne przechodzi twórczość kole nych autorów. Dzięki Two emu wsparciu będziemy e mogli udostępnić wszystkim bezpłatnie. Jak możesz pomóc? Przekaż ,% podatku na rozwó Wolnych Lektur: Fundac a Wolne Lektury, KRS . Wspiera Wolne Lektury i pomóż nam rozwijać bibliotekę. Przekaż darowiznę na konto: szczegóły na stronie Fundac i. J Ż  Stara Ziemia 